Kraje

Smutno Ci? A może…sernik?

Smutno Ci? A może…sernik?

Tak się ostatnio składa, że jeśli już nie pracujemy, to jest kiepska pogoda. To oczywiście jeden z powodów, dla których mamy wolne 😉

I mimo dobrych chęci i pomysłów, to efekt jest taki, że szlag nas trafia i siedzimy w domu. Zazwyczaj się nie nudzimy. Czasem tylko mnie dopada chandra i bardziej niż zwykle tęskno mi za domem. Tak właśnie dopadło mnie też ostatnio. Nie lubię tego strasznie! Nieważne co bym wtedy robiła, raz obudzona myśl mości sobie wygodnie miejsce w mojej głowie i siedzi tam przez dłuuuugi czas. I tak kilka dni temu przypomniały mi się pierogi! No bo wiadomo: Dom=Polska=Pierogi! No i koniec! Wiem już, że nie przestanę o nich myśleć dopóki nie zrobię tych cholernych pierogów! Robię więc szybkie rozeznanie po szafkach: mąka jest, ziemniaki są, ser biały- się kupi :) Ostatecznie ser biały zamieniam na serek wiejski, bo twarogu w NZ przecież nie ma.

I w tym miejscu pragnę obalić mit: otóż pierogi da się zrobić w każdych warunkach i z każdych składników, czego dowodem niech będzie poniższe zdjęcie!

Pierogi-2

W ramach walki z moją chandrą Olo zrobił mi jeszcze pyszny i super prosty sernik wg przepisu Gordona Ramsaya (oglądanie TV na coś się jednak przydaje)! Bo sernik jest dobry na wszystko! :) Jak tak sobie człowiek kulinarnie dogodzi raz na jakiś czas, to od razu mu lepiej 😉 

Sernik-1

Przepis na sernik
550g serka twarogowego (np Turek)

3 jajka, lekko ubite (białko razem z żółtkiem)
2 łyżki stołowe mąki
150g cukru
tarta skórka z 1 cytryny
garść rodzynek/ jagód/ malin

Sposób przygotowania:
1. Rozgrzać piekarnik do 180C
2. Wymieszać serek z cukrem
3. Rozbełtać jajka i wymieszać z mąką
4. Dodać skórkę z cytryny i rodzynki/ jagody/ maliny
5. Wysmarować blaszkę masłem i wlać ciasto
6. Uderzyć blaszką kilka razy o blat, żeby pozbyć się bąbelków powietrza i wyrównać powierzchnię
7. Piec ok. 35 min

Tak jak napisałam na początku, zazwyczaj nie nudzimy się w domu, tylko jak pogoda jest do kitu, to zwyczajnie żal, że te nasze góry „na wyciągnięcie ręki” pozostają jednak poza naszym zasięgiem.

Kilka tygodni temu jednak nam się poszczęściło! Nie było się nad czym dwa razy zastanawiać. Proste, jest pogoda, idziemy w góry!

Zanim jednak wygrzebaliśmy się z łóżka, co w wolnym dniu szczególnie trudno idzie, i pozbieraliśmy wszystkie graty, pogoda już zaczęła się psuć. Tak tu u nas już niestety jest, warunki zmieniają się dynamicznie, jak to w górach. Zaryzykowaliśmy jednak, wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do Mt Cook Village. No bo tam jest znacznie więcej ciekawych tras, niż koło domu, poza tym te koło domu mamy już jak to się mówi „obcykane”. Wybór padł na szlag na „Red Tarns” (Czerwony Staw). Dwie godziny w obie strony, ledwie 300m wysokości do pokonania, co to dla nas! Idziemy! Szlak jest piękny, zaczyna się w samej wiosce i tu jest jeszcze przyjemny. Potem przechodzimy przez most nad rwącym strumieniem i się zaczyna! Ktokolwiek nazwał tę trasę „łatwą”, powinien chyba na nowo polubić się ze słownikiem. Owszem, nie ma nic super skomplikowanego i nie wymagane są alpinistyczne umiejętności, żeby wspiąć się te nieszczęsne 300m w górę, ale myk polega na tym, że całą drogę trzeba wspinać się po schodach! I tu zabawa się kończy. Wiedzieliśmy o schodach, nie wiedziałam tylko, że będę mieć dość po 15 minutach. Olo od razy wyrwał do przodu, ale tak właśnie się z tym moim mężem chodzi po górach :) Ilekroć udało mi się już go dogonić, on był kolejne kilkanaście metrów przede mną.

Red Tarns-32

Znajomi mówili, że musieli zatrzymywać się po drodze z 10 razy, żeby złapać oddech, bo podejście naprawdę jest dość ostre. Moja kondycja niestety została gdzieś między Darjeeling a Kalkutą i czeka tam na mnie popijając indyjski chai. Po 20tym przystanku przestałam liczyć kolejne postoje. Grunt, że dobiłam do szczytu, który tak naprawdę, ku mojemu rozczarowaniu wcale nie był szczytem, a jedynie łąką w połowie drogi do właściwego szczytu, do zdobycia którego niezbędny jest już porządny sprzęt wspinaczkowy. Cóż, i tak bym tam nie wlazła 😉

Red Tarns-29

Nagrodą za ten cały wysiłek okazał się przepiękny widok na Mt Cook, Mt Cook Village, rzekę Tasmana, lodowcowe jezioro Mullera i lodowiec Mullera. No i Czerwony Staw oczywiście! Jak się również okazało, dobrze, że z tym wejściem nie czekaliśmy dłużej, bo jak tylko wyjęłam aparat, z gór zaczęły spływać gęste, deszczowe chmury i po powrocie na dół, zaczęło padać. Tradycyjnie z resztą.

2 Comments

  1. Gośka
    15 kwietnia 2015

    zdjęcie ze schodami – dla mnie cudo!!!
    PS
    Mam prośbę… chyba się pogubiłam… Czy moglibyście zrobić wpis – podsumowanie? Parę dni temu Indie i Tybet, teraz znowu NZ…
    Widzę to np. tak:
    listopad: jakie kraje
    grudzień: jakie kraje
    styczeń… itd
    nie chodzi o szczegóły (to można na blogu znaleźć), ale chciałabym (może nie tylko ja) wyobrazić sobie całościowo Waszą trasę.
    Z góry dziękuję i powodzenia w NZ

    Reply
    • Pchła
      16 kwietnia 2015

      Gośka, co racja to racja. Spieszę z wyjaśnieniami w nowym wpisie 😉

      Reply

Komentuj