Kraje

Do dwóch razy sztuka!

Posted by in Indie | No Comments
Do dwóch razy sztuka!

Po kilku dniach w Amritsarze opuszczamy Pendżab i kierujemy się dalej na północ, w Himalaje. Marzyła nam się podróż do Leh, ale niestety ze względu na porę roku musimy z niej zrezygnować. Chcąc jednak zakosztować Tybetańskiej kultury i jedzenia, alternatywnie wybieramy małą wioskę Dharamkot, leżącą na wysokości ponad 2100m, jakieś 3 kilometry powyżej popularnego McLeod Ganj.

W samej wiosce nie ma żadnych atrakcji. Jest cisza (no, może wyłączając psy wyjące w nocy bez przerwy), spokój, mało ludzi, kilka małych restauracji i kilka miejsc oferujących nocleg. Już pierwszej nocy przekonujemy się, że zrezygnowanie z podróży do znacznie wyżej leżącego Leh (3500m) było dobrą decyzją. Temperatura spada w okolice zera i nasze śpiwory ledwo wystarczają, bo w pokojach ogrzewania brak. Mimo tego to jednak miła odmiana od potwornych upałów, których doświadczyliśmy w innych częściach Indii. Poza tym z pokoju za jedyne 300 rupii za noc mamy przepiękny widok na góry!

W Dharamkot zaczyna się też szlak na oddalony o niecałe 10 kilometrów Triund (2875m), skąd roztacza się zapierający dech w piersiach widok na górskie pasmo Dauladar i jego najwyższy szczyt – Hanuman ji Ka Tiba ( „Biała Góra”, 5639m). Nie byli byśmy sobą, gdybyśmy nie zdecydowali się na wejście na Triund. To nic, że jedyne buty, jakie miałem ja i Monika, to trampki, a znaczna większość szlaku usiana była kamieniami. Naoglądaliśmy się zdjęć w internecie i nie mogliśmy się oprzeć. Uparliśmy się, a w zasadzie to ja się uparłem i już. Ruszyliśmy więc w góry wcześnie rano. Pogoda nam dopisywała, było słonecznie i bezchmurnie, nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego dnia na wędrówkę. Już na samym początku szlaku zyskaliśmy towarzysza. Przyłączył się do nas, nie wiadomo dlaczego, biegający w okolicy pies, który postanowił, również nie wiedzieć dlaczego, towarzyszyć nam aż na szczyt i całą drogę z powrotem. Prawdę mówiąc wspinaczka szła mu znacznie lepiej, niż nam. Widać było, że zna drogę i nie pierwszy raz zdobywa szczyt :) Przerwy musieliśmy robić znacznie częściej od niego, ale za każdym razem wiernie czekał, aż ruszymy dalej :)

Niestety, tuż przed szczytem, pogoda zaczęła się nagle psuć. Chmury nadciągały tak szybko, że po zdobyciu szczytu otoczyła nas biała jak mleko gęsta mgła. Widoczność momentami spadała do kilku metrów. Mogliśmy więc zapomnieć o jakimkolwiek widoku na otaczające nas górskie szczyty. Cztery godziny wspinaczki tylko po to, żeby posiedzieć chwilę we mgle i zejść na dół. Zmęczeni i rozczarowani, z obolałymi nogami wróciliśmy wieczorem do pokoju. No trudno, przynajmniej próbowaliśmy.

Kolejnego dnia schodzimy do McLeod Ganj i zaczynamy naszą przygodę z „małym Tybetem”. To tutaj swoją siedzibę ma rząd Tybetu na uchodźstwie, oraz właśnie tutaj znajduje się Tsuglagkhang – siedziba duchowego i politycznego przywódcy Tybetu, Dalaj Lamy.

W zasadzie nie czujemy się tu jak w Indiach. Większość populacji stanowią uchodźcy z Tybetu. W miasteczku znajdują się buddyjskie świątynie z młynkami modlitewnymi, a na ulicach co chwilę widać odzianych w bordowe szaty mnichów. W prawie każdym sklepie czy kawiarni, w widocznym miejscu znajduje się zdjęcie Dalaj Lamy. Na murach domów nierzadko widać napisy typu „Tybet będzie wolny”. Wokół pełno jest też restauracji oferujących tybetańskie specjały – momo, thukpa, gyathuk, thenthuk czy shabaglap: każdej z tych potraw można tu bez problemu spróbować za kilkadziesiąt rupii, a wszystko popić tybetańską herbatą, czyli herbatą z mlekiem i masłem. Już po pierwszym posiłku stajemy się fanami tej kuchni. No, może za wyjątkiem herbaty :) Gęste, treściwe i rozgrzewające zupy z mięsem idealnie sprawdzają się przy panującej tu temperaturze, a pyszne momo miło kojarzy nam się z domowymi pierogami. Poza tym wreszcie możemy odpocząć od ryżu i curry!

Nie tylko dla kuchni tu jednak przyjechaliśmy. Razem z Moniką i Marcinem szybko kierujemy się do Tybetańskiego Biura Bezpieczeństwa, żeby złożyć aplikację, otrzymać identyfikator i zarejestrować się, póki jeszcze są miejsca, na wykład Dalaj Lamy! Kilka tygodni przed naszym przyjazdem okazało się bowiem, że akurat w trakcie naszego pobytu będzie on prowadził 2-dniowy wykład na terenie kompleksu Tsuglagkhang. To dla nas absolutnie wyjątkowa okazja, żeby na własne oczy zobaczyć tego niezwykłego człowieka, cieszącego się ogromnym szacunkiem na całym świecie.

Cały proces aplikacji przebiega sprawnie i już po chwili cieszymy się identyfikatorami ze zdjęciem, uprawniającymi do uczestniczenia w wykładzie, który ma się odbyć kilka dni później.

Następnego dnia sprawdzamy prognozę pogody. Wygląda wyjątkowo korzystnie, więc wpada nam do głowy głupi pomysł: a może by tak pójść jeszcze raz na Triund? Może tym razem uda się coś zobaczyć? Zakwasy i obtarte stopy powstrzymują nadmierny optymizm, ale temat powraca, jak bumerang przez cały dzień, aż w końcu decydujemy się – następnego dnia o 7 rano ruszamy na Triund po raz drugi!

Pomijając opisy trudów szlaku, tym razem, faktycznie, udało się! Roztaczający się ze szczytu widok szybko rekompensuje nam cały wysiłek i wszystkie pęcherze. Zresztą co tu dużo pisać, zobaczcie sami w galerii pod tekstem!

Dwa dni później ruszamy rano na wykład Dalaj Lamy. Obowiązują ścisłe reguły bezpieczeństwa. Żadnych laptopów, tabletów, telefonów komórkowych, aparatów fotograficznych, ani nawet zapalniczek czy zapałek, nie wspominając o tak oczywistych rzeczach, jak ostre przedmioty. Na wykład można wnieść jedynie wodę, dokumenty i mały kieszonkowy radioodbiornik ze słuchawkami. Dalaj Lama będzie bowiem nauczał w swoim ojczystym języku, co następnie tłumaczone będzie na bieżąco na kilka innych języków, w tym na angielski. Tłumaczenie na każdy z języków będzie natomiast nadawane drogą radiową na różnych częstotliwościach.

Kolejka do wejścia jest potwornie długa. Każdy jest szczegółowo przeszukiwany, co zabiera mnóstwo czasu. Wydawało nam się, że przyszliśmy bardzo wcześnie i nie będziemy mieć problemu z zajęciem dobrego miejsca. Po przejściu przez punkt kontroli okazuje się jednak, że o miejsce, jakiekolwiek, będzie bardzo trudno, bo kompleks pęka już w szwach. Udaje nam się znaleźć miejsce na podłodze niedaleko schodów i obawiamy się, że zobaczymy Dalaj Lamę tylko na jednym z rozmieszczonych wokół ekranów.

Tak też się staje – po chwili widzimy na jednym z nich, jak witając się ze wszystkimi przechodzi przechodzi powoli przez plac i kieruje się w stronę schodów. Chwila, coś te schody znajomo wyglądają…to przecież…nie, to niemożliwe! A jednak! Po kilku sekundach Dalaj Lama, w towarzystwie ochrony, wchodzi właśnie po tych schodach, obok których zajęliśmy miejsce i mija nas prawie na wyciągnięcie ręki!

Część ludzi bije brawo, część się modli, a niektórzy płaczą ze wzruszenia. Kilkanaście minut później zaczyna się wykład. Tłumaczenie na angielski okazuje się być sporo opóźnione. Do tego nadajnik co chwilę przerywa, a nasze radio gubi zasięg. Mimo wszystko cierpliwie słuchamy.

Muszę przyznać, że nie odrobiliśmy zadania domowego. Wykład odbywał się na prośbę stowarzyszenia Koreańskich buddystów (chodzi oczywiście o Koreę Południową) i dotyczył filozofii Nagarjuny, jednego z najważniejszych filozofów buddyjskich. Byłoby nam znacznie łatwiej, gdybyśmy poczytali wcześniej trochę o Nagarjunie i jego naukach :)

Dalaj Lama odnosił się też często do aktualnej sytuacji społecznej i politycznej w Korei Południowej. Dla przykładu mówił, że obecnie zwiększa się tam ilość samobójstw na tle finansowym i że ludzie zapominają, że pieniądze nie powinny być motywem do odbierania sobie życia, bo nigdy nie dadzą najważniejszej w życiu rzeczy – miłości. Usłyszeliśmy też, że bez względu na to gdzie mieszkamy, jak żyjemy i jaką religię wyznajemy, jesteśmy sobie równi i tacy sami. Że każda religia i każda kultura uczy szacunku dla drugiego człowieka, nie powinniśmy więc ze sobą walczyć, a na świecie zawsze powinien panować pokój.

Co ciekawe, w wykładzie uczestniczyło bardzo dużo Chińczyków, a jednym z języków, na które wykład był tłumaczony, był właśnie chiński. Może faktycznie jest nadzieja, że Tybet będzie kiedyś wolny?

 

Komentuj