Kraje

Po Haputale…tuk tukiem!

Po Haputale…tuk tukiem!

Czasem o tym, co się wydarzy decyduje moment. Jedno spojrzenie, chwila zawahania, może przeczucie. Czemu zatrzymaliśmy się akurat przy tym konkretnym naganiaczu, a nie przy którymkolwiek innym z pozostałych 15stu? Nie wiem. Ale zatrzymaliśmy się. I daliśmy się namówić na oglądanie pokoju w domu jego rodziców. Oferta w sumie niezła biorąc pod uwagę darmowy transport z dworca. Na pokój na miejscu zdecydowaliśmy się bez wahania. To była jedna z naszych najlepszych decyzji!

Amir i jego rodzina przyjęli nas bardzo ciepło: gorącą herbatą, ciastkami i serdecznymi uśmiechami. Wieczorem dostaliśmy domowy obiad, po którym bez zastanowienia zdecydowaliśmy się na wykupienie u nich posiłków na pozostałe dni. Ostatecznie wyszło na to, że nie żywiliśmy się nigdzie indziej. Amir przez cały nasz pobyt dbał, żebyśmy czuli się jak w domu, upewniając się czy niczego nam mnie brakuje.

Stuk puk..Tuk Tuk

Okolicę postanowiliśmy, tradycyjnie już, zwiedzić na motorze. No bo wiadomo, człowiek wtedy mobilny bardziej jest, więcej zobaczy, zatrzyma się tam, gdzie chce, zdjęcie zrobi. No i ogólnie cieszy się niezależnością i wiatrem we włosach (chyba, że skrupulatnie założy kask). Niestety, szybciutko okazało się, że ta impreza będzie kosztować nas więcej, niż przewidywał budżet…znacznie więcej. Z pomocą przyszedł siostrzeniec Amira pożyczając nam, za rozsądną kwotę, swojego Tuk-Tuka!

Następnego dnia rano Olo zasiadł za sterami, ja wygodnie rozsiadałam się na fotelu pasażera i dałam się obwieźć po okolicy. Przejażdżka początkowo wydawała nam się znakomitym pomysłem i kolejnym fajnym wspomnieniem do kolekcji. Wspomnieniem faktycznie pozostanie, mocnym. Co do pomysłu, to nie był najlepszy. Stan techniczny azjatyckich pojazdów często pozostawia wiele do życzenia. Jeździliśmy już na skuterach z niedziałającymi zegarami, czy motorach, w których biegi chodziły topornie, sprzęgło nie zaskakiwało, a zawieszenie swoje dobre czasy dawno już przeżyło. Nic jednak nie może równać się z jazdą tuk tukiem! Z pozycji pasażera powiem, że umęczyłam się niemiłosiernie. Na krętych, wąskich górskich drogach rzucało mną na wszystkie strony, podskakiwałam na każdej dziurze i każdym kamieniu. Co chwilę coś stukało i trzeszczało, a my zastanawialiśmy się, czy damy radę tym ustrojstwem wrócić, czy rozkraczymy się gdzieś po drodze. Do tego siedząc w blaszanej puszce o „wietrze we włosach” mogłam zapomnieć. Miałam za to darmową saunę.

Olo natomiast nabawił się odcisków na dłoniach od manetki zmiany biegów, nastresował się i nadenerwował, kiedy tuk tuk sam staczał się w dół, zamiast cisnąć pod górę lub kiedy podczas próby podjazdu po prostu gasł. Mimo to jednak okoliczności przyrody: piękne pola herbaciane należące do Liptona, fabryka herbaty i punkt widokowy „Lipton’s seat”, z którego Sir Thomas Lipton podziwiał swoje imperium herbaciane wynagrodziły niewygody.

Na właściwym torze

W Haputale pierwszy raz świadomie (!!) zdecydowaliśmy się również na realizację LPkowego highlightu (przyp. aut. oklepana mega turystyczna atrakcja polecana w oklepanym mega turystycznym przewodniku Lonely Planet). Wczesnym rankiem pojechaliśmy pociągiem do Idalgashinna, pierwszą stację kolejową za Haputale w drodze do Colombo. Przejazd zaledwie 8km zajął nam przeszło godzinę, pociąg miał problem z wtoczeniem się pod górę i na blisko pół godziny utknęliśmy w połowie trasy. Drogę powrotną pokonaliśmy idąc wzdłuż torów kolejowych. W ciszy i świętym spokoju podziwialiśmy górskie pejzaże. Spacer polecamy gorąco! Znaczna część drogi jest zacieniona, widoki zapierają dech w piersiach, a herbaciane plantacje znajdują się na wyciągnięcie ręki. Warto jednak pamiętać o tym, że w ciągu dnia temperatury są tu nie do zniesienia, dlatego najlepiej wycieczkę zaplanować na rano.

Co do LPkowych highlightów? Chyba zmienimy zdanie, czasem warto schować uprzedzenia do kieszeni!

Komentuj