Kraje

Pisałem już o tym, jak kupić i sprzedać samochód w Nowej Zelandii oraz czym podróżować po Nowej Zelandii, teraz czas na kolejną odsłonę praktycznego poradnika- spanie w samochodzie i wszystkim, co się z tym wiąże.

Ciężko wyobrazić sobie podróż do Nowej Zelandii bez kupienia czy wypożyczenia samochodu choćby na kilka dni. Głównie ze względu na koszty noclegu większość osób wybiera spanie w camperze lub samochodzie osobowym, albo spanie pod namiotem na campingach. Łóżko w pokoju wieloosobowym w hostelu kosztuje $20-$30 za noc. Przy dwóch osobach to często więcej, niż dzienny koszt wypożyczenia samochodu. Ciężko się więc dziwić, że spanie na czterech kółkach szybko zyskało popularność.

Każdy, kto zamierza dopiero rozpocząć swoją przygodę z Nową Zelandią ma pewnie masę pytań i wątpliwości związanych ze spaniem w samochodzie. Podróżując i śpiąc w ten sposób spędziliśmy w sumie ponad miesiąc i postaram się teraz podzielić zdobytym w tym czasie doświadczeniem.

Jedziemy! Ale którą drogą?

Każdemu potrzebna będzie mapa, taka zwykła, papierowa, której nigdy nie wyczerpie się bateria. Nie oznacza to, że trzeba kupować drogie mapy czy atlasy drogowe na stacji benzynowej. Mapy wraz z prostymi informacjami o atrakcjach turystycznych można dostać za darmo, w formie kolorowych broszurek, w każdym punkcie informacji turystycznej i-SITE. Praktycznie każde miasto, w którym jest jakaś atrakcja, będzie miało co najmniej jeden taki punkt. Nam z początku wydawało się, że zdobyta w ten sposób mapa jest zbyt mało dokładna, bo widać na niej tylko główne drogi. Przyzwyczailiśmy się, że wystarczy przybliżyć Google mapę, żeby pojawiły się mniejsze drogi, którymi można pojechać na skróty. W Nowej Zelandii to jednak nie działa. Te kilka dróg, które widać na mapie to z grubsza wszystko, co jest. W zasadzie tylko wokół dużych miast można liczyć na więcej opcji. Dla przykładu – od Glentanner, w którym teraz pracujemy, do lodowca Franz Josef jest w linii prostej niecałe 50 kilometrów. Przez góry nie prowadzi jednak żadna droga i jedyna opcja dojazdu do Franz Josef, to trasa licząca przeszło 450 kilometrów. Podobnie jest między Queenstown, a Milford Sound. W linii prostej to jakieś 70 kilometrów, ale nie ma tam żadnej drogi i zamiast tego trzeba jechać naokoło, w sumie jakieś 300 kilometrów.

Kiedy pierwszy raz jechaliśmy do Glentanner, zapytaliśmy z ciekawości o drogę na jednej ze stacji benzynowych. Co usłyszeliśmy? „Jedziecie godzinę prosto, później skręcacie w prawo, jeszcze pół godziny i jesteście na miejscu”. Szybko przekonaliśmy się, że ta instrukcja była w gruncie rzeczy bardzo dokładna, bo przez całą godzinę jazdy nie było gdzie skręcić w prawo. Tak więc darmowa mapa z i-SITE w zupełności wystarczy. W dużych miastach polecam jednak zakup karty SIM i korzystanie z Google mapy w telefonie.

Spanie na campingu

Najbardziej popularne są kempingi należące do DOC – Department of Conservation. Broszurkę ze zdjęciami, mapkami i opisami kempingów można dostać za darmo w punktach i-SITE oraz na stronie DOC. Do wyboru jest pięć opcji:

a) Basic campsite – opcja darmowa. Trzeba jednak być w pełni samowystarczalnym. Dostępna jest prosta toaleta w stylu „toi toi”, woda (nie zawsze) dostępna jest z pobliskiego strumienia, jeziora czy rzeki. Dojazd czasami możliwy jest tylko samochodami 4×4 albo możliwy tylko i wyłącznie łodzią.

b) Backcountry campsite – często darmowe, czasami niewielka opłata. Dostępne toalety i woda ze strumienia albo jeziora. Niektóre kempingi mają zadaszone miejsca do gotowania lub miejsca na ognisko. Dojazd czasami tylko samochodem 4×4. Czasem też trzeba dojść od parkingu na camping kilkaset metrów.

c) Standard campsite – z nielicznymi wyjątkami $6 od osoby za noc. Na takich kempingach spaliśmy kilka razy. Dostępne są toalety, woda (z kranu, często pitna), stoliki, miejsca na ognisko, czasem zadaszone miejsca do gotowania; niektóre z nich w sezonie letnim wyposażone są w garnki, patelnie, proste przybory do gotowania, butle z gazem i palniki. Bywają też kosze na śmieci, grill i zdarza się prysznic z zimną wodą. Rzadko kiedy trafia się gorący prysznic za dodatkową opłatą (zwykle $2 za 3 minuty). Możliwy dojazd samochodem.

d) Scenic campsite – z nielicznymi wyjątkami $10 od osoby za noc. Takie kempingi rozmieszone są np. tuż przy plaży i stąd wyższa cena. Zimny prysznic dostępny praktycznie na każdym. Pozostałe udogodnienia, jak na Standard campsite. Możliwy dojazd samochodem

e) Serviced campsite – z nielicznymi wyjątkami $15 od osoby za noc. Dostępne wszystko to, co oferuje Scenic campsite, plus gorący prysznic, pralnia, kuchnia i dojazd każdym pojazdem.

Na wszystkich płatnych kempingach dzieci do lat 4 nocują za darmo. Od 4 do 17 lat za 50% ceny.

Na wielu kempingach obowiązuje całkowity zakaz używania ognia. Zakaz ten dotyczy również grillowania, w tym na grillach jednorazowych z supermarketów. Warto upewnić się czy na danym kempingu będzie można używać grilla, zanim kupi się na kolację pyszne steki, które później będą musiały wylądować w koszu z powodu braku lodówki. Dobra wiadomość jest jednak taka, że można korzystać z własnych kuchenek gazowych.

Rzadko który kemping (za wyjątkiem typu e) ma recepcję z kasą. Najczęściej przy wjeździe wita nas tablica informacyjna z małą skrzyneczką i żelaznym słupkiem. Na tablicy znajduje się informacja o opłacie, a w skrzyneczce plastikowe woreczki na opłatę wraz z małym kwitkiem do uzupełnienia. Wpisuje się tam wysokość ponoszonej opłaty, swoje dane, numer rejestracyjny samochodu, a na woreczek przepisuje się numer seryjny kwitka. Następnie woreczek wraz z opłatą wrzuca się do otworu w pobliskim żelaznym słupku (tak zwanym „Żelaznym Strażniku”), a kwitek umieszcza w widocznym miejscu w samochodzie, jak bilet z opłatą parkingową, lub przyczepia do namiotu, jeśli się nie przyjechało samochodem.

Ze względu na sposób wnoszenia opłaty warto pamiętać, aby z wyprzedzeniem przygotować odliczoną kwotę.

Freedom camping

Legenda głosi, że w myśl obowiązującego w Nowej Zelandii prawa, każdy może postawić namiot gdzie mu się podoba i tam też spać. W teorii piękna sprawa i trąci romantycznym duchem wolności i wielkiej przygody, ale w praktyce nie jest to wcale takie proste, jak może się wydawać. Po pierwsze zasady freedom camping obowiązują tylko na publicznych terenach należących do DOC. Tych terenów nie zostało już wiele, bo jak w każdym kraju, tak też i w Nowej Zelandii, większość ziemi stanowi własność prywatną. Mapkę terenów należących do DOC można znaleźć tutajPo drugie, większość terenów należących do DOC, to parki krajobrazowe i narodowe, a tam freedom camping jest zakazany. Więcej można przeczytać tutaj. Po trzecie wreszcie, freedom camping jest dopuszczalny tylko, jeśli lokalne prawo go nie zakazuje.

Kiedyś nie było tylu ograniczeń, ale turyści śpiący, śmiecący i (za przeproszeniem) srający byle gdzie, dali się we znaki mieszkańcom i władzom tak bardzo, że nie życzą sobie oni teraz ich obecności i wszelkimi dostępnymi sposobami ograniczają możliwość swobodnego kempingowania. Polecam przemyśleć to dokładnie, zanim się postawi namiot na jakimś polu przy drodze.

…a jeśli nie postawię namiotu i będę spać w samochodzie?

No właśnie, na to przecież decyduje się większość osób. Z grubsza rzecz biorąc nie można zaparkować gdzie się chce i zostać na noc. Praktycznie na każdym parkingu jest zakaz zostawania na noc, to samo przy każdej atrakcji turystycznej, punkcie widokowym, toalecie publicznej, przy supermarkecie, etc. Jak sobie z tym poradzić? Są tylko dwa rozwiązania: łamać zakazy albo spać z dala od cywilizacji, pośrodku niczego, bez dostępu do toalety. Oba rozwiązania stosowaliśmy, więc podzielę się kilkoma wskazówkami.

Jeśli mamy campera z wypożyczalni, całego obklejonego jaskrawymi reklamami krzyczącymi „JESTEM TURYSTĄ”, będzie trudniej. Z góry odpadają wszystkie parkingi publiczne. Chyba, że ktoś ma ochotę zostać obudzonym w środku nocy przez policję i dostać mandat, albo wyjść rano z samochodu i zobaczyć blokadę na kole. Zdarza się to bardzo rzadko, ale się zdarza. Jak to bywa w życiu, jeśli zdecydujemy się złamać zakaz i zostać w takim miejscu tylko ten jeden raz, to pewnie akurat wtedy dostaniemy mandat. Lepiej więc nie ryzykować i na noc wybierać miejsca poza miasteczkami, oddalone od głównych dróg, od domów i możliwie najbardziej ukryte, żeby nie rzucać się w oczy.

Jeśli nasz pojazd nie ma na sobie wielkich, widocznych reklam, można na własną odpowiedzialność zostać na parkingu w pobliżu toalety czy sklepu. Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że ktoś zainteresuje się stojącym na parkingu samochodem, który niczym szczególnym nie różni się od pozostałych zaparkowanych dookoła. Spaliśmy tak wiele razy i nigdy nie mieliśmy żadnych problemów, co nie znaczy, że jesteśmy z siebie dumni, ale jakoś trzeba sobie radzić 😉

Decydując się na nocleg z dala od cywilizacji, np. nad jeziorem albo gdzieś przy szutrowej drodze wzdłuż pola czy po prostu na trawie lub poboczu przy głównej drodze, najlepiej szukać miejsca w ciągu dnia, najzwyczajniej ze względów bezpieczeństwa. Po pierwsze wtedy widać co jest wokół nas, a po drugie jadąc samochodem w ciągu dnia zwraca się na siebie mniejszą uwagę, niż w nocy. Na wszelki wypadek można też ustawić się przodem do wyjazdu, żeby w razie kłopotów szybko się oddalić. Jeśli śpimy na rozłożonych przednich siedzeniach samochodu osobowego, kierowca powinien spać na miejscu kierowcy. Nie śmiecimy (kara od $200 do $10000), nie puszczamy głośnej muzyki, nie załatwiamy grubszej potrzeby za samochodem. Zachowujemy się spokojnie i przyzwoicie. W razie czego zawsze możemy powiedzieć, że jechaliśmy długo i musieliśmy się przez chwilę przespać, żeby nie zasnąć za kierownicą.

Można też, na własną odpowiedzialność, zostać na parkingu przy wybranych atrakcjach lub punktach widokowych. Część z nich jest tak bardzo oddalona od głównych dróg, że okoliczni mieszkańcy prawdopodobnie widują radiowóz rzadziej, niż raz w roku. Do niektórych prowadzą wręcz ślepo zakończone drogi, którymi trzeba przejechać kilkadziesiąt kilometrów, więc nie zapuszcza się tam praktycznie nikt, prócz turystów.

Za to w większości takich miejsc są toalety, czasem z umywalkami, no i piękny widok o poranku :)

 

 

 

 

1 Comment

  1. janusz
    17 grudzień 2023

    sprzedaz auta w n.z. – moze nie byc slodko
    konczylem wakacje w n.z w marcu, czyli ichniej jesieni, w christchurch. oczywiscie chcialem sprzedac auto, kupione tanio i raczej parchate. kupione z zalozeniem, ze oddam je na zlom. za zlomy placa roznie, ale max. okolo 300 nzd, w duzych miastach. na dlugo przed momentem pozbycia sie auta szukalem wszelkich mozliwych sposobow sprzedazy. i klientow. miejscowi sa kompletnie dolujacy, na ogloszenie – auto na sprzedaz – zawsze odpowiadaja pytaniem czy auto jest wciaz na sprzedaz, a po odpowiedzi potwierdzajacej milkna. wszyscy. takie zboczenie narodowe. jedna niemka w swoim ogloszeniu napisala: tak, auto jest na sprzedaz, tak, auto jest na sprzedaz. na pewno wciaz dostawala pytanie, czy auto jest na sprzedaz. w miedzyczasie sprzedalem kola, na ktorych byly dobre opony, zamieniajac sie na lyse. probowalem sprzedac akumulator, jako ze mialem drugi, slaby, ktory juz nie chcial krecic po nocy z przymrozkami. ten slaby wystarczyl, zeby dojechac na zlom. zapomnialem, ze mam dobry bagaznik dachowy, i ze moge go sprzedac – do dzis sie pukam po glowie. tak wiec sprzedawalem co sie dalo po kawalku. oczywiscie przy okazji sprzedazy wszelkiego sprzetu kampingowego i wszystkiego, co bylo sprzedajne. a w n.z., krolestwie shit,u, wszystko jest. w christchurch pojechalem na auto gielde dla backpackersow. po lecie, czyli na koniec sezonu, bylo tam kilkanascie vanow, wartych miedzy 6 a 15 tys. nzd. i nic innego. I ZERO KUPUJACYCH!!! zero. mniemniaszki, co to wylozyli taka kase na swoje autka, plakali, ze latwiej sprzedac auto na antarktydzie. a czego sie spodziewali kupujac auto? naiwne dzieci? nawet nie bylo tam sępow i naciagaczy, placacych po 500 dolarow za auto. jest ich w tym kraju mnostwo, mnie tez podchodzili z tak kosmicznymi propozycjami, ze ja bym nigdy takiego oszustwa nie wymyslil. np. : zostaw mi auto i upowaznij do sprzedazy, a jak go sprzedam, to ci wysle kase gdziekolwiek w swiecie. i kilka innych, co juz nawet wole nie pamietac.
    konczac wakacje, chcialoby sie pozbyc auta w przeddzien wylotu. a to jest nieosiagalne, jesli chce sie sprzedac. jak sie sprzeda wczesniej, to trzeba , przez nie wiadomo ile dni, spac w hostelu. ( w ch.ch. noc w hostelu dochodzila do 100 nzd., w izbie zbiorczej troche taniej) wiec sie trzeba kisic w miescie, nie wiadomo po co, w syfie, tracic czas i pieniadze. bez sensu. a jak sie nie sprzeda? porzucic na parkingu przed lotniskiem? niektorzy to proponowali. ale 15 tys. nzd szlag trafia. tez bez sensu.
    dalem za swojego parszka 850 dollar, troche w nim musialem dlubac, przywiozlem sobie podstawowe narzedzia. musialem zmienic opony, bo zdarlem na szutrach do drutow. oczywiscie ze zlomu. tak ze dolozylem pare stow na rozne czesci. na zlom oddalem go za 300, za kola wzialem 150. spalem w nim do ostatniej chwili, ze zlomu pojechalem prosto na lotnisko. ogolnie, nie wydalem na spanie ani jednego centa przez kilka miesiecy. oczywiscie wydalem na benzyne, bo zeby znalezc miejsce na noc, czasem trzeba bylo duuuuzo sie najezdzic
    a adolfki z gieldy dla backpackers? nie mam pojecia, ale ich zalamane miny i wyparowana buta byly slodkie. tudziez ich glupota, bezdenny brak wyobrazni. das ist keine deutschland, menschen. angielski swiat nie dziala po niemiecku, a autka do oszustow po 5 stów! albo zostawione przed lotniskiem….

    Reply

Komentuj