Kraje

Mueller Hut, lekki i przyjemny treking w Alpach Płd

Mueller Hut, lekki i przyjemny treking w Alpach Płd

Ten, kto powiedział, że Mueller Hut to łatwa trasa i nie trzeba do niej specjalnego przygotowania, że po pokonaniu prawie 2000 schodów potem jest już praktycznie, nomen omen z górki, powinien, mówiąc kolokwialnie, dostać w ryj.
Krzesłem.

Ale od początku.
Do wejścia na Mueller Hut przymierzałam się dobrych kilka razy.
Bo mieszkając pod najwyższym szczytem Nowej Zelandii, to zwyczajnie wstyd nie skorzystać z tego, co oferują góry. Zwłaszcza, że do pokonania większości tras wcale nie trzeba mieć alpinistycznego przygotowania. Wystarczy podstawowa wiedza na temat zachowania w górach, oceny warunków, trudności trasy i własnych możliwości. Można po prostu wyjść w góry i delektować się serwowanymi przez naturę widokami.
Do tej pory jednak zawsze udawało mi się znaleźć idealną wymówkę, żeby to wejście przełożyć na następny wolny dzień, następny tydzień, miesiąc, kolejny sezon, kiedyś. W końcu, kiedy determinacja brała górę, okazywało się, że warunki na szlaku są kiepskie, temperatura spadła poniżej zera, wieje potworny wiatr, pada śnieg i szlak jest zamknięty. Poza tym, jak już mam wolne to przecież muszę sprzątnąć, zrobić zakupy, wyprać, odpocząć, a nie szlajać się po górach. W ten sposób udawało mi się kupić trochę dodatkowego czasu, by z czystym sumieniem i kubkiem gorącej herbaty na kanapie planować wejście kiedyś, kiedy akurat nadarzy się lepsza okazja. Tak było do wczoraj. „Życie przecieka Ci przez palce, kiedy robisz pranie” – powiedziała mi moja przyjaciółka. W ten sposób wyczerpałam wszystkie możliwe wymówki i nie było wyjścia. Trzeba było zrzucić wygodne kapcie i pogodzić się z nadciągającymi zakwasami. Decyzja zapadła, idziemy w góry.

Mueller Hut - pierwszy stopień

I tu zaczynają się schody

Szlak zaczyna się dość niewinnie. Z parkingu oddalonego od MtCookVillage o 2 km należy przejść po płaskiej drodze ok 1 km. To raptem 10 min drogi. Zapowiada to całkiem przyjemną trasę i dość niezobowiązujący spacer. Nic bardziej mylnego. Po przejściu tego 1 km zaczynają się schody. Dosłownie i w przenośni. Dokładnie rzecz ujmując 1964 stopnie. Co to dla mnie! Schody wiją się ostrym zygzakiem pod górę. Do przejścia są zaledwie 2 km, przewyższenie to bagatelne 500 m. Ale idę zlana potem, w ostrym słońcu, wiedziona obietnicą, że to najtrudniejsza i najbardziej wymagająca część trasy. Oczywiście wejście zajmuje mi nieco więcej niż czas przewidziany na początkowym znaku, bo zatrzymuję się co chwilę, żeby zrobić zdjęcie. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie wypluwam płuca i pod pretekstem kolejnych zdjęć próbuję złapać oddech. Stopnie są równe, zabezpieczone drewnianymi listwami. Szlak utrzymany jest w bardzo dobrym stanie. Brakuje mi tylko motywujących tabliczek wskazujących, ile już za mną. Strome schody bezlitośnie pną się do góry, ale dalej przecież będzie łatwiej i przyjemniej. To mocno mobilizuje mnie do parcia przed siebie i nieco ponad 2h później jestem już na Sealy Tarns.

Sealy Tarns

Sealy Tarns to niewielki, płaski teren zlokalizowany na północnym zboczu górskiego łańcucha Sealy. Stanowi świetny punkt widokowy z panoramą Mt Cook, Mt Sefton, Minarets, Mt Wakefield i Hooker Valley.

Swoją nazwę zawdzięcza dwóm niewielkim stawom (/tarn/- staw), w których w słoneczny dzień przepięknie odbijają się sąsiednie szczyty. Jeśli nie jesteś w najlepszej formie, to znakomity moment, żeby zawrócić. Jeśli, tak jak ja, masz lęk wysokości, bezdyskusyjnie zawracasz. Na swoim koncie masz już wyczerpującą wspinaczkę, nagrodę w postaci cudownego widoku i masę zdjęć. Wracaj, nie będzie obciachu.

Tu robię dłuższą przerwę na łyk wody, batonik proteinowy, krem do opalania i obowiązkowe zdjęcia. Siadam, żeby dać odpocząć nogom i wyschnąć plecom. W plecaku oprócz wody i jedzenia mam ze sobą aparat i 2 obiektywy. Lekko nie jest, a i tak nie zabrałam ze sobą całego sprzętu, Dzięki Bogu. Na szczęście resztę moich gratów w swoim plecaku upchnęła moja siostra. Najlepszy kompan w drodze.
Widok jest wspaniały. Przed nami z grymasem niezadowolenia na „twarzy” naburmuszony MtCook, skąpany w letnim słońcu. Jest pięknie!
Po krótkim odpoczynku czas ruszać dalej.
No to teraz będzie już tylko przyjemnie, bo przecież paskudne schody się skończyły. Taaak…

Z Sealy Tarns do Mueller Hut

Do celu została nam, wg informacji od osób spotkanych na szlaku „jakaś godzinka drogi”.
Dziarsko ruszam dalej. Faktycznie jest łatwiej. Czuje się prawie jak w wydeptanych przez setki niedzielnych turystów Karkonoszach. Droga jest kamienista, ale też dość szeroka. Kolejne punkty wyznaczają pomarańczowe słupki. Jestem pełna optymizmu.


Do momentu, w którym kamieni jest coraz więcej, podejścia coraz bardziej strome, a ja zamiast stawiać kolejne kroki muszę na czworaka wspinać się pod górę po niewielkich skalnych łupkowych ściankach, szarogłazach i przypadkowych kamulcach. Przypominam sobie, że gdzieś wcześniej stała malutka tabliczka ostrzegająca przed lawinami. Super. Zastanawiam się, jak ja dam radę zejść. Ale na tym etapie nie ma mowy, żebym zawróciła. O nie! Aparat dawno już wrócił do plecaka, a ja w duchu powtarzam sobie „tylko nie patrz w dół, tylko nie patrz w dół!”. To już nie jest walka o piękne kadry, ale dla kogoś o tak silnym lęku wysokości, to walka o życie!
Mija cała wieczność zanim udaje mi się wleźć na górę. Przede mną wreszcie płaski teren! Tyle o ile, bo o ścieżce mogę sobie tylko pomarzyć. Dalsza część trasy delikatnym łukiem okrąża grzbiet łańcucha Sealy i po ok 20 min kluczenia pośród wielkich głazów moim oczom ukazuje się czerwony budynek Mueller Hut. A za nim imponujący szczyt Mt Ollivier.

Mueller Hut i Mt Ollivier

Mueller Hut

Chatka, a właściwie bardziej barak, który widzę, jest piątym, który tu postawiono. Cztery poprzednie zostały ściągnięte przez lawiny.
Pierwsze schronisko na tej trasie uruchomiono w 1914 roku. Obecne, w 2003 r. uroczyście otworzył nie kto inny, a sam Sir Edmund Hillary.
Ale nie należy spodziewać się niczego, co przywodzi na myśl skojarzenie ze schroniskiem górskim. To prosty, metalowy budynek, bez węzła sanitarnego, z drewnianymi pryczami i toaletą na zewnątrz. Miejsca do spania rezerwuje się ze sporym wyprzedzeniem, jednak bez wątpienia jest to atrakcja warta uwzględnienia przy planowaniu pobytu w Nowej Zelandii. Ja jednak nie mam rezerwacji i bardzo się z tego cieszę, bo na myśl, że musiałabym tu doczłapać ze śpiworem i sporo większym zapasem jedzenia robi mi się słabo. Wcinam tylko swoją kanapkę, ciesząc oczy przepięknym widokiem.
Kocham góry, ale zdecydowanie bardziej kocham własne łóżko. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko wrócić na dół. Bułka z masłem…

Praktycznie

1. Trasa faktycznie nie jest ekstremalnie wymagająca, jednak należy mieć chociaż minimalne przygotowanie i być w niezłej formie.
2. Auto można zostawić na bezpłatnym parkingu przy Hooker Valley, skąd rusza szlak.
3. Wstęp do parku narodowego jest bezpłatny, jedynie nocleg w Mueller Hut wymaga opłaconej rezerwacji.
4. Przed wyjściem bezwarunkowo należy sprawdzić prognozę i aktualne warunki. Temperatura na górze potrafi znacząco różnić się od tej na dole. W dniu, w którym wchodziłam, w środku lata różnica ta wynosiła prawie 20 stopni.
5. Warto o swoim wyjściu poinformować lokalny oddział DOC w MtCook Village. Nie jest to jednak wymagane, ale dla własnego bezpieczeństwa zalecam.
6. Do plecaka, oprócz sporego zapasu wody, który można uzupełnić w schronisku, koniecznie wrzucamy czapkę/ coś do osłonięcia głowy, rękawiczki, krem do opalania, okulary przeciwsłoneczne i kurtkę, która ochroni przed silnym wiatrem na szczycie. Porządne górskie buty są absolutnie wymagane.
7. Bezpieczeństwo przede wszystkim! Ponad wszelką miarę nie można zapominać, że Alpy Południowe to wysokie góry, w który warunki bardzo szybko i dynamicznie się zmieniają. Żadne zdjęcie, ani żadne magiczne wspomnienie nie jest warte niepotrzebnego ryzyka.

6 Comments

  1. nieśmigielska
    28 lutego 2018

    to co my mamy powiedzieć, jak już sporo nad sealy tarns zawróciliśmy bo za dużo śnieu? zresztą, to chyba było tego samego dnia co nasze pamiętne spotkanie w twizel, musiałam Ci opowiadać 😉

    Reply
    • Jo Gasieniec
      10 marca 2018

      Opowiadałaś! 😀 Nie wyobrażam sobie tej trasy w śniegu…toż to istne samobójstwo pod szczytem 😛 Walka o życie, zero fun’u 😛

      Reply
  2. Kacper
    7 lutego 2018

    Hooker Valley- made my day :)
    Wyobraźnia mi zaczęła pracować w mój iście absurdalny sposób.
    Pozdrawiam :)

    Reply
    • Jo Gasieniec
      7 lutego 2018

      Kacper, to od nazwiska! 😉 Kudłate myśli Ci po głowie chodzą 😉

      Reply
  3. Małgorzata
    7 lutego 2018

    Odnoszę wrażenie, że takie są właśnie Góry NZ.. Wyglądają niewinnie, niewysokie, myślisz sobie: Eee to pikuś. A po przejściu zdajesz sobie sprawę, że zmęczyły Cię bardziej niż każde inne, wyglądające dużo straszniej góry na świecie..

    Reply
    • Jo Gasieniec
      7 lutego 2018

      Prawda? Bo te tutaj są na wyciągnięcie ręki i wydaje się, że to nic takiego, żaden wysiłek. A potem jest zonk…

      Reply

Komentuj