Kraje

Jak zdobyć wizę do Indii na Sri Lance?

Posted by in Poradnik, Sri Lanka | 5 Comments
Jak zdobyć wizę do Indii na Sri Lance?

Zastanawiasz się, jak zdobyć wizę do Indii na Sri Lance? Chętnie pomożemy przebrnąć przez tą, delikatnie mówiąc, wyjątkową procedurę, nie nadszarpując przy tym zbytnio zdrowia psychicznego. Inaczej się bowiem do sprawy podchodzi, kiedy z góry wiadomo, że trzeba odrzucić zdrowy rozsądek i logikę. Wytyczne na stronie internetowej centrum wizowego również można włożyć między bajki, a rzekomo obowiązkowe formularze śmiało podrzeć i wyrzucić do kosza. Takiego cyrku nie mieliśmy jeszcze nigdzie, z żadną wizą.

Długo rozmyślaliśmy, o co chodzi i czy to my jesteśmy nienormalni, czy Hindusi z centrum wizowego. Stare i dobrze znane powiedzenie mówi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze i nie inaczej jest w tym przypadku. Wszechobecne naciąganie i wyłudzanie pieniędzy, które już nam się dało w Indiach we znaki, zobaczyć mogliśmy w najlepszym wydaniu w centrum wizowym, zanim jeszcze w ogóle do Indii przyjechaliśmy.

Wniosek o wizę do Indii można na Sri Lance złożyć w trzech miastach: Colombo, Kandy i Jaffna.Budynek centrum wizowego w Kandy My zdecydowaliśmy się na złożenie wniosku w Kandy. Nie składa się go w ambasadzie (High Commision of India), a w specjalnym centrum wizowym (IVS Lanka).

W teorii wygląda to tak, że najpierw należy uzupełnić wniosek on-line na specjalnej stronie internetowej. Po uzupełnieniu wybrać termin spotkania z urzędnikiem oraz wydrukować i podpisać formularz. Następnie do formularza dołączyć kopię paszportu, dwa zdjęcia o specjalnym rozmiarze 2×2 cale (koniecznie na białym tle) oraz uzupełniony dodatkowy dokument, tzw. Reference Form, dostępny do pobrania na stronie internetowej centrum wizowego. Później wnosi się opłatę, czeka siedem dni roboczych i przychodzi z paszportem po wizę. Zgadza się, nie zostawia się paszportu razem z wnioskiem. W wyznaczonym przez urzędnika dniu odbioru wizy, trzeba przyjść rano i złożyć paszport celem uroczystego naklejenia wizowej naklejki, a następnie po południo zgłosić się po odbiór paszportu z naklejoną już uroczyście wizową naklejką. To rozwiązanie, choć marnotrawi czas, pozwala nie rozstawać się z paszportem w oczekiwania na wizę. Ma więc swoje złe i dobre strony.

Tyle jednak teorii, czas na praktykę. Wnioski uzupełniliśmy skrupulatnie, zgodnie z naszą najlepszą wiedzą. Wspomniany dodatkowy formularz również, ale zdjęć o takim rozmiarze nie posiadaliśmy, bo wszędzie i zawsze akceptowali „normalne”. Mieliśmy na szczęście zdjęcia paszportowe w formie cyfrowej, postanowiliśmy więc wydrukować je w odpowiednim rozmiarze, żeby nie robić nowych i nie płacić dodatkowo za tą usługę. Bez większego wysiłku znaleźliśmy studio cyfrowe przy głównej ulicy w Kandy i wydrukowaliśmy zdjęcia. W kafejce internetowej nieopodal wydrukowaliśmy papiery oraz kserokopie paszportów i pojechaliśmy do centrum wizowego.

W centrum, prócz urzędników, na wstępie urzęduje ktoś w rodzaju selekcjonera. Osoba ta sprawdza dokumenty pod kątem poprawności wypełnienia i kompletności załączników, upewniając się przy tym czy załączone załączniki są aby na pewno tymi załącznikami, które załączyć należy. Nasze dokumenty oczywiście nie przeszły drobiazgowej kontroli Pana Selekcjonera. Po pierwsze, dodatkowy formularz, który pobraliśmy ze strony centrum wizowego okazał się niewłaściwy i wylądował w koszu. Dostaliśmy do uzupełnienia inny. Po drugie, Pan poinformował nas, że nie ma takiej wizy o jaką chcemy aplikować (w formularzu internetowym wybraliśmy z rozwijanej listy (!) wizę 3 miesięczną z trzykrotnym wjazdem). Jeśli chcemy trzykrotny wjazd, to musimy aplikować o 6-cio miesięczną. Należy więc poprawić formularz. Na pytanie dlaczego taka wiza jest dostępna do wyboru przy uzupełnianiu wniosku on-line, Pan nie był w stanie odpowiedzieć. Na pytanie dlaczego jest ona również w cenniku na stronie centrum wizowego, w którym Pan pracuje, również odpowiedzi udzielić nie mógł. Prócz tego, na naszych wnioskach poprawić było trzeba jeszcze jedną rzecz. Otóż nierozważnie w miejscach „port of entry” oraz „port of exit” wpisaliśmy nazwy miast, a powinniśmy byli wpisać po prostu „all ports”. Dlaczego, nie wiadomo. To jednak też jeszcze nie koniec. W formularzu wpisaliśmy, że jesteśmy bezrobotni. Pan Selekcjoner nie był w stanie przetrawić tej informacji i uparcie pytał gdzie pracujemy w Polsce. Kiedy mówiliśmy, że nie pracujemy, to pytał czy studiujemy. Jak się okazało, że też nie, to rozłożył ręce i zapytał jak zamierzamy w takim razie pokryć koszty podróżowania po Indiach. Co najmniej, jak gdyby Indie były najdroższym krajem na świecie, a przy tym wyśnioną wręcz destynacją dla wszystkich, którzy zamierzają nielegalnie pracować i zbijać tam fortuny, bez skrupułów omijając system podatkowy i niegodziwie uszczuplając budżet państwa. Oczywiście gdybyśmy byli studentami, to wszystko by wyglądało inaczej. W końcu studenci są powszechnie znani z tego, że mają dużo pieniędzy. Kpiny i farsa, ale facet ma minę poważną. Po dłuższej rozmowie i tłumaczeniu, że zbieraliśmy pieniądze przez długi czas, a później rzuciliśmy pracę i wyjechaliśmy podróżować, stanęło na tym, że mamy napisać pismo, w którym poświadczymy, że stać nas na pobyt w Indiach i pokrycie kosztów podróży. Farsy ciąg dalszy. Był bym zapomniał – zdjęcia o dziwo mieliśmy dobre, chociaż Pan twierdził, że potrzebne są trzy, a nie dwa, jak w instrukcji na stronie internetowej centrum wizowego. Ostatecznie dał się przekonać, że dwa wystarczą.

Wnioski oczywiście należy poprawić on-line i wydrukować jeszcze raz, a ponieważ centrum wizowe jest na zadupiu, to w pobliżu oczywiście żadnej kafejki internetowej nie ma. Jest za to specjalne biuro, które świadczy usługę przygotowania dokumentów na potrzeby uzyskania wiz.Biuro uzupełniające wnioski wizowe Tam też skierował nas Pan Selekcjoner. Usługa jest oczywiście płatna. Sporo. Nabraliśmy przekonania, że jak by wniosku nie uzupełnić, zawsze znajdzie się coś do poprawy i chcąc czy nie, z usług biura trzeba będzie skorzystać. Gdyby pojechać do miasta, do kafejki, tuk-tukiem, poprawić i podrukować formularze i takim samym transportem wrócić złożyć wnioski, to wyjdzie finansowo tak samo, jak korzystanie z usług biura. Gdyby natomiast jechać autobusem, najzwyczajniej nie da rady zdążyć, zanim minie godzina składania wniosków, a wtedy trzeba będzie zostać w Kandy dłużej, co będzie kosztowało jeszcze więcej. Wszystko jest dokładnie przemyślanie, taka pułapka finansowa.

W biurze faceci zamiast poprawić istniejące formularze, zaczęli uzupełniać nowe, od początku. Oczywiście zawiesili się na temacie naszej pracy i za nic nie byli w stanie zrozumieć, że pracy nie mamy. Uparli się, żeby wpisać, że jesteśmy studentami, bo „inaczej się nie da”. Gówno prawda, pomyślałem, da się. Przecież sam uzupełniałem ten formularz i doskonale wiem co się w nim da, a czego nie. Próbowaliśmy tłumaczyć, że nie możemy się pod tym podpisać, bo to poświadczanie nieprawdy i że w centrum wizowym Pan Selekcjoner już wie, że nie pracujemy, więc co mamy mu teraz powiedzieć, jak nagle przyjdziemy z wnioskami od „studentów”? Ci się tylko roześmiali i stwierdzili, że „no problem”. No pewnie, że „no problem”, bo to nie oni poświadczą nieprawdziwe informacje. W razie czego to my będziemy mieć problem, a oni „no problem”.

No nic, jedziemy dalej z wypełnianiem. Trzeba podać dane miejsca pracy. Ponieważ ustaliliśmy już, że jesteśmy studentami, faceci z biura chcą, żeby podać dane miejsca pracy ojca. No i się zaczyna znowu, bo mój ojciec jest już na emeryturze i też nie pracuje. Tego również faceci nie są w stanie ogarnąć umysłem, no bo w Azji nie ma czegoś takiego, jak emerytura. Ostatecznie muszę podać fikcyjne dane ostatniego miejsca pracy ojca, bo prawdziwych nie pamiętam, ani sprawdzić nie mogę, bo nie mam dostępu do internetu, a miejsce w formularzu nie może podobno zostać puste… To tyle, formularze uzupełnione, kasa zapłacona, no to wracamy składać wnioski.

Pan Selekcjoner, ogląda, sprawdza, aprobuje kiwnięciem głowy, każe przykleić zdjęcia i czekać w kolejce do urzędnika. Po chwili nadchodzi moja kolej. Zadowolony, że zaraz będzie po wszystkim, siadam przed urzędniczką, podaję dokumenty i czekam, aż wszystko wklepie do komputera i każe zapłacić. Moja radość mija jednak szybko, kiedy słyszę, że mam złe zdjęcia. Jak to, do cholery, przecież są w takim rozmiarze, jak w specyfikacji! Tło też zgodne z wymaganiami, to o co chodzi?! Pani z kamienną twarzą stwierdza, że na zdjęciu widać za mało ramion i takie zdjęcia nie mogą być, należy zrobić nowe. Gdzie zrobić? Spokojnie, z tym nie ma problemu. Za moimi plecami, w rogu, siedzi facet z laptopem, drukarką i aparatem, który zdjęcia zrobi od ręki. Oczywiście za opłatą. Sporą opłatą, biorąc po uwagę, że zdjęcia robi tanim aparatem kompaktowym, który wygląda jak z promocji w Biedronce, a drukuje je na drukarce o podobnym standardzie.

Kłócimy się. Mówimy, że facet na wejściu sprawdzał dokumenty i zdjęcia i powiedział, że wszystko jest w porządku. Poza tym w specyfikacji nic nie ma o ramionach. Pomijając już specyfikację, co to w ogóle za głupota, przecież to twarz jest na zdjęciu do wizy istotna, a nie ramiona. Baba jednak za wygraną nie dawała, a do dyskusji włączył się jeszcze inny urzędnik, opryskliwy grubas, który wydarł się na nas, że dokumenty i zdjęcia mają być tak, jak on powie i to nasza odpowiedzialność, a nie jego. Wiadomo, facet od zdjęć też musi zarobić. Zaraz przypomina mi się hasło reklamowe kraju: Incredible India. Teraz już wiem, skąd się wzięło.

Nie mamy wyjścia i robimy zdjęcia u faceta z aparatem z Biedronki. Kilkanaście minut później składamy wreszcie wnioski i tu miłe zaskoczenie – opłata wizowa dla obywateli Polski została zniesiona. Płacimy tylko za usługi centrum wizowego (dziękuję uprzejmie) i jakieś tam podatki. Wszystkiego razem niewiele ponad 10 złotych. Wreszcie opuszczamy centrum wizowe, co tu dużo ukrywać, z wielką ulgą. [edit] Dopiero po wjeździe do Indii okazało się, że pracownicy centrum wizowego na Sri Lance wywinęli jakiś numer i prawdopodobnie niesłusznie przyznali nam darmową wizę. „Gratis visa” budziło później wielkie zainteresowanie za każdym razem, kiedy nasza wiza była sprawdzana. [/edit]

Podsumowując, lepiej oszczędzić nerwy i nie robić zdjęć samemu, ani nie wypełniać samemu formularza. Pojechać prosto do biura przy centrum wizowym, załatwić wszystko szybko, nie tracić dnia ani humoru i oszczędzać siły na Indie.

P.S. Termin odbioru wiz mieliśmy wyznaczony na 10 dni później. Ostatecznie odebraliśmy je jakieś dwa tygodnie później. W paszporcie widniała naklejona uroczyście naklejka wizowa. Na naklejce jest też zdjęcie. Zgadnijcie, co? Nie widać na nim ramion w ogóle. Nie mam już siły się denerwować…

[h3]Teraz jeszcze garść informacji praktycznych:[/h3]

a) wniosek on-line uzupełnić należy na stronie https://indianvisaonline.gov.in

b) adresy i godziny otwarcia centrów wizowych IVS znajdują się na stronie http://www.ivsvisalanka.com/en/

c) we wniosku on-line trzeba podać „reference in India” i „reference in Sri Lanka”; tam można wpisać nazwy i adresy hoteli – byle jakich, nawet jak się nie ma rezerwacji

d) we wniosku on-line jest możliwość przesłania zdjęcia; można to jednak pominąć, bo tak czy tak trzeba będzie dołączyć wydrukowane zdjęcie do wydrukowanego wniosku – oczywiście zrobione u faceta z aparatem z Biedronki

e) lokalizacja centrum wizowego w Kandy na Google Maps jest nieprawidłowa – centrum mieści się kilkaset metrów dalej, przy tej samej ulicy

f) na stronie centrum wizowego można znaleźć tabelkę z opłatami – jest ona jednak bezużyteczna, bo opłaty zostały zniesione; obecnie złożenie wniosku w Kandy kosztuje 492 rupie

g) dla tych, którzy nie przebrnęli przez cały tekst :) zdjęcia do wniosku i sam wniosek można zrobić na miejscu, w centrum wizowym, nie należy niczego uzupełniać przed przyjazdem, bo i tak będzie źle i trzeba będzie zrobić na miejscu; odpłatnie oczywiście, a jak!

5 Comments

  1. Szymao
    16 listopada 2016

    Dzisiaj złożyłem aplikację o indyjską wizę w tym samym miejscu w Kandy co wy i za 6miesieczną wizę`double entry` zapłaciłem 142 rupie lankijskie opłaty administracyjnej, czyli również gratis. Więc chyba nie byliscie wyjątkiem jednak.
    Bardzo mnie to ucieszylo bo spodziewalem się sporej opłaty po tym jak znajomy Rosjanin za taką samą wizę w Kandy płacił tydzien wczesniej 100usd. Także fajnie :)
    No i czytajac waszą notkę nie mogłem uwierzyć że mieliście tak odmienne i stresujące doświadczenie w tym samym miejscu. Jak dla mnie procedura przebiegla bezbolesnie, choc tez musialem robic nowe zdjecia do wizy, skorzystalem z opcji z biurem, nie przyszlo mi do glowy zeby kombinowac tak jak wy co okazalo sie dobrym pomyslem;)
    Ale ogólnie to myślę żeby podróżować po krajach typu Indie, Sri Lanka etc to trzeba mieć sporo dystansu i luzu szczególnienie wobec tępej biurokracji („poświadczenie nieprawdy„ często jest jedyną sensowną opcją i może trzeba czasem to zakceptowac w imię zdrowia własnych nerwów).
    Pozdrawiam z okolic Kandy

    Reply
  2. uska
    24 września 2016

    a kiedy to bylo??? ktory rok bo pierwszy raz widze ze gdzies wize daja gratis zwlaszcza do Indii…. czekam na info

    Reply
    • Jo Gasieniec
      1 października 2016

      Ula, to było we wrześniu 2014 i wówczas poinformowano nas, że opłata została zniesiona. Pomyśleliśmy, że to dziwne, ale nie kłóciliśmy się.
      Miesiąc później wizę robiła moja siostra, już w Warszawie, i tam cały proces wyglądał zgoła inaczej.
      Za to widok stempla „gratis visa” budził zainteresowanie od pierwszego dnia w Indiach, aż do wyjazdu. Musieliśmy być swoistym wyjątkiem 😉

      Reply
  3. Kasia K.
    2 lutego 2015

    Fantastycznie! Czyli nie trzeba być rezydentem Sri Lanki, żeby z tego kraju aplikować o indyjską wizę? W Niemczech coś takiego niestety oficjalnie nie przejdzie…

    Reply
  4. Polka Kilo
    25 września 2014

    Czad :) Ale tekst !

    Reply

Komentuj