Kraje

Walka z wiatrakami, czyli przeprawa koleją przez Chiny cz.3

Walka z wiatrakami, czyli przeprawa koleją przez Chiny cz.3

O Urumqi chciałoby się napisać chociaż kilka słów. Ale ciężko napisać cokolwiek, kiedy tak naprawdę nie widzieliśmy miasta. Po przyjeździe pół dnia spędziliśmy na poszukiwaniu noclegu, a tu nie jest to takie łatwe, bo mało który hostel i hotel może przyjmować turystów. Resztę dnia poświęciliśmy natomiast na odbiór w dworcowej kasie biletów na kolejny pociąg. Widzieliśmy trochę miasta z okna miejskiego autobusu: wielkie budynki, szerokie ulice, markowe sklepy.

Następnego dnia rano łapiemy następny pociąg. Do Kashgaru. Tym razem podróż będzie krótsza. Tylko 26h. Powtarzamy cały cyrk z prześwietlaniem bagażu, sprawdzaniem biletów i paszportów oraz wchodzeniem na peron i zajmowaniem miejsc w wagonie. Znowu nam się udaje, znowu wsiadamy jako jedni z pierwszych, plecaki lądują elegancko na półce na bagaż. Mimo, że przed wejściem na peron ustawił się tłum ludzi, w pociągu jest dość luźno. Jest już znacznie mniej Chińczyków. Zdecydowanie dominują Ujgurzy. Chociaż wszyscy mówią po chińsku, więc technicznie to również Chińczycy. Tylko nie wyglądają tak chińsko. Kobiety w długich sukienkach, opatulone chustami, mężczyźni z gęstym, czarnym wąsem. Rysy twarzy takie wschodnie, ale zdecydowanie nie chińskie. Wjeżdżamy do muzułmańskiej części Chin. W poprzednim pociągu kilkakrotnie usłyszeliśmy, że jesteśmy bardzo odważni, bo jedziemy „aż do Kaszgaru”, a tam przecież niebezpiecznie. Bo tam właśnie muzułmanie i terroryści i zamachy i granica zaraz.

Prawdę mówiąc dziwi nas to, bo to w Urumqi, w zeszłym roku, doszło do zamachów i to na dworcu kolejowym. Jacyś fanatycy wpadli na radosny pomysł i wysadzili część budynku. Bomba podłożona została w przechowalni bagażu.

W Kunmingu zresztą było podobnie. Tam z kolei separatyści uzbrojeni w noże zaatakowali pasażerów zabijając 33 osoby. W tym rejonie nie jest to niestety rzadkość.

Wychodzę jednak z założenia, że piorun nie uderza dwa razy w to samo drzewo. I wierzę, że właśnie ze względu na te zamachy, jest tam teraz bezpieczniej. Przynajmniej na razie.

Drugi pociąg nie jest już aż tak komfortowy, jak pierwszy. Nie ma klimatyzacji, a za oknem leje się żar, nawet w nocy. Na moim górnym łóżku ciężko wysiedzieć pomimo wiatraka. Najnormalniej w świecie leżę i się pocę. Po co mi ta kołdra, którą mi dali?
Nie ma też dystrybutora z gorącą wodą. Ta wydawana jest co kilka godzin z wielkiego samowaru przy jednym z wagonów. Do termosów. Nasze sześć łóżek ma swoje przydziałowe 2 termosy. Ale woda i tak znika zdecydowanie za szybko. Zastanawiam się, jak my zjemy te wszystkie zupki, które czekają w siatce.
Brakuje też gniazdek do ładowania telefonu.

Za to okna są pootwierane, nie muszę więc robić zdjęć przez brudną szybę. Wysuwam obiektyw przez 20cm szparę między oknem a jego ramą. A widoki są zacne. Trasa kolejowa z Urumqi do Kaszgaru prowadzi skrajem pustyni Takla Makan. Nie ciężko się domyślić, że już zaledwie po kilku godzinach podróży, przez te pootwierane okna, wpada do środka pomarańczowy kurz i pył. No i ten gorąc!

Bardzo szybko stajemy się główną atrakcją dla pozostałych pasażerów. Kilka osób rozmawia z nami za pomocą translatora na telefonie albo na gesty. Kilka mówi też po angielsku. Znacznie więcej, niż w poprzednim pociągu. Szybko tłumaczymy, że jesteśmy z Polski, a nie z Ameryki, jak myśli większość. Czemu akurat z Ameryki? Że z Rosji, to bym jeszcze zrozumiała. Wystarczy na nas popatrzeć. Ale z Ameryki? Czyżby siła chińskiej propagandy?

Czekamy aż zrobi się ciemno, a tym samym trochę chłodniej. Wreszcie odkleimy się od siedzeń i położymy się spać, ale względem Pekinu mamy 2h różnicy w czasie. Tyle, że strefa czasowa się nie zmieniła. Jest widno aż do 22:00. To niestety jest jednoznaczne z dużą aktywnością pozostałych pasażerów. Dzieci biegają po wagonie, ktoś gra w jakąś irytującą gierkę na telefonie, na szczęście już tyle nie łażą, bo nie ma po co. W końcu nie ma przecież gorącej wody.

Gorąc jest niemiłosierny, wiatrak huczy mi koło głowy. Matko, to będzie ciężka noc. Światło gaśnie dopiero o 23:00.

O 2:00 nagle się budzę. Jest okrutnie gorąco, a ja czuję, że na prześcieradle zostawiłam mokry odcisk własnego ciała. Coś jest nie tak, zastanawiam się chwilę. Coś mi nie pasuje.

Jest cicho. Wiatrak przestał działać! To tłumaczy niewyobrażalnie wysoką temperaturę na moim górnym łóżku. Czekam chwilę, ale nic się nie dzieje. Wiatrak, jak nie działał, tak nie działa dalej.

W końcu nie wytrzymuję i ruszam z misją włączenia wiatraka. W wagonie mało kto jeszcze śpi, jest za gorąco.

Znajduję prowadnika i na migi tłumaczę mu:

-Panie! Gorąco tam, ja na górnym łóżku, spać się nie da! Włącz pan wiatrak, bo uświerknąć idzie!

– @#$%^&*(*&^%^&*- tu pada bełkot po chińsku, którego nie rozumiem, a pan odwraca się na pięcie i idzie w przeciwnym kierunku. No nie włączy mi tego wiatraka!

– O nie, nie, nie! Panie, mówię do Pana! WIATRAK! Ja chcę spać!

Pan znowu po chińsku coś mamrocze, po czym pokazuje, że wiatraki nie działają i działać nie będą, gestem odganiania muchy kieruje mnie z powrotem na moją pryczę.

Wracam do siebie z nadzieją, że może ten nieszczęsny wiatrak jednak zacznie działać…nie zaczyna. No przecież tak się nie da! Wracam do prowadnika, który na mój widok zerka z rezygnacją w podłogę i macha rękoma, że w innych wagonach wiatraki też nie działają, i że on nie włączy.

Idę więc sprawdzić te inne wagony, ale tam jak na złość, wiatraki chodzą sobie pięknie chłodząc śpiących pasażerów. No żeby go szlag trafił! Myślę i krokiem marszowym, przebiegając przez nasz wagon, wracam do kanciapy prowadnika.

– Panie, wiatrak nie działa! M Ó J  W I A T RA K, nie działa! A tam działają!- dla pewności wszystko pięknie rysuję w powietrzu, żeby ta nasza komunikacja miała jakiś sens.

– !@#$%^&*(*&^%^&*- znowu pada po chińsku, znowu powtarza się gest odganiani muchy.

– NIE! Nie pójdę dopóki nie włączysz pan wiatraka!

– !@#$%^&*

– Nieważne, będę tu stać DOPÓKI NIE WŁĄCZYSZ TEGO (tu cisną mi się na usta niecenzuralne słowa) WIATRAKA!

Stoję tak, z rękoma założonymi na piersiach i czekam. Czekam. Czekam. Po 20 minutach trochę mięknę, ale głupio już dać za wygraną, skoro narobiłam tyle zamieszania. Więc stoję nadal, ze wzrokiem, który mógłby zabijać. A w głowie widzę zażenowaną minę Olka mówiącego „Asia, daj spokój. Widzisz, że to nie ma sensu. Nie zachowuj się jak dziecko. Odpuść.” No przecież, że nie odpuszczę! W międzyczasie prowadnik wychodzi z kanciapy, kompletnie mnie ignorując. Idę więc za nim.Tak, tak…będę tak za tobą łazić dopóki nie włączysz mi WIATRAKA!- mam ochotę tupnąć nogą.

W końcu, po przemaszerowaniu za nim wagonu w jedną i drugą stronę i dalszym proteście pod kanciapą, odpuszczam zrezygnowana. Gramolę się na swoje łóżko i modlę się, żebym jakoś dotrwała do rana. Nagle słyszę buczenie. Mój wiatrak zaczyna działać! Niemożliwe! Złażę szybko na dół, pędzę do kanciapy.

– No i widzisz, da się? Da się! Trzeba było tak od razu. Dziękuję. Dziękuję za ten wiatrak- mówię z uśmiechem i wracam spać. Na zegarku jest po 3:00. Moja „walka z wiatrakami” trwała ponad godzinę. Do dziś zastanawiam się, czy to co chciał mi powiedzieć prowadnik to było „Nie włączę Ci tego wiatraka, idź spać dziewczyno!” czy może „Wracaj do łóżka, wiatrak zacznie działać za 40 minut”. Może czas nauczyć się chińskiego? 😛

Komentuj