Kraje

West Coast! Ruszamy!

West Coast! Ruszamy!

Z drogą na West Coast nie jest tak hop-siup. Patrząc na mapę, w linii prostej to jakieś 30 km od miejsca, w którym chwilowo mieszkamy. Problem polega na tym, że w linii prostej drogi nie ma. Ba, nie ma nawet serpentyn przez góry. Z prostej przyczyny: Alpy Południowe to młode góry, które nadal się wypiętrzają, poza tym leżą na styku dwóch płyt tektonicznych, co powoduje, że ten rejon jest dość aktywny sejsmicznie. Wniosek jest jeden, nie ma sensu budować drogi, ani tuneli przez góry, bo prędzej czy później, z naciskiem na prędzej, i tak szlag je trafi. Nie ma zatem innej opcji i chcąc zobaczyć Zachodnie Wybrzeże trzeba drałować na około. Droga jest długa, ale i przepiękna. Nasz samochodowy trip na Zachodnie Wybrzeże zajął nam ok. tygodnia. Przez tych 7 dni pogoda, klimat i widoki zmieniały się jak w kalejdoskopie, a nasza podróż była również po części podróżą w czasie, do okresu pierwszych osadników, pierwszych dyliżansów pocztowych, pionierów przecierających szlaki i wyznaczających nowe trasy oraz szaleńców poszukujących złota. Ale zacznijmy od początku.

Właśnie dlatego, że z Glentanner ta trasa jest bez sensu, wymyśliliśmy, że wystartujemy z Queenstown, do którego przylecieliśmy po przeczekaniu nowozelandzkiej zimy w Azji. W samym Queenstown zdecydowaliśmy się tylko przenocować, bo miasto widzieliśmy już wcześniej, poza tym obojgu nam już bardzo spieszyło się, żeby wsiąść w auto i ruszyć w drogę. Rano wybraliśmy się tylko na krótki spacer na Queenstown Hill. Na przekór nie gondolą, a właśnie na piechotę. I okazało się, że to był znakomity pomysł i dobry wybór, bo trochę dłużej mogliśmy nacieszyć oczy pięknymi widokami. No i trochę rozprostowaliśmy kości po długaśnym locie z Singapuru.

Na pierwszy rzut postanowiliśmy pokonać niewielką odległość, bo jedyne 69km między Queenstown a Wanaką. Stęsknieni za Nową Zelandią zatrzymywaliśmy się co kilka minut, żeby zrobić kilka zdjęć i raczyć się przestrzenią.

Tym samym Wanaka była pierwszym, dłuższym przystankiem na naszej trasie. I znowu wstyd przyznać, że mimo że to prawie nasza okolica, to wcześniej jakoś się nie złożyło, żeby tu przyjechać. A szkoda, bo miasteczko ma bardzo przyjemny klimat. Zlokalizowane nad jeziorem Wanaka, w otoczeniu gór, z restauracjami i knajpkami jest świetnym miejscem na odpoczynek po podróży. Poza sezonem dodatkowo nie ma tu za wiele ludzi, jedynie trochę backpackerów pracujących na WHV bądź podróżujących do i z Queenstown, bo przez Wanakę przejeżdża autobus z Christchurch.

Pierwszego dnia trafiliśmy niestety na kiepską pogodę, jak się później okazało, pogoda pod psem towarzyszyła nam przez cały czas.

Poszwendaliśmy się po miasteczku, znaleźliśmy miejsce na nocleg, na jednym z parkingów miejskich, całkiem blisko publicznych toalet no i prawie nad samym jeziorem.

Rano na szczęście zamiast deszczu przywitało nas słońce, a z nieba zniknęły okropne chmurzyska, odsłaniając góry.

Szybko przeparkowaliśmy auto bliżej jeziora, żeby zjeść śniadanie „z widokiem”. Bo właśnie posiłki są dużym plusem przemieszczania się i spania w aucie. Nie ze względu na ich jakość, broń Boże, ale ze względu na okoliczności przyrody, w jakich można je spożyć.

Potem wybraliśmy się na krótki spacer na Mt Iron, żeby zobaczyć całą panoramę Parku Narodowego Mt Aspiring, jezioro Wanaka oraz sąsiednie, równie piękne jezioro Hawea, wzdłuż którego prowadziła nasza dalsza trasa.

Komentuj