Kraje

Koleją przez Chiny cz.1

Koleją przez Chiny cz.1

Wyjeżdżamy z Kunmingu. Za oknem powoli robi się szaro. Bierzemy trzy głębokie wdechy. Plecaki władowaliśmy na półkę na górze, zajęliśmy swoje łóżka. Siedzimy w pociągu. Ufff. W naszym wagonie wszystkie miejsca są już pozajmowane. Ci, którzy weszli jako ostatni, swój bagaż ustawili pod łóżkami i na podłodze. Mieliśmy szczęście. Do pociągu weszliśmy jako jedni z pierwszych. To był niezły maraton przez peron.

Mimo, że na dworzec dotarliśmy prawie godzinę przed planowanym odjazdem, przy trzech bramkach do wejścia na nasz peron już ustawiła się potężna kolejka. Wcisnęliśmy się „na białasa”, z boku kolejki, możliwie najbliżej wejścia. Nie my jedyni zresztą. Na około 30 min przed godziną zero, tłum wciskający się właśnie z boku, jest już tak gęsty, że ciężko byłoby wetknąć szpilkę. Czujemy się usprawiedliwieni.

20 min przed godziną zero otwierają metalowe bramki. Zaczyna się pospolite ruszenie. Tłum pcha nas do przodu. Płyniemy razem z nim. Obok nas przeciskają się kartony, walizki, toboły i siaty z żarciem. Każdy chce wejść do pociągu jak najszybciej, żeby zająć najlepsze miejsce na swój bagaż. O siebie nie trzeba się martwić, miejsca są numerowane, a bez odpowiedniego biletu nie ma mowy o wejściu do wagonu.

Ale my mamy już wprawę, dla nas to nie pierwszyzna. Slalomem omijamy te wszystkie kartony, walizki, toboły i siaty z żarciem, zbiegamy po schodach i gnamy do wagonu nr 6.

Tu spędzimy najbliższe 3 dni przemierzając blisko 5000 km na północny zachód kraju, do Urumqi.

Zajmujemy swoje łóżka, Olek na dole, ja na samej górze. Między nami spać będzie młody chińczyk. Dobrze trafiliśmy, na 6 łóżkach w naszym otwartym przedziale lądują po kolei ludzie w naszym wieku. Raczej się nie dogadamy, bo nie mówią po angielsku. Powymieniamy tylko uprzejme uśmiechy. Ale grunt, że koło nas nie ma żadnych płaczących niemowlaków, ani obdartych i śmierdzących włóczęgów, których minęliśmy w drodze do wagonu. Jest dobrze. Wyjeżdżamy z Kunmingu.

Po kolei transsyberyjskiej mamy pewne oczekiwania. I pomimo naszych wcześniejszych, nie najlepszych doświadczeń z chińską koleją, jesteśmy mile zaskoczeni, bo na tak długim dystansie, chiński system działa zaskakująco podobnie do rosyjskiego: dwóch „prowadników” na wagon, sprawdzanie biletów przed wejściem do wagonu, dystrybutor z gorącą wodą, sprzątanie wagonu kilka razy dziennie. Tu niestety nie dostajemy czystej zapieczętowanej pościeli, nasze łóżka są już pościelone. Stan pościeli natomiast wskazuje, że raczej nie była zmieniana po poprzednich użytkownikach. Wybaczamy to jednak chińczykom. Mamy swoje poszewki na poduszki, a poza tym, to tylko 3 dni. Podróż trochę nas już zahartowała i dawno obniżyliśmy nasze oczekiwania. Mamy gdzie się położyć, to najważniejsze.

Powoli zostawiamy za sobą miasto. Nie minęło jeszcze nawet 20 min, a pielgrzymki do dystrybutora z wrzątkiem trwają w najlepsze. Drażniący zapach chińskich „zupek chińskich” wypełnia cały wagon. Wszystko to miesza się z głośnymi rozmowami, które jako, że po chińsku, dla nas brzmią jak kakofonia zlewających się dźwięków.

Przebieramy się w dresy i wygodne t-shirty, zakładamy klapki i ruszamy w poszukiwaniu wagonu restauracyjnego. W międzyczasie oddajemy nasze bilety jednemu z dwóch chińskich „prowadników”. Bilety lądują w grubaśnym wizytowniku, pod numerem odpowiadającym numerom naszych łóżek. W zamian dostajemy, jak to określił Olo, chińskie karty pokładowe. Jeszcze kontrola policji. Funkcjonariusz z napisem SWAT na plecach robi swoim chińskim „iphonem”, z jabłkiem nadgryzionym z drugiej strony, zdjęcia naszych paszportów i biletów. Ta procedura obejmuje tylko nas. Ciekawe, czy to dla naszego bezpieczeństwa, czy zdjęcia wylądują na jednym z chińskich portali społecznościowych 😛

Pięć wagonów później znajdujemy „restauracyjny”. A tu impreza trwa w najlepsze. Któryś ze „swatów” ma chyba urodziny. Na jednym ze stolików, obok kartonu z chińskim „red bullem” i okrutnie lurowatym chińskim piwem, stoi piękny tort udekorowany bitą śmietaną. Śmiejemy się z Olkiem, że może jeden z nich uzbierał na swoim koncie odpowiednią ilość mil przebytych chińską koleją, co przy tej wielkości kraju trudne nie jest, i to z tej okazji cała ta feta.

Naczytaliśmy się, że ceny w pociągu są kosmiczne. Zerkając na menu jesteśmy mile zaskoczeni. Owszem tanio nie jest, ale nie jest też tak okrutnie drogo, jak miało być. Wypijamy piwo na lepszy sen i wracamy do siebie.

O 22:00 gaśnie światło, o dziwo w tym samym momencie ustają też pielgrzymki po gorącą wodę i cichną rozmowy. Kładę się na swoim łóżku i usypiam z „Wiedźminem” na słuchawkach.

2 Comments

  1. Grzesiek
    1 sierpnia 2015

    Audio booki rules :-) ja stary chłop, zasluchiwalem sie Harrym Potterem przez wszystkie górki po drodze…

    Reply
    • Jo Gasieniec
      2 sierpnia 2015

      Harry Potter? Jako audiobook? Połączenie idealne! Muszę sobie skombinować 😉

      A jeśli lubisz Sapkowskiego, to polecam „Wiedźmina” :) Olkowi nie do końca się podobał, ja jestem zachwycona!

      Reply

Komentuj