Kraje

Zrozumieć Varanasi

Posted by in Indie | 2 Comments
Zrozumieć Varanasi

Od samego początku, od kiedy tylko zdecydowaliśmy, że jedziemy do Indii, wiedziałam, że w Varanasi moja noga nie postanie. Nie jestem miłośniczką mocnych wrażeń, nie kręcą mnie trupy pływające w rzece, ani niedopalone trupy na jej brzegu. Kąpiel za to preferuję w wannie :)

Z czasem jednak, kiedy przekonałam się, że Indie nie są takie straszne, jak wcześniej mi się wydawało, zaczęła się rodzić ciekawość. A może jednak warto? Przecież to najbardziej święte ze wszystkich świętych miejsc hinduizmu. W końcu ciekawość wzięła górę i zamiast wyśmiewać, postanowiłam spróbować zrozumieć. Obraliśmy zatem kierunek: Varanasi!

Varanasi to jedna z najstarszych na świecie ludzkich osad. Ma ponad 3000 lat i od chwili założenia znajduje się w tym samym miejscu. Nazwa powstała w wyniku połączenia dwóch wyrazów: Waruna i Assi, czyli dwóch dopływów Gangesu, w obrębie których zaczęli osiedlać się ludzie. Obecnie Varanasi, ze swoją populacją ponad 3 miliony ludzi oraz niezliczoną ilością pielgrzymów z całych Indii, stanowi jeden z najważniejszych ośrodków hinduizmu. Powodem jest oczywiście przepływająca przez miasto święta rzeka- Ganges. Rzeka symbolizuje hinduską boginię Gangę, która zgodnie z hinduską mitologią za karę została przemieniona w rzekę, aby po kres czasów nieść ze sobą obmyte z ciał śmiertelników grzechy. Taka karma. Mnie, ze względu na stan zanieczyszczenia, Ganges nasuwa raczej skojarzenie z gangreną, której z pewnością można nabawić się po kąpieli w rzece lub po wypiciu tej rzekomo działające cuda wody 😉 Oficjalnie bowiem Ganges jest jedną z pięciu najbardziej zanieczyszczonych rzek świata. Stężenie bakterii w 100 ml wody przekracza dopuszczalne normy, nawet te ustanowione przez rząd Indii, nie wspominając o normach uniwersalnych. Rzeka stanowi również ośrodek życia, i nie mam tu na myśli tych wszystkich żyjących w niej bakterii i innych ameb. Obok kąpiących się w niej pielgrzymów, mieszkańców i swobodnie pałętających się zwierząt załatwiających codziennie potrzeby fizjologiczne, spopielonych i niedopalonych zwłok, dryfujących na powierzchni, jest także naturalnym odbiornikiem ścieków z okolicznych fabryk, a przede wszystkim źródłem wody dla miasta. Podczas rejsu po Gangesie dowiadujemy się, że ta o to tu wieżyczka to miejsce uzdatniania wody, i to stąd woda z rzeki trafia do kranów w kuchniach i łazienkach w całym mieście. Biorąc prysznic dokładnie zamykam oczy i zaciskam usta. Zęby płuczę wodą mineralną. O wypitej wcześniej herbacie zwyczajnie nie myślę.

Do wody bardzo łatwo się dostać. Z nabrzeża, na długości kilku km, do rzeki schodzą schody, czyli tzw. „ghaty”. Ruszamy zatem schodami, jeśli wierzyć hinduskiej mitologii, prawie do Nieba. Przed nami blisko 4 kilometrowy spacer brzegiem rzeki. Łapię więc aparat i w drogę! Wycieczkę po Ghatach Varanasi zaczynamy od ghatu Assi. Tu nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Kilka osób odpoczywa w cieniu, kilka modli się przed figurkami ustawionymi pod drzewem, ktoś pali kadziła. Dzieci sprzedają świeczki i wianki. Krowy stoją i nie zwracają najmniejszej uwagi na ludzi. Idziemy dalej.

Cała idea świętości miasta sprowadza się do prostej myśli: najlepiej umrzeć i zostać spalonym w Varanasi. Jak nie uda się tu umrzeć (co moim zdaniem nie jest takie trudne, obserwując ruch uliczny i skażenie środowiska), to chociaż spłonąć na stosie pogrzebowym, oczywiście po dokonanej już śmierci. A jeśli i na to nie ma szans, to chociaż raz w życiu odbyć pielgrzymkę do świętego miasta, zmyć z siebie grzechy w świętym Gangesie i napić się jego świętej wody…i ewentualnie po tym umrzeć 😉 Ale do rzeczy.

Pielgrzymka do Varanasi nie jest kompletna bez wspomnianej kąpieli w Gangesie. Kąpiel należy odbyć w 5 różnych ghatach, tego samego dnia. Spacerując zatem widzimy mnóstwo ludzi, głównie mężczyzn, w samej tylko bieliźnie, spłukujących w rzece swoje grzechy, spierających je z ubrań lub zwyczajnie radośnie pluskających się w chłodnej wodzie. Nie muszę dodawać, że z nieba leje się istny żar. Na schodach siedzą całe rodziny. Jedni rozmawiają, inni jedzą lunch, zaraz obok ktoś prosi o jałmużnę, ktoś śpi. Chyba śpi…mam nadzieję, że nie umarł. Jeszcze.

Jest kolorowo i jednocześnie okropnie brudno. Poza tym strasznie śmierdzi. Nadal nie jestem w stanie się do tego przyzwyczaić. Oblepiona potem i pyłem, z nadzieją, że nie jest to pył spopielonych zwłok, idę dalej.

Trafiamy na kolejne schody. Tu jest tłoczno.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, na znak żałoby, golą nad brzegiem Gangesu głowy, składając następnie swoje włosy w ofierze.

Hindusi wierzą, że kremując zwłoki w świętym mieście, przerywają cykl reinkarnacji, umożliwiając zmarłemu wstąpienie do raju. Z tego powodu tysiące ludzi decydują udać się w ostatnią w swoim życiu pielgrzymkę, aby czekać na śmierć właśnie w Varanasi. Trafiają tu ludzie bogaci, biedni, zdrowi i chorzy. Pielgrzymkę zaczynają jeszcze za życia lub dzięki krewnym, już po śmierci. Obrzęd kremacji odbywa się w dwóch z dziewięciu ghatów: Ci, których nie stać na opłacenie kremacji drewnem, paleni są przy elektrycznym krematorium na niewielkich stosach w ghacie Harishchandra. Ci bardziej zamożni trafiają do ghatu Manikarnika. Stosy są tu pokaźne, z domieszką drewna sandałowego i olejków eterycznych, dodatkowo palą się znacznie dłużej, co podnosi rangę kremacji.

Wyróżnia się 5 typów zwłok, których nie można poddać kremacji, dając szansę na lepsze życie w kolejnym wcieleniu:

  •  niemowląt (ze względu na wiek)
  • dzieci poniżej 14 roku życia (również ze względu na wiek)
  • kobiet w ciąży (bo noszą w sobie dziecko)
  • trędowatych
  • osób, które poniosły śmierć w wyniku ukąszenia kobry.

Po śmierci, do powyższych zwłok przymocowuje się kamień, a same zwłoki topi w Gangesie. Podczas rejsu łódką po rzece staram się nie przyglądać za bardzo powierzchni wody, mimo to wychwytuję kątem oka dryfującą obok nas czaszkę. Chociaż może to był tylko worek ze śmieciami, a wyobraźnia podpowiedziała resztę?

W obrzędzie kremacji udział biorą tylko najbliżsi, z wyłączeniem kobiet. Te bowiem bardzo często lamentują, a to dla zmarłego zła wróżba. Zdarzało się również, że w akcie rozpaczy wskakiwały na stos pogrzebowy, żeby opuścić ten padół ziemski razem z mężem. Sati, czyli samospalenie, nie jest już na szczęście tak powszechne. Nie zmienia to faktu, że w większości przypadków wdowa jest wykluczona ze społeczeństwa. Nie ma prawa do zachowania swojej kobiecości, z ogoloną głową, bez biżuterii, tak istotnej w hinduskiej kulturze, w białym lub błękitnym sari, skazana jest na ubogie życie w jednym z tutejszych aśramów. Razem z mężem odchodzi jej dotychczasowe życie. Sytuacja wdów w Indiach na szczęście nieco się poprawiła w ostatnich latach i śmierć męża nie zawsze jest końcem świata. W końcu XXI w.

Również ja mam problem z wejściem do Manikarnika. Na wstępie drogę zastępuje mi mężczyzna i pokazuje, do którego miejsca mogę dojść. Kieruje nas na taras powyżej schodów. Stąd ponoć „lepiej wszystko widać” no i ja, jako kobieta, mogę sobie tam bezkarnie stać. Powoli węszymy przekręt. Gospodarz, u którego śpimy, uprzedził nas, jak oszukuje się tu turystów. Wiemy zatem, czego możemy się spodziewać po wejściu do Manikarnika. Idziemy jednak na ten nieszczęsny taras, ignorując wszystkich „przewodników”, „opiekunów” i rzekomych pracowników sąsiednich hospicjów, którzy chętnie przyjmą ofiarę na kremacyjne drewno, pomoc umierającym i bóg wie co jeszcze.

Sama kremacja nie robi na nas wielkiego wrażenia. Tzn. wróć, zanim zacznie wieszać na nas psy! Naszym oczom nie ukazują się żadne okropne sceny masowego palenia zwłok, przywołujące skojarzenia rodem z piekła. Nic co spodziewałam się zobaczyć. Wszystko odbywa się w spokoju, z należnym szacunkiem. Poza tym stoimy dość daleko. Zwłoki są owinięte w całuny, ozdobione kwiatami, przy każdym stosie nad prawidłowym spalaniem czuwa facet z kijem, który niczym pogrzebaczem, tym właśnie kijem dłubie w popiele i rozkłada równomiernie spalany materiał.

Powiedziałabym, że palenie w tym mieście jest bardzo popularne. Oprócz kremowanych zwłok, podczas wieczornego spaceru po ghatach, z sąsiednich aśramów, tych dla pielgrzymów, nie dla wdów, czuć dość silną woń marihuany. Varanasi to również centrum jogi i medytacji. Nic więc dziwnego, że słodkawy zapach towarzyszy nam przez kilka km :)

Ale to, co zaskoczyło mnie najbardziej w kwestii spalania w Varanasi, to spalane w przydomowych ogniskach placki zrobione z …krowich placków! Tak, naprawdę! W Varanasi pali się również krowie łajno. Stanowi ono najtańsze i najpowszechniej dostępne naturalne paliwo. A teraz hit. Paliwo to wykorzystywane jest w domowych piecach, do wypieku pyszniutkich chlebków, placków, bynajmniej tych klasycznych, do jedzenia oraz innych przysmaków. Mniam. W sumie nic dziwnego, skoro zużywane tu na potęgę drewno jest w cenie. Ponadto jest to także najprostszy sposób utylizacji krowich odchodów. Widzieliśmy całe domy wraz z ogrodzeniem obklejone wprawnie ulepionymi placuszkami i placki suszące się w rzędzie na słońcu. Widzieliśmy też kobiety klęczące po same kolana w krowiej kupie, utytłane krowimi odchodami po łokcie, lepiące placki. Kiedy prawie wdeptuję w krowią kupę na drodze, a z moich ust wyrywa się niewinne „holy shit!”, gryzę się w język. Czy oprócz praktycznego zastosowania krowie odchody mają jakieś wielkie religijne znaczenie, skoro zostały wytworzone przez święte krowy, i do tego jeszcze w świętym mieście Varanasi, nad świętą rzeką Ganges? Czy to taki jackpot, kumulacja świętości? Wątpię. Chociaż, kto wie. Do dziś staram się nie myśleć, w jakim piecu upieczono nasze śniadaniowe parathy.

Wyjeżdżam z Varanasi z mętlikiem w głowie. Sytuacje, dla których w naszej kulturze rezerwuje się osobne miejsce, stanowiące niemalże społeczne tabu, przeżycia dla nas tak osobiste i intymne, tu odbywają się na oczach wszystkich, obdarte z prywatności. Na prawdę bardzo mocno staram się zrozumieć, to co widziałam. Obawiam się jednak, że minie sporo czasu, zanim mój mózg to przetrawi.

 

 

 

2 Comments

  1. Gośka
    8 stycznia 2015

    chyba też nie zrozumiałabym….

    Reply
    • Pchła
      9 stycznia 2015

      No kurczę ciężko! Niestety pozostaje chyba tylko rola obserwatora.
      Pointując cały pobyt w Varanasi, bo to we wpisie się nie pojawiło: poprosiliśmy naszego gospodarza, żeby zamówił nam na wieczór taksówkę/rikszę, bo mieliśmy do przejechania ok 16km na dworzec kolejowy. Przyjechało coś na kształt melexa z pola golfowego, silnik elektryczny! My z tyłu, plecaki między nogami. Prędkość zawrotna, każda dziura nasza, a do tego na drodze wyprzedzały nas nawet rowery…do czasu, kiedy wjechaliśmy tym czymś na autostradę! Tu zaczęła się już wolna amerykanka! Ciemno, na pasie w przeciwną stronę korek, więc kierowcy ciężarówek, żeby w korku nie stać, hop na nasz pas i jazda pod prąd! (My cały czas w tym elektrycznym pseudo blaszaku)!!! Zimno jak cholera, ciemno, a my się wleczemy…na pociąg ledwo zdążyliśmy. Tzn zdążylibyśmy, bo pociąg spóźnił się jedyne 15h 😀 Tyle w kwestii rozumienia 😛

      Reply

Komentuj