Kraje

Pierwsze kolejowe starcie. W drodze do Nuwara Eliya

Posted by in Sri Lanka | No Comments
Pierwsze kolejowe starcie. W drodze do Nuwara Eliya

Na dworcu kolejowym Colombo Fort stoczyliśmy pierwszą i jedyną na Sri Lance tak agresywną bitwę o miejsce siedzące. Pociąg do Kandy był w podstawiany w Colombo, więc na peron wjechał kompletnie pusty. Na szczęście domyślaliśmy się, co może nas czekać. Każdy, kto w latach 90-tych w wakacje próbował zająć miejsce w wagonie drugiej klasy, w składzie relacji Gdynia-Zakopane, będzie wiedział o co chodzi 😉

Bitwa o miejsce

Pchła więc zawczasu dowiedziała się, w której części peronu będą wagony drugiej klasy. Tam też ustawiliśmy się z plecakami i obmyśliliśmy strategię wpychania się do pociągu. Ustaliliśmy, że Pchła staje pomiędzy mną i Kazikiem, a my torując drogę w lewo lub prawo, przemieszczamy się tak, aby w momencie zatrzymania pociągu Pchła była dokładnie na wysokości drzwi. Mieliśmy ją osłaniać przed naporem tłumu, żeby mogła szybko wbiec i zająć dla nas miejsca. Plan wypalił, ale nasze siedzenia okupiliśmy z Kazikiem kilkoma siniakami. To, co działo się po wjechaniu pociągu na peron, to było czyste szaleństwo. Szarpanie, popychanie, uderzanie pięściami, kopanie, ciągnięcie za włosy, ręce, ubranie czy za plecak – wszystko dozwolone, byle tylko wepchnąć się do pociągu przed wszystkimi i posadzić cztery litery. Pierwszy raz widzieliśmy też w akcji opłaconych zawodowców od zajmowania miejsc. Ci nie patyczkują się i wskakują do jadącego jeszcze pociągu, choćby przez okno, odpychając wszystkich na boki. Trzeba uważać, żeby nie zostać zepchniętym pod pociąg czy to przez nich, czy przez napierający tłum. Z dumą powiedzieć mogę jednak, że jak na białasów daliśmy radę! Pchła była w wagonie druga, tuż za zawodowcem i bez problemu zajęła dla nas trzy miejsca :)

Kandy

Kandy załatwiliśmy tranzytem, przy okazji składania aplikacji o wizy do Indii, ale to osobna historia. Po złożeniu dokumentów złapaliśmy kolejny pociąg, do Nanu Oya. Tutaj nie trzeba już było bić się o miejsce, bo przyjechał kompletnie zapchany i całą drogę staliśmy w korytarzu między siedzeniami. Stacja Nanu Oya nie była dla nas miejscem docelowym. Wysiedliśmy tam, żeby dojechać autobusem do Nuwara Eliya, niewielkiego miasteczka, nazywanego „małą Anglią” ze względu na zabudowę, która ma rzekomo przypominać Angielską wieś. Niespodzianka – nie przypomina. Jest za to brudno i w zasadzie nie ma nic ciekawego, może poza budynkiem poczty. Jest też widok na najwyższy szczyt Sri Lanki (Pidurutalagala, 2524m) oraz jeziorko (Gregory Lake), na którym lądują małe samoloty. Jest też jakiś ogród (Victoria Garden), ponoć ładny, ale od białych oczywiście chcą kupę kasy za wstęp, więc zrezygnowaliśmy.

Na wspomniany najwyższy szczyt nie można się wspiąć – można dojść jedynie do połowy jego wysokości, a dalej jest „high security zone” i zakaz wstępu. Sam szczyt też nie specjalnie urzeka. Ot taki porośnięty na zielono pagórek z różnymi antenami i przekaźnikami na szczycie. Pomimo wysokości wcale nie wygląda majestatycznie, bo Nuwara Eliya znajduje się na tak dużej wysokości, że szczyt góruje ponad miasteczkiem mniej więcej, jak Ślęża nad Sobótką.

Nuwara Eliya

Przyjechaliśmy tu jednak głównie z myślą o wycieczce do pobliskiej fabryki herbaty Pedro Tea Estate, żeby spróbować cejlońskiej herbaty u źródła i pospacerować po herbacianych wzgórzach oraz z myślą o wspinaczce na Adam’s Peak (Sri Pada, 2243m). Do świątyni, znajdującej się na tym szczycie, prowadzą schody. Podobno praktycznie przez całą drogę. Według różnych doniesień schodów tych jest około 5 tysięcy, a według różnych legend ten właśnie szczyt stanowił miejsce, w którym Adam po raz pierwszy postawił stopę na ziemi, a Budda pozostawił odcisk swojej stopy, kiedy odwiedził szczyt w drodze do raju. Z jednego czy drugiego powodu na szczyt odbywają się pielgrzymki. Miało więc być wyzwanie, miało być zabawnie, miały być piękne widoki, zakwasy na tydzień i satysfakcja na całe życie, ale przyszło nam porzucić ten plan. Przyjechaliśmy poza sezonem. Pielgrzymkowym i pogodowym. Szczyt był nieustannie spowity chmurami deszczowymi, a wspinanie się w deszczu po kilku tysiącach schodów, żeby na szczycie zobaczyć zamkniętą świątynię i gęstą mgłę, jest najzwyczajniej w świecie bez sensu.

Pedro Tea Estate

Pozostała nam więc fabryka herbaty i spacer do znajdującego się niedaleko niej, pośród herbacianych górek, malowniczego wodospadu (Lovers Leap). Przy fabryce można usiąść na filiżankę herbaty, w przyjemnym miejscu z ładnym widokiem i miłą obsługą. Herbata jest niedroga i przepyszna, zdecydowanie polecamy filiżankę przed spacerem i kolejną po spacerze :) Widok po drodze jest wart niewielkiego wysiłku w upale. W nagrodę można się ochłodzić przy wodospadzie, a wieczorem, po powrocie, wybrać się do jednego z „hoteli” przy głównej drodze w Nuwara Eliya, gdzie serwowane jedzenie jest po prostu fantastyczne!

Praktycznie

1. Ze stacji Nanu Oya do Nuwara Eliya kursuje lokalny autobus. Jest skomunikowany z pociągiem, stoi jakieś dwieście metrów od wyjścia ze stacji, w górę drogi. Spokojnie można więc ominąć wszystkich kierowców taksówek i tuk-tuków proponujących dojazd do miasta za grubą kasę.
2. Z Nuwara Eliya do Pedro Tea Estate też można dojechać autobusem, wystarczy pójść na dworzec i popytać, który będzie tam przejeżdżał. Ludzie są bardzo pomocni i praktycznie każdy coś tam rozumie po angielsku. Po drodze z autobusu do fabryki herbaty trzeba uważać na grupki dzieci, które zastępują drogę, bądź obskakują turystów krzycząc „money please”, albo samo „money”.
3. Z fabryki do wodospadu też nie ma co dawać się naciągnąć na tuk-tuka. Po pierwsze droga nie jest długa, po drugie szkoda przegapić widok, a po trzecie kierowca i tak nie dojedzie pod sam wodospad i spory kawałek trzeba przejść na piechotę.

Komentuj