Kraje

Gratulacje! Jesteś już posiadaczem wizy Working Holiday! Szczęśliwie masz już bilet na drugi koniec świata, ale temat „praca na miejscu” spędza Ci sen z powiek? Dobrze trafiłeś!

Zanim zabierzesz się za przekopywanie ogłoszeń, trzeba załatwić kwestię karty sim, żeby można było do potencjalnego pracodawcy zadzwonić. My wybraliśmy sieć 2degrees. Skusiła nas ofertą 30 dniowego pakietu za 19 dolarów, w skład którego wchodzi 90 minut do krajowych sieci, 500MB i nieograniczona ilość smsów. Niestety, 2degrees ma kiepski zasięg w oddalonych od cywilizacji miejscach, takich, jak Glentanner. Jeśli zamierzacie uciec na podobne odludzie, lepszym wyborem będzie zakup karty SIM od sieci Telecom.

Najlepiej jednak sprawdzić oferty wszystkich sieci zanim podejmie się decyzję. Najwięksi gracze na rynku to 2degreesTelecom i Vodafone. Prócz tego jest kilku wirtualnych operatorów, np. Skinny Mobile.

SPARKJeśli zamierzasz często się przemieszczać zaopatrz się w kartę SIM od SPARK. Karty można odebrać za darmo na lotniskach, w wypożyczalniach aut, czy w hostelach. W czasie naszych road tripów to właśnie z ich kart sim korzystaliśmy. W wielu miejscach bowiem zlokalizowane są budki telefoniczne (tak, tak klasyczne budki telefoniczne z aparatem telefonicznym w środku), przy których odbierać można darmowe WI-FI od tego właśnie operatora.

Gdzie szukać pracy?

Pracy najlepiej szukać przez internet. Można nawet próbować przed przylotem. My tak właśnie zrobiliśmy – zaczęliśmy rozsyłać CV będąc jeszcze w Wietnamie. Zaowocowało to pozytywnie zakończoną rozmową kwalifikacyjną na Skype już kilka dni po przylocie do Auckland!

Ogłoszeń szukaliśmy wszędzie gdzie się dało. Bardzo przydała się lista stron z ogłoszeniami dostępna stronie Immigration : Work Opportunities.

Zdecydowanie najpopularniejszą z nich jest Backpacker Board. Tam ogłoszenia pojawiają się praktycznie codziennie, więc warto trzymać rękę na pulsie.

Jeśli tylko podany jest numer telefonu, należy wysłać CV i zaraz potem zadzwonić. Nie ma co czekać na odpowiedź ze strony pracodawcy. Rynek pracy w NZ jest mocno wysycony, zwłaszcza w sektorze prac sezonowych i dorywczych, dostępnych dla posiadaczy wiz Working Holiday. Dla Polaków jest obecnie tylko 100 miejsc rocznie, ale obywatele innych krajów mają ich po kilka tysięcy lub nie mają żadnego limitu. Chętnych na to samo stanowisko może więc być wielu, czyli trzeba działać szybko.

Czy trzeba dobrze znać język?

Spotkaliśmy się z tym pytaniem już wielokrotnie i odpowiedź jest tylko jedna – tak, trzeba dobrze znać język, żeby znaleźć pracę na rozsądnych warunkach. Ciężko liczyć na powodzenie znając tylko podstawy angielskiego. Trzeba przecież być w stanie zadzwonić do pracodawcy, przejść przez rozmowę kwalifikacyjną, załatwić niezbędne dokumenty, etc. Z kiepską znajomością języka można liczyć na prostą, ciężką pracę fizyczną, najprawdopodobniej za minimalną stawkę. Nie oznacza to jednak, że bez dobrej znajomości języka nie da się przetrwać tych 12-tu miesięcy i nie da się znaleźć pracy. Ale zdecydowanie od poziomu naszej komunikacji zależy komfort życia na miejscu.

No właśnie, ile można zarobić?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie. Zależy od tego co się potrafi, chce i lubi robić. Na dzień pisania tego tekstu, minimum, na jakie można liczyć to $14.75 za godzinę pracy (mowa o $ NZ). Mniej nikt nie powinien proponować, bo jest to niezgodne z prawem. Planowane jest podniesie minimum wage do $15-15,50 w kwietniu 2016 r. Praca w czasie świąt narodowych jest płatna 50% więcej. Można oczywiście dostać pracę za wyższą stawkę godzinową, ale na potrzeby wstępnego oszacowania własnych możliwości, najlepiej założyć, że będzie się pracowało za stawkę minimalną.

min wage

Kwestią dyskusyjną pozostaje ilość godzin w tygodniu. Przed przyjazdem zakładaliśmy, że będziemy chwytać się krótkoterminowych zajęć i pracować po 20-30 godzin tygodniowo za minimalną stawkę. Wystarczy, że pokryjemy z tego koszty życia i podróżowania po Nowej Zelandii. Chcieliśmy po prostu odwiedzić i zobaczyć ten fantastyczny kraj, a nie zbijać kokosy. Jeśli uda się więcej, to świetnie. Jeśli nie, też dobrze, nie dołożymy przynajmniej do całego wyjazdu. Myślę, że dobrze jest wyjść z takiego założenia planując własny przyjazd, żeby uniknąć późniejszych rozczarowań. Na miejscu szybko okazało się, że w najwyższym sezonie trafiały się i tygodnie, kiedy pracowaliśmy po 14 h dziennie.

Tak na prawdę z obserwacji wynika, ze wszystko zależy od: branży, rejonu i pory roku.

...a co z tym słynnym zbieraniem kiwi?

Owszem, jest taka możliwość. Praca jest praktycznie przez cały rok, zazwyczaj za minimalną stawkę. Można też zbierać winogrona, jabłka i inne owoce. Często wymagane jest posiadanie samochodu, żeby można było dojechać na miejsce pracy. Równie często praca jest w pakiecie z noclegiem w wieloosobowym (6-8) pokoju, w brudnym hostelu, za około $140 tygodniowo (za osobę). Zrezygnowanie z tego noclegu jest równoznaczne ze zrezygnowaniem z pracy. Ponadto wymagane jest zadeklarowanie się na minimum 4-6 tygodni, a za nocleg trzeba wpłacić kaucję, z odzyskaniem której bywają problemy, podobnie, jak z otrzymaniem należnej zapłaty. Sporo takich historii krąży pośród podróżników. Pamiętać trzeba też o tym, że jest to ciężka praca fizyczna w zmiennych warunkach pogodowych. Inaczej mówiąc, cały dzień w deszczu albo w słońcu. Można też trafić na pracę np. przy paczkowaniu owoców. Wtedy jest dach nad głową w trakcie pracy, ale historia z noclegiem pozostaje. Do tego takie miejsca zazwyczaj pracują 24 godziny na dobę, więc jest spora szansa, że trafi się na nocną zmianę. Pieniądze z takiego zajęcia nie wyglądają w rzeczywistości aż tak dobrze, jak na kalkulatorze. My potraktowaliśmy tą opcję jako absolutną ostateczność. Chyba chętniej byśmy poszli do pracy na kilka godzin tygodniowo w zamian za nocleg. Jedynym (sporym) plusem pracy przy kiwi, jest to, że spotyka się mnóstwo innych podróżników.

Praca za nocleg i wyżywienie

Jest taka opcja, dość dobra dla osób, które cenią sobie niezależność i nie chcą uwiązywać się na cały dzień w jednym miejscu. W końcu praca to nie wszystko. Jest to też dobre wyjście dla kogoś, kto w zasadzie pracować nie planował, ale szuka oszczędności w trakcie swojej podróży. Ofert pracy tego typu jest sporo, wystarczy poszukać pod hasłem WOOFING albo workaway. Zazwyczaj ilość godzin w zamian za nocleg i wyżywienie nie przekracza 2-3 dziennie. Nie zawsze trzeba pracować każdego dnia, czasem tylko kilka dni w tygodniu. Nie zawsze też za noclegiem idzie wyżywienie, czasem jest to sam nocleg. Taką pracę można dostać np. na dużej farmie z krowami czy owcami, gdzie każda para rąk jest w cenie, albo w hostelu, gdzie w zamian za nocleg (najczęściej w pokoju wieloosobowym) sprząta się pokoje, łazienki i toalety. Często też taką pracę oferują pensjonaty z kawiarniami albo restauracjami. Możliwości jest dość dużo, sporo takich ogłoszeń pojawia się na wspomnianej wcześniej stronie Backpacker Board i tam można rozpocząć poszukiwania.

Mieszkanie za darmo bez pracy. O co chodzi?

Tak, można coś takiego zaaranżować. Jest to dość popularny w tej części świata t.zw. house sitting. Wygląda to mniej więcej tak: właściciel domu ma 2 psy, 3 koty, wielki ogród i chce wyjechać na parę tygodni na wakacje, np. do Europy. Zamiast płacić komuś za utrzymanie domu w czasie jego nieobecności, zgadza się udostępnić dom podróżnikowi, który w zamian za nakarmienie zwierzaków i podlanie ogrodu zyskuje dach nad głową na kilka tygodni. Obie strony oszczędzają i są zadowolone. Do tego właściciel nie musi się martwić czy ktoś się nie włamie do domu, bo ten nie zostanie pusty. Przy okazji poznaje się sąsiadów, a kto wie co z takich znajomości później wyjdzie. Chcąc skorzystać z takiej opcji trzeba jednak lubić zajmować się zwierzakami, być otwartą na ludzi miłą osobą, która budzi zaufanie i dobrze znać język. W internecie sporo jest portali, które pośredniczą między właścicielami, a osobami chętnymi do zajęcia się ich dobytkiem w zamian za nocleg. Poszukiwania można rozpocząć np. tutaj: Kiwi House Sitters

Podobno w Nowej Zelandii jest bardzo drogo?

Nie aż tak, jak może się wydawać. Ceny w większości są zbliżone to tych w Anglii, ale często jest też taniej. Planując jednak swój budżet najlepiej założyć identyczny poziom cenowy, jak w Zjednoczonym Królestwie. Miesięczne koszty utrzymania zależą od indywidualnych potrzeb i skłonności do poświęceń. Żeby zobrazować mniej więcej koszty, weźmy za przykład miesiąc życia w Auckland. Naszym zdaniem, jeśli chce się prowadzić w pojedynkę w miarę normalny tryb życia, na miesiąc powinno wystarczyć 4000zł. Przez w miarę normalny tryb życia rozumiemy płacenie za nocleg (pokój w jakiś domu), normalne jedzenie, czyli gotowanie, a nie jakieś tanie konserwy i przetworzone produkty z dolnej półki, wyjście na piwo i kolację do knajpy 2-3 razy w miesiącu, wycieczki po okolicy miasta w weekend (nie każdy), może jakieś wyjście do kina raz czy dwa. Może się jednak zdarzyć, że nasze założenia są zbyt optymistyczne i podana kwota nie wystarczy. Dla pewności lepiej mieć więcej.

Najprostsza droga do oszacowania kosztów, to przejrzenie gazetek promocyjnych z supermarketów. To daje jakiś pogląd na to, co można kupić i za ile. Każdy może przejrzeć takie gazetki przed przyjazdem, na stronach internetowych supermarketów, np. New World, Pack’n’Save albo Countdown. W Nowej Zelandii nie ma bowiem Tesco.

Przeczytaj też:

  1. IRD i konto bankowe – WHV formalności po przylocie
  2. Samochód w Nowej Zelandii- jak kupić i sprzedać
  3. Jak dostać zwrot podatku w Nowej Zelandii
  4. Czym podróżować po Nowej Zelandii
  5. Nowa Zelandia: spanie w samochodzie- krótki poradnik cz.1
  6. Nowa Zelandia: spanie w samochodzie- krótki poradnik cz.2

Komentuj