Kraje

I love you Wietnam!

I love you Wietnam!

Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Wietnamu, chemii nie było. Nie było nawet zauroczenia. Było za to zmęczenie i rezygnacja wywołane pojawiającymi się raz po raz problemami. Trochę jak w „Tangu” Mrożka, ilekroć robiliśmy krok do przodu, zaraz cofaliśmy się o dwa.


Niechybnie bowiem wybraliśmy się do Wietnamu w czasie Wietnamskiego Nowego Roku, kiedy ceny lecą w górę, jak szalone, bilety autobusowe wyprzedają się na pniu, a miejsca w hostelach dawno są już zajęte. Do tego na północy jest zimno, jak jasna cholera, a w pokoju nie ma ogrzewania, palec u stopy postanawia się wybić, spodnie drą się na tyłku, plecak nasiąka cały wodą po nocnej jeździe w nieszczelnym luku bagażowym, kierowcy autobusów oszukują, sprzedawcy bułek oszukują, pani w sklepie z wodą oszukuje…itd itd. Walczyliśmy z tymi przeciwnościami dumnie i z podniesionym czołem, ciesząc się ze wzlotów i szybko otrzepując się po upadkach. Niestety, pomimo szczerych chęci, po miesięcznej walce bilans wyszedł nam na minus i tak się stało, że Wietnam opuszczaliśmy ze łzami szczęścia w oczach. Jak widać nie zawsze muszą być tęcze i jednorożce.

Czas jednak leczy rany i kiedy złe wspomnienia zdążyły już wyblaknąć, łokciami rozepchała się w serduchu jakaś tęsknota za tą gwarną egzotyką. A tęsknota szybko obudziła drzemiący półsnem niedosyt, dlatego postanowiliśmy dać sobie i Wietnamowi drugą szansę i wróciliśmy. Powrót był przemyślany, świadomy, ale przede wszystkim niecierpliwie wyczekiwany.

Wróciliśmy w miejsca, które nas urzekły i daliśmy urzec się tym, którym nie daliśmy szansy za pierwszym razem. Zwolniliśmy, smakowaliśmy, zwyczajnie byliśmy.
I tak jakoś wyszło, że ta zadra w sercu po pierwszej wizycie szybko zabliźniła się podczas kolejnej, przeradzając się dość niespodziewanie w głęboką miłość!
W takim razie, za co tak bardzo kochamy ten Wietnam? Zobaczcie sami:

1. Kawa!

To mój subiektywny numer jeden! Kto nie pił kawy po wietnamsku, powinien to szybko nadrobić. Wietnam jest drugim na świecie największym producentem kawy. Dlatego rozwinięta kultura picia tegoż właśnie trunku nie powinna tu w ogóle dziwić. Osobliwy sposób, w jaki parzy się i podaje wietnamską kawę wydobywa jej najlepsze walory smakowe. Smolista, gęsta ciecz o delikatnym czekoladowym posmaku jest dużo mocniejsza, niż ta serwowana przez kawowe „fast foody”, zatem też szybciej, ale i w przyjemniejszy sposób, stawia na nogi. I pomimo sporu wśród kawoszy o wyższości szlachetnej Arabici nad Robustą, już po pierwszym łyku wietnamskiej kawy wątpliwości odchodzą na bok.

2. Jedzenie

Po pierwsze Banh mi! Po drugie Banh mi! I po trzecie Banh mi! Zwłaszcza dla osób, które nie przepadają za ryżem albo są już w dłuższej podróży i zwyczajnie mają go dość. Wietnam, dawna strefa wpływów francuskich, jest jednym z tych krajów w regionie, które przeniosły do własnej kuchni… pieczywo! A dokładnie pyszne chrupiące bagietki.
Najpopularniejszą formą ulicznej przekąski są zatem serwowane na straganach bagietki z mięsem, czy jajkiem i warzywami, doprawione wietnamskimi sosami oraz ziołami.

No i oczywiście sajgonki, które w Wietnamie znane są jako nem. Podawane świeże (nem cuon) lub smażone na głębokim oleju (nem ran). Swoją polską nazwę zawdzięczają Wietnamczykom, którzy tłumnie odwiedzali Polskę w czasach, gdy nasze kraje dzieliły wspólny ustrój. Jako typowe danie kuchni wietnamskiej z bądź co bądź trudną do wymówienia i zapamiętania nazwą, potocznie okrzyknięto właśnie sajgonkami. I choć nazwa ta błędnie odnosi się do Sajgonu, zamiast do Hanoi, z którego potrawa ta pochodzi, to tak już zostało.

Bardziej wyrafinowani smakosze zachwycą się również tradycyjną zupą Pho albo delikatnymi kluseczkami Banh cuon. Jeśli zastanawiasz się gdzie w Hanoi zjeść najlepszą w całym Wietnamie zupę Pho, koniecznie przeczytaj nasz wpis!

 

3. Kolory

Wietnam jest kolorowy! Żółtawe wydmy w Mui Ne, niebieska woda przy plaży w Da Nang, czerwień i złoto wietnamskich świątyń, no i przede wszystkim mieniące się wszystkimi odcieniami zieleni tarasy ryżowe! Tym właśnie jest dla mnie Wietnam! To przeplatane kolorami ludowe stroje górskich plemion z okolic Dong Van, zbierających się raz na tydzień na lokalnym targu. Wszystko to powoduje, że do dziś nie umiem zdecydować, czy bardziej urzekła mnie tu niesamowita przyroda, czy niespodziewana różnorodność etniczna.

I tak oto otoczeni feerią barw, nasyceni dobrym jedzeniem i wzmocnieni mocną kawą, za tym wszystkim zaczęliśmy w końcu dostrzegać uśmiechniętych ludzi. A wraz z ich uśmiechem- serdeczność i życzliwość.

Za chwilę wsiadamy w samolot i ruszamy do Wietnamu po trzeci raz. „Po co?” ktoś mógłby zapytać? Bo o miłość, moi drodzy, trzeba dbać!

1 Comment

  1. Iri Sunshine
    1 listopada 2016

    Udanej podróży! Nie dziwię się, że tam wracacie:)

    Reply

Komentuj