Kraje

Brama do innego świata cz. 1

Brama do innego świata cz. 1

Przejście graniczne między Chinami i Kirgistanem, jest jak brama do innego świata. To jak przejście między dwoma skrajnymi światami. Dystans kulturowy, jaki należy pokonać na odcinku zaledwie 300 km powinno mierzyć się w latach świetlnych. Po jednej stronie głęboka Azja, a po drugiej prawie Europa! Po jednej bogactwo, po drugiej bieda.

Jest za to coś, co łączy. Łączy, ale też i w naturalny sposób dzieli. To góry Tien Szan. Najpiękniejsze góry, jakie widziałam!

Przekraczanie samej granicy, z zasady wydaje się prostym przedsięwzięciem. Imię, nazwisko, proszę patrzeć w kamerkę, pyk-pieczątka w paszporcie, kilkaset metrów po ziemi niczyjej i od nowa: nazwisko, kamerka, pieczątka. Koniec.

Nie tym razem mili państwo. Nie tym razem.

Zanim jednak wydostaniemy się z Państwa Środka, przed nami ostatnia porcja absurdu.

Z Kashgaru wyjeżdżamy taksówką. Miał być autobus. I właściwie do samego końca byliśmy przekonani, że pojedziemy właśnie autobusem. Na to wskazywały nasze bilety.

Ale od początku. Wczesnym rankiem, po śniadaniu, ruszyliśmy na dworzec autobusowy. Z mapy wynikało, że jest on dość blisko miejsca, w którym spaliśmy. Dla nas super.

Niestety okazało się, że tak byłoby zbyt łatwo. Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań wyhaczony przez nas na ulicy starszy Chińczyk złapał się za głowę i z wielkim przejęciem powiedział, że to przecież nie tu. No jak nie, skoro na mapie jak wół stoi „bus station”! Przed nami tylko jakaś ruina przeznaczona do rozbiórki. Faktycznie, dworcem raczej bym tego nie nazwała.

Pan Chińczyk mocno się zasępił, zamyślił i za chwilę dziarskim krokiem ruszył w przeciwną stronę, tłumacząc, że on nam wszystko pokaże.

Uwaga, czerwona lampka! Będzie chciał kasę, jak nic! Albo gorzej, wyprowadzi nas w jakiś ciemny zaułek, okradnie i zostawi na pastwę losu!

Popatrzyliśmy po sobie zdezorientowani. Trudno, zaryzykujemy.

Chwilę później doszliśmy do przystanku autobusowego.

-Number 8! Your bus is number 8! – krzyczy uradowany.

Ale o co chodzi? Jak to? „Ósemka” jedzie do dworca kolejowego!

-Nieee- tłumaczymy – BUS station! NO TRAIN!

– No, no, no…NEW bus station is next to train station!- mówi z uśmiechem poczciwy staruszek.

– Oookkkk… – „no to jesteśmy w dupie” myślę! Nie zdążymy na ten poranny autobus do granicy, nie ma opcji!

Dziadziuś wsadził nas w odpowiedni autobus, zagęgał do kierowcy, wytłumaczył, gdzie jedziemy a na koniec zapłacił za nasz bilet i życzył miłego dnia.

„Może jednak ten dzień będzie lepszy niż sądziłam?”.

Na dworcu dezorientacja. Uwielbiam ten chiński system. Piękny, przeszklony nowy budynek. Oznaczenia po angielsku, wszystko niby pięknie-ładnie, ale jakoś tak na opak. Pytamy o bilet do granicy, nikt nie mówi po angielsku. Próbujemy po rosyjsku. Nic. Kurde, powtórka z rozrywki.

W końcu trafiamy do jednej ze strażniczek, na szczęście ona rozumie nas bez problemu. Kieruje do kasy, pięć razy tłumaczy, że wystarczy tylko, że powiemy kasjerce „Ulugqat” i dostaniemy nasze biletu autobusowe.

Tak też robimy. Pani w kasie ze zrozumieniem pyta, czy interesuje nas autobus o 11:00, do którego mamy jeszcze jakieś 20 min, potwierdzamy, wybieramy miejsca na monitorze komputera, płacimy i tyle.

Na peron prowadzi nas ta sama strażniczka, która skierowała nas po bilety. Żartujemy po drodze, śmiejemy się, no wreszcie można z kimś pogadać!

Miny nam rzedną, kiedy pani, zadowolona z siebie, że nam pomogła, staje przed rozpadającym się autem osobowym i dumnie wskazuje:

-Your bus to Ulugqat.

Zagaduje do kierowcy, że potrzebujemy dostać się nie tyle do miasta, co do samego przejścia granicznego, on kiwa głową, potwierdza cenę, którą grzecznie uiściliśmy w kasie, zabiera nasze bilety i oddaje strażniczce, która grzecznie odnosi je do…kasy.

„Acha…czyli tak to działa”.

Nieważne, grunt, że jedziemy! Musimy zdążyć na pierwsze przejście przed 13:00, bo potem aż do 16:00 jest przerwa, przekraczania granicy nie ma i trzeba czekać.

Już za miastem okazuje się, że na dworcu zostało jeszcze 2 pasażerów z biletami na ten sam autobus, więc musimy po nich wrócić. No i faktycznie wracamy.

„Trudno”- myślę – „mamy jeszcze zapas czasu”.

Dalej jedziemy już sprawnie i bez niezaplanowanych postojów. Pomyślnie przechodzimy kontrolę paszportów przy kompletnie pustej autostradzie i po niecałych dwóch godzinach wysiadamy przed budynkiem chińskiej kontroli granicznej.

Zabieramy plecaki z bagażnika i powoli odchodzimy. Kierowca macha za nami łapami i krzyczy, że musimy zapłacić.

-Jak to? – tłumaczymy, że miało być do granicy i stukamy się w czoło.

Ale ten nie daje za wygraną i na migi coś pokazuje. Na szczęście tak kłócąc się z nim, dochodzimy do posterunku celników. Do rękoczynów więc nie dochodzi. Ci mówią już po angielsku i tłumaczą nam, że należy uiścić opłatę za taksówkę. Strażniczka na dworcu obiecała kierowcy, że dopłacimy drugie tyle, ile kosztowały nasze bilety, jeśli dowiezie nas do samych celników.

„No chyba kogoś mocno poniosła fantazja!” – ciśnie mi się na myśl w bardziej niecenzuralnej wersji.

– Nie ma mowy! Umowa to umowa, bilet to bilet. Miało być do granicy! Nie było mowy o żadnych dodatkowych opłatach!

Spór kończymy u celnika, który po usłyszeniu żądanej kwoty wybucha gromkim śmiechem i przepędza kierowcę, jak natrętną muchę. Machnięciem ręki.

Jesteśmy trochę zdezorientowani, ale szybko korzystamy z okazji i przychylności pograniczników.

Pieczątkę wyjazdową z Chin dostajemy w ciągu kilkunastu minut. Na granicy nie ma tłumów. Kilka kirgiskich rodzin wracających z dużych zakupów i francuskie małżeństwo z trójką małych dzieci. Tyle. Nasze bagaże, mimo że opuszczamy kraj, a nie do niego wjeżdżamy, zostają kilkukrotnie i dokładnie prześwietlone. W końcu „wychodzimy z Chin” przez przeszklone drzwi budynku, zostawiając za plecami kraj absurdów. W międzyczasie dobijamy targu z kierowcą taksówki, który zbiera chętnych do zapełnienia wszystkich miejsc w swoim aucie.

Nie jest to idealna opcja, bo taksówka wcale nie jest tania (100 juanów/os). Ale przed nami jeszcze kawałek drogi, a wiemy, że przekroczenie granicy na własną rękę, stopem czy rowerem wymaga wielkiego uporu, a może i kilku dni koczowania pod budką celników. Chcemy zresztą jeszcze tego samego dnia dojechać do Osz, a to oznacza, że na kirgiskim przejściu, po drugiej stronie, musimy stawić się zaraz po zakończeniu przerwy obiadowej. Decydujemy się zapłacić za komfort szybkiego i bezproblemowego dojazdu i nie podejmujemy ostatniej walki z chińskim systemem.

Po tych wszystkich miesiącach w podróży wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie zawsze warto stawać na rzęsach i nie o wszystko trzeba się targować, żeby zaoszczędzić. Czasem zwyczajnie nie warto, tu na szczęście pozostajemy zgodni. Ten wydatek wytargujemy na kolejnych noclegach. Wsiadamy wygodnie do rozklekotanego vana razem z kirgiską rodziną i ruszamy w stronę ośnieżonych gór Tien Shan.

Przed nami jakieś 2h pustą, krętą drogą, kilka punktów kontrolnych straży granicznej i „zdrastwujtie Kirgizjo!”.

Po drodze robię jakiś milion zdjęć, widoki jałowych skalnych gór odbierają mowę, a szyja od ciągłego kręcenia „lewa-prawa” odmawia po jakimś czasie posłuszeństwa. Czy można się uodpornić na piękno?

Pod koniec tej trasy dochodzę do wniosku, że tak, można. Obrazy, które bombardują mnie z każdej strony i niesamowite krajobrazy wyłaniające się zza kolejnych zakrętów przestają robić na mnie aż takie wrażenie. Albo tak mi się wydaje od nadmiaru tego piękna. Nie wiem, w którą mam patrzeć stronę.

W dobrych humorach i miłej atmosferze docieramy do ostatniego chińskiego punktu kontroli.

Niestety trwa jeszcze ta nieszczęsna przerwa obiadowa. Przejście zamknięte jest na cztery spusty, a drogę zagradza grubaśny szlaban. Za szlabanem widać już kirgiskich celników. Nasz kierowca ustawia się w długim wężyku, za ciężarówkami i prowadzi nas na obiad do jednego z domów przy samej drodze. Dom to właściwie mocne nadużycie.

Na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że to bardziej lepianka, albo ciąg garaży. Albo ciąg garaży ulepionych z gliny! Drzwi nie ma. Jest za to koc w kratę zawieszony na wejściem. A w środku przecudownie pachnie jedzeniem. Patrzę na zegarek i śniadanie zjedzone o 6:00 rano wydaje mi się już odległą prehistorią.
Żołądek bezlitośnie domaga się obiadu.

Kashgar-Osh

Kashgar-Osh

Kashgar-Osh-60

Kashgar-Osh

Kashgar-Osh

Kashgar-Osh

Kashgar-Osh

Kashgar-Osh

6 Comments

  1. Domi
    14 marca 2016

    Pięknie bez dwóch zdań! Kiedyś musimy te góry na własne oczy zobaczyć :) czekam na drugą część!

    Reply
    • Jo Gasieniec
      20 marca 2016

      Koniecznie Dominika! Sami chętnie byśmy tam wrócili :)

      Reply
  2. Travelling Milady
    14 marca 2016

    Powiem szczerze, że za takie widoki to chyba nawet dałabym się oszukać taksówkarzowi. Co za potęga!A Wy mimo wszystko wyglądacie na bardzo zrelaksowanych. Mam nadzieję, że też się kiedyś przekonam, czy można się na takie piękno uodpornić.

    Reply
    • Jo Gasieniec
      20 marca 2016

      No widoki rekompensowały zmęczenie :) Podróż w dobrym towarzystwie szybko mija, bo kierowca mimo, że nie chciał się targować, to w gruncie rzeczy dobry chłop był! Widoki, jak patrzę dziś na zdjęcia, wydają się nierealne…

      Reply
  3. Agnieszka /Zależna w podróży
    13 marca 2016

    Dokładnie dzisiaj rozmawiałam z moim o możliwościach na tegoroczny wyjazd. Stwierdziliśmy, że gdyby się trafiły tanie bilety do Biszkeku, to bierzemy i jedziemy do zachodnich Chin. Więc artykuł wpasowałaś idealnie!

    Reply
    • Jo Gasieniec
      20 marca 2016

      Super! W takim razie faktycznie udało mi się wstrzelić 😉

      Reply

Komentuj