Kraje

TranzAlpine Express–The Great Journeys Of New Zealand

TranzAlpine Express–The Great Journeys Of New Zealand

„A gdybyś dostał szansę spełnić te marzenia, których nie zdążyłeś?” – ta myśl dźwięczy mi w głowie za każdym razem, gdy w naszych podróżach wracamy w miejsca, w których już byliśmy. No bo takie wracanie dla samego wracania trochę nie ma sensu. Misternie kreślę wtedy listę wszystkiego, czego nie zobaczyliśmy, nie zrobiliśmy, nie spróbowaliśmy, na co albo nie wystarczyło nam czasu, albo pieniędzy, albo zwyczajnie nie było nam po drodze zrobić.
Ta myśl dźwięczała mi w głowie również wtedy, kiedy podejmowaliśmy decyzję o powrocie do Nowej Zelandii. Tak było właśnie z podróżą TranzAlpine Express.

TranzAlpine

Pierwszą szansę zignorowaliśmy, bo po prostu nie mieliśmy kasy, czekała na nas Azja i zupełnie inne atrakcje. Drugą szansę przegapiliśmy, pracując całe lato i opuszczając Nową Zelandię prawie w strugach późnojesiennego deszczu. Trzeciej obiecaliśmy nie odpuścić i po niecałym roku od powrotu do Nowej Zelandii zabookowaliśmy swoje wymarzone bilety kolejowe, skreślając najważniejszy punkt na liście „rzeczy, które zawsze chcieliśmy zrobić, a których jednak nie zrobiliśmy”.
Termin idealnie zbiegł nam się z urodzinami Olka, stanowiąc zarazem wspaniały prezent dla nas obojga.

Jeśli marzą Ci się nowozelandzkie krajobrazy w pigułce, prawdopodobnie nie ma lepszego rozwiązania, niż podróż koleją między zachodnim a wschodnim wybrzeżem Południowej Wyspy.
No dobrze, są jeszcze 2 inne przepiękne kolejowe trasy widokowe, ale tamtymi jeszcze nie jechaliśmy, więc cicho sza.
Wszystkie powyższe, wraz z promem pomiędzy wyspami, składają się na The Great Journeys Of New Zealand.
Do zestawienia wchodzą: InterIslander, czyli prom pomiędzy wyspami oraz 3 trasy kolejowe. Jedna, która ponownie otwarta zostanie w grudniu, bo została całkowicie zniszczona w zeszłorocznym trzęsieniu ziemi. To trasa wzdłuż wybrzeża, z Christchurch do Picton, z którego odpływają promy. Druga, już na Północnej Wyspie, z Wellington do Auckland!
Trzecia, z Christchurch do Greymouth, prowadzi przez samo serce Alp Południowych, na pokładzie komfortowego TranzAlpine Express.
I stanowi atrakcję, której wręcz nie można sobie odmówić.

TranzAlpine

TranzAlpine

TranzAlpine

Pociąg przejeżdża przez górskie przełęcze, mija rwące górskie rzeki, błękitne jeziora i urokliwe maleńkie stacje kolejowe. Wspina się powoli pod górę, pokonując w ciągu 5h trasę 224km, staje na 8 stacjach, przejeżdża przez 4 wiadukty i wjeżdża do 16-tu tuneli, w tym najdłuższego w Nowej Zelandii 8-5 kilometrowego Otira Tunnel… Uff, dość tych statystyk, do sedna!
Zacznę od tego, że wstaliśmy rano…

…poranek w Greymouth przywitał nas ostrym zapachem morza i ryb, niesionym przez krzepkie, chłodne powietrze. Góry zasnute chmurami nie dawały wielkiej nadziei na poprawę pogody. Dzień zapowiadał wielkie rozczarowanie przejażdżką, którą planowaliśmy już od kilku tygodni. A właściwie zapowiadałby, gdybyśmy liczyli tylko na widoki. Pociąg miał być atrakcją samą w sobie, dlatego machnęliśmy ręką na pogodę. Do odjazdu mieliśmy jeszcze sporo czasu. W miasteczku, w którym nie ma co robić, czasu było aż nadto. Poszwendaliśmy się po szerokich ulicach, zrobiliśmy kilka zdjęć i korzystając z tego, że nie była to nasza pierwsza wizyta w Greymouth, udaliśmy się w najlepiej znane nam miejsce, na przepyszny lunch w browarze Monteith’s. Nie oceniajcie, w końcu świętowaliśmy urodziny!

O 13:00 grzecznie stawiliśmy się na dworcu kolejowym, odebraliśmy w kasie zarezerwowane wcześniej bilety i spokojnie nadaliśmy bagaż, który całą drogę przebył w wagonie bagażowym. Super sprawa!
40 minut później na peron wtoczył się skład ciągnięty przez masywną, żółto-czerwoną lokomotywę spółki Kiwi Rail. Sześć klimatyzowanych wagonów, wagon restauracyjny i najważniejszy, na samym końcu pociągu, otwarty wagon/platforma widokowa! Zajęliśmy nasze miejsca i punkt 14:05 ruszyliśmy, zostawiając w oddali pusty peron, niewielki dworzec i śmierdzące rybą powietrze Greymouth.

Cieżko powiedzieć, czy nasze fotele były wygodne. Były z pewnością szerokie, z podłokietnikami i miejscem do podpięcia słuchawek, przez które nagrany przewodnik opowiadał o mijanych miejscach, stacjach i osiągnięciach technologicznych na trasie, przemycając fakty, daty i liczby.
Z wystarczającą ilością miejsca na nogi i całkiem sporym stolikiem przed nami. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy były wygodne, bo większość czasu spędziliśmy kursując między wagonem restauracyjnym, o dziwo praktycznie pustym przez większą część drogi, a platformą widokową, wcale nie o dziwo prawie pełną.

Od razu obowiązkowo uraczyliśmy się butelczyną pociągowego Pilsnera, uwarzonego specjalnie przez browarników z Monteith’s dla TranzAlpine Express z okazji jego 30tych urodzin.
I tak, wprawieni z szampański nastrój, już do końca pozostaliśmy w znakomitych humorach.

Chmury szybko się podniosły, gwarantując nam niezapomniane widoki i przede wszystkim uczucie pełnej satysfakcji. Nie było żadnych niedziałających wiatraków, żadnego tłumu ludzi cisnącego się w przejściu. Pełna kultura.

Jechaliśmy wolno, a krajobraz nie zdążył się wiele zmienić. Zazieleniło się tylko mocniej, przybyło drzew, krzaków i krów na polach.
W niedługim czasie dojechaliśmy do Moany i tu widoki uległy znacznej transformacji. Pojawiły się pagórki i pierwsze, niższe szczyty Alp Południowych. Łukiem pokonaliśmy trasę wzdłuż jeziora Brunner, a do magistrali przylgnęła asfaltowa droga.

Pstryk! Pstryk! Pstryk! Milion zdjęć! Góry! Śnieg na szczytach! Most! Pstryk! Pstryk! Pstryk! Żółte drzewa! Zielone drzewa! Fioletowe łubiny! Pstryk! Pstryk! Pstryk! Rzeka! Szara grań! Pstryk! Pięknie!

Pociąg trochę zwolnił. Stacja: Otira. Za chwilę tunel.
W głośniku komunikat „zepsuł się przekaźnik w tunelu, musimy czekać”.
Bezpieczeństwo przede wszystkim!

Pstryk! Pstryk! Pstryk! Ze zdjęciami łatwiej, pociąg stoi w miejscu. Nadal pięknie! Powietrze pachnie latem. Słońce grzeje, jak głupie.

Po godzinie usterka została usunięta i z nosami przyklejonymi do szyby wjechaliśmy do 8,5 kilometrowego tunelu Otira.

Czas na drugi lunch i kawę. Całe szczęście jedzenie w „restauracyjnym” jest niezłe i wcale nie jest drogie. Do wyboru: sałatka z łososiem, wrapy, indonezyjski ryż. Szału nie ma, ale dramatu też nie.

Stacja: Arthur’s Pass. Pięknie!
Pstryk!… Pstryk!… Krótki postój, złapaliśmy już spore opóźnienie. Ruszamy!
Przecinamy przełęcz. Jezioro.
Pstryk!
Ehh…Pstryk! Nie chce mi się już robić tych zdjęć! Ileż można!
Kolejny wiadukt, kolejna rzeka, kolejny tunel.

Stacja: Springfield. Pięknie!
Pstryk!
Zjechaliśmy już z gór, teren zrobił się bardziej płaski.
Siadła bateria w aparacie. Co za ulga. Od tej pory mogę zapisywać obraz tylko w pamięci. „Olo, kup proszę jeszcze jednego Pilsnera”. Wzniosę toast z tej okazji.

Darfield, Rolleston. Emocje już trochę opadły, gnamy do celu.
Na horyzoncie widać miasto. Czuję się prawie, jakbym wracała z długich wakacji do domu. Chociaż tym razem to tylko kilka godzin i to na drugim końcu świata.
Zawsze lubiłam ten moment, kiedy po całym dniu w pociągu, w oddali widać już było czerwone neony „Wrocław Główny”.
Tym razem bez neonów. Spóźnieni, ale szczęśliwi, w promieniach zachodzącego słońca wjechaliśmy na stację w Christchurch.
Marzenie spełnione!

2 Comments

  1. kami
    6 grudnia 2017

    dlaczego nie pojechaliście ze mną :( ??? kurcze, ale piękniej to u Ciebie wygląda niż pamiętam! tęsknię <3

    Reply
    • Jo Gasieniec
      8 grudnia 2017

      Kami, no bo nam się terminy nie zgrały :( Ale gdybyśmy pojechali razem, byłoby czadowo!
      Poza tym, czekam na Twoje zdjęcia, bo są na prawdę piękne, mobilizuj się z tą Nową Zelandią <3
      Też tęsknię :(

      Reply

Komentuj