Kraje

Kierunek: Darjeeling!

Posted by in Indie | No Comments
Kierunek: Darjeeling!

Po bardzo krótkiej, ale w zupełności wystarczającej wizycie w Varanasi, ruszamy znowu w Himalaje, tym razem na przeciwległy kraniec Indii, do Darjeeling.

Podróż nie będzie krótka i prosta, bo nie dość, że nasz pociąg odjeżdża ze stacji Mughal Sarai, oddalonej od Varanasi o 16 kilometrów, to jeszcze nie dojeżdża do Darjeeling, a jedynie do New Jalpaiguri, skąd przyjdzie nam ruszyć dalej autobusem. To jednak nie jedyne atrakcje, o czym wkrótce się przekonamy.

Miły gospodarz miejsca, w którym spaliśmy, zaoferował, że załatwi nam wieczorem za przystępną kwotę transport do Mughal Sarai. Pociąg mieliśmy o 21:45, więc umówiliśmy się na godzinę 20:00. Prawie dwie godziny powinny w końcu wystarczyć na przejechanie szesnastu kilometrów. Pakujemy plecaki i próbujemy jeszcze sprawdzić w internecie status pociągu, ale nic z tego, zasięg w telefonie jest za słaby. Zgodnie z umową i punktualnie przyjechał nasz kierowca. Motorikszą, choć miała to być taksówka. No trudno, nie dopytaliśmy, nasza wina. Zresztą to i tak będzie tylko chwila, przecież stacja kolejowa nie jest tak daleko, pewnie dojedziemy w pół godziny.

Niestety, okazało się, że motoriksza jest… elektryczna. Tak właśnie. Dzięki temu proekologicznemu rozwiązaniu prędkość, jaką kierowca był w stanie osiągnąć, była tak zawrotna, że po drodze wielokrotnie wyprzedzali nas rowerzyści… Szybko zorientowaliśmy się, że dotarcie do Mughal Sarai na czas będzie wyzwaniem. Na domiar złego, nasz kierowca zdecydował się jechać… autostradą. Jest już ciemno, a na autostradzie, jak to w Indiach, nikt nie przejmuje się, że dane pasy są przeznaczone dla ruchu w jedną stronę, a kolejne, po drugiej stronie pasa zieleni, dla ruchu w drugą. Tak więc po obu stronach pasa zieleni ruch panuje w obu kierunkach równocześnie, a wielkie ciężarówki, jadąc „na czołówkę”, co chwilę mijają się o włos, tuż obok naszej elektrycznej motorikszy. Nagle zaczynamy myśleć, że to nie dotarcie na czas będzie wyzwaniem, a dotarcie w ogóle…

Ostatecznie na dworzec wbiegamy niecałe 5 minut przed odjazdem pociągu. Biegamy w panice, próbując dowiedzieć się z na którym peronie stoi nasz pociąg. W końcu udaje nam się wepchnąć poza kolejką przed jedno z okienek kasowych, gdzie dowiadujemy się, że pociąg jest opóźniony. O 9 i pół godziny. Krótko mówiąc, nie wyjechał jeszcze nawet ze stacji początkowej, czyli New Delhi, i przyjedzie dopiero jutro rano, a my jesteśmy na jakimś zadupiu pod Varanasi i dochodzi 22:00. Jakiś szósty zmysł mówił mi, że coś będzie nie tak i dlatego próbowałem sprawdzić status pociągu na stronie internetowej, przed przyjazdem na stację…

W pierwszej chwili rozważamy powrót do Varanasi, ale na samą myśl o nocnej przejażdżce elektryczną motorikszą po autostradzie, szybko rezygnujemy z tego rozwiązania. W końcu znajdujemy nocleg w pobliskim hotelu i postanawiamy sprawdzać na bieżąco status pociągu na stronie internetowej, bo teraz internet w telefonie już oczywiście działa. Następnego dnia, o 6 rano, okazuje się, że opóźnienie pociągu wzrosło do 14 godzin. Mamy więc jeszcze kilka godzin snu. Krótko po 9 opóźnienie wynosi już ponad 17 godzin, aż w końcu aktualizacje przestają się pojawiać. Decydujemy się więc czekać dalej na pociąg na stacji. Kilka godzin później pociąg w końcu przyjeżdża, z nieznacznie mniejszym opóźnieniem, wynoszącym jedynie nieco ponad 16 godzin… Tak w skrócie wygląda podróżowanie koleją w Indiach. Rozkład jazdy jest orientacyjny, na wszelki wypadek należy dodać do czasu podróży jeden dzień :)

Odjazd krótko po południu, zamiast krótko przed północą, oznacza, że do New Jaipalguri dotrzemy w środku nocy, zamiast rano. Na szczęście, choć brzmi to przewrotnie, po drodze pociąg łapie dalsze opóźnienie, w sumie ponad 20 godzin, dzięki czemu przyjeżdżamy na miejsce wcześnie rano, zamiast w środku nocy. Jak to się mówi, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło :)

Do Darjeeling docieramy krótko po południu, jednym z pierwszych tego dnia autobusów publicznych. Znalezienie noclegu kompletnie nam nie idzie. Za okropne dziury właściciele żądają kwot przekraczających tysiąc rupii. W końcu zrezygnowani, zmęczeni i głodni idziemy do malutkiej tybetańskiej knajpki. W środku są dosłownie cztery stoliki. Właściciel okazuje się bardzo miłym człowiekiem. Przy okazji obiadu opowiadamy o problemie z noclegiem, a on, po wykonaniu jednego telefonu, prowadzi nas do znajdującego się praktycznie drzwi obok hotelu swojego znajomego. Tam uzgadniamy satysfakcjonującą nas cenę i w końcu możemy odetchnąć.

Do dzisiaj zastanawiamy się, gdzie mieliśmy rozum i oczy decydując się na ten pokój. Było w nim przeraźliwie wręcz zimno, a ogrzewania oczywiście brak. Za grzejnik w pokoju facet chciał połowę z tego, co płaciliśmy za noc, plus opłatę za prąd, więc dosłownie go wyśmialiśmy. W łazience miała być gorąca woda i owszem, była, ale nie pod prysznicem, tylko z małego kranika koło umywalki. Czyli gorący prysznic był, ale z wiadra.

Rano w końcu zorientowaliśmy się, dlaczego w pokoju jest tak strasznie zimno. Odciągnęliśmy na boki zasłony, a tam… brak szyb. Dosłownie. W kilku miejscach zamiast szyb były kartony i folia, a w kilku nie było nic. Wynieśliśmy się z tego miejsca czym prędzej (dla zainteresowanych, był to „Hotel Shivam”, zdecydowanie nie polecamy), ale znowu zostaliśmy z problemem noclegu. Udało nam się w końcu wyszperać coś w internecie, a nawet zadzwonić i zapytać czy znajdzie się wolny pokój. Tym razem był to strzał w dziesiątkę. Guesthouse prowadziła Tajka, było w nim czysto, pokoje były proste, ale schludne, pod prysznicem była ciepła woda, a w oknach były szyby. Przy okazji cena była taka sama, jak w poprzedniej dziurze. Bez zastanowienia zdecydowaliśmy, że zostajemy na kilka najbliższych dni, aż do końca pobytu. Szkoda, że nie udało nam się znaleźć tego miejsca wcześniej, ale co zrobić… jakieś przygody muszą być, trzeba mieć co wspominać :)

Darjeeling-39

Ale teraz do rzeczy: Darjeeling znajduje się w Stanie Bengal Zachodni, na wysokości ponad 2100m. Słynie w świecie z uprawy i produkcji doskonałej herbaty o tej samej nazwie. Każdy, kto lubi herbatę powinien koniecznie spróbować tej pochodzącej z Darjeeling. Ale to nie wszystko. Można się tu też przejechać wpisaną na listę UNESCO kolejką wąskotorową (Darjeeling Himalayan Railway), której trasa prowadzi przez najwyżej położoną w Indiach stację kolejową Ghum (2257m).

Darjeeling-11

Darjeeling-24

Darjeeling-63

Największą atrakcją Darjeeling jest jednak chyba pobliskie Tiger Hill –wzgórze, z którego w pogodny dzień pięknie widać panoramę Himalajów, w tym ośmiotysięczniki. Punktem obowiązkowym pobytu jest więc obserwowanie tam wschodu słońca. Niestety, pogoda nam nie dopisała. Ciągle było pochmurno i nic nie zapowiadało zmiany. Musieliśmy więc poszukać innej rozrywki.

Z pomocą przyszło nam miejskie zoo. Jest niewielkie, ale dobrze utrzymane i można tam zobaczyć kilka wyjątkowych zwierząt, na przykład czerwoną pandę, pumę, panterę czy tygrysa bengalskiego. Zdecydowanie warto poświęcić kilka godzin na wizytę w zoo. Nawet jeśli nie jesteście fanami takiej rozrywki, tak jak my, będzie wam się podobało!

Darjeeling-32

Darjeeling-28

Darjeeling-36

Darjeeling-29

Na liście atrakcji mieliśmy też, a jakże, wizytę na plantacji herbaty. Po plantacjach, które odwiedziliśmy w Malezji, na Sri Lance i w Kerali, nie mieliśmy już ochoty na wycieczkę po fabryce, chcieliśmy tylko kupić u źródła niewielkie opakowanie słynnej herbaty. Z plantacji postanowiliśmy pójść na stację kolejki linowej i zafundować sobie przejażdżkę. Nic z tego jednak nie wyszło, bo okazało się, że kolejka jest nieczynna. Przyszliśmy na miejsce, teoretycznie w godzinach pracy, a przywitała nas zamknięta kasa i brak jakiejkolwiek informacji czy zamknięcie jest wyjątkowe, akurat tego dnia, czy może sezonowe. No nic, brak informacji to w końcu Indyjski standard :)

Darjeeling-65

Następnego dnia postanowiliśmy przejechać się zabytkową kolejką wąskotorową do stacji Ghum. Sama przejażdżka jest dość ciekawa, przypomina trochę jazdę zabawkową kolejką. Pociąg kilka razy przecina jezdnię, jadąc raz po jednej, a raz po drugiej stronie drogi, w odległości około metra od sklepów, straganów i warsztatów. Wyjątkowe miejsce po drodze stanowi Batasia Loop. Pociąg zatacza tutaj pętlę, przecinając po chwili własną trasę, kilka metrów niżej. Takich pętli na całej długości trasy jest kilka. Ze względu na duże nachylenie terenu, pozwalały one stopniowo zwiększać wysokość i ułatwiały kolejce wspinanie się w górę. Pętlę Batasia wyróżnia piękna panorama Himalajów widoczna z tego miejsca. Niestety jednak cały czas było pochmurno, więc o widoku mogliśmy tylko pomarzyć.

Darjeeling-49

Przy stacji Ghum znajduje się muzeum kolei, ale nie zdecydowaliśmy się go odwiedzić. Zrobiliśmy kilka zdjęć stojących obok stacji zabytkowych parowozów i ruszyliśmy z powrotem do Darjeeling. Zdecydowaliśmy się wrócić na piechotę, odwiedzając przy tym kilka buddyjskich świątyń.

Następnie kierujemy się do Muzeum Instytutu Himalaizmu. Tutaj znajduje się pomnik i grób Tenzinga Norgaya. To właśnie on oraz Sir Edmund Hillary, jako pierwsi na świecie zdobyli w maju 1953 roku szczyt Mount Everest. W Muzeum można też obejrzeć sprzęt, z którego korzystali w czasie wyprawy i przeczytać kilka ciekawostek o rozwoju himalaizmu.

Po kilku godzinach marszu i całym dniu na świeżym powietrzu przyszedł czas na kolejną atrakcję Darjeeling – kuchnię :) Ze względu na lokalizację, Darjeeling stanowi ważny ośrodek kultury tybetańskiej. Stąd bez problemu można tu dostać dania tej kuchni. Przy okazji, ze względu na bliskość granicy z Nepalem, można też posmakować kuchni tego kraju.

W przedostatni dzień budzą nas wcześnie rano przebijające się przez zasłonkę promienie słońca! Zrywam się z łóżka i wyglądam przez okno. Tak! Szczęście nam wreszcie dopisało i niebo trochę się rozpogodziło. Ubieramy się czym prędzej i dosłownie biegniemy z aparatem i statywem na punkt widokowy. Na miejscu naszym oczom ukazała się, przebijająca przez chmury, Kanczendzonga (8586m), trzeci najwyższy szczyt świata! Zobaczyliśmy Himalaje, te najwyższe, możemy spokojnie opuścić Indie!

 

 

Komentuj