Kraje

Colombo Fort, Colombo port

Posted by in Sri Lanka | No Comments
Colombo Fort, Colombo port

Pomimo naszych obaw Colombo okazało się przyjemnym i dość nowoczesnym miastem, które bardzo nam przypadło do gustu. Wiadomo, to dalej azjatycka metropolia, w której jest brudno, ale bywaliśmy w znacznie gorszych, choćby w Birmie, żeby daleko nie szukać, albo w Kambodży. Na tle innych stolic, które odwiedziliśmy, Colombo wyróżnia się portowym charakterem i rzucającą się w oczy na każdym kroku urokliwą zabudową w stylu kolonialnym. Prócz tego jest trochę przeszklonych wieżowców, kilka centrów handlowych z drogimi butikami, sporo stylowych kawiarni i świeżo wybudowanych apartamentowców czy hoteli. Na każdym kroku remonty i budowy. Słowem widać, że miasto przeżywa właśnie bardzo dynamiczny rozwój, po zakończeniu ledwie pięć lat temu wojny domowej, ciągnącej się na Sri Lance przez prawie 26 lat. Standardowo za rozwojem idą wysokie ceny, zdecydowaliśmy się więc na nocleg w Mount Lavinia, na południowych przedmieściach Colombo, skąd do centrum dojeżdżaliśmy autobusami miejskimi za kilkanaście rupii od osoby, czyli jakieś 40 groszy. Najwięcej tanich noclegów w tej okolicy znajdziecie na HotelsCombined.

Colombo nie posiada światowej klasy i sławy zabytków czy atrakcji, ale kilka miejsc z pewnością jest godnych uwagi. Są one jednak na tyle oddalone od siebie, że wielokilometrowy spacer w panującym tu upale polecamy tylko najtwardszym :) My wybraliśmy przemieszczanie się jednymi z tysięcy kursujących po mieście tuk-tuków, bo ceny za przejazd okazały się niemożliwie wręcz niskie, w porównaniu przykładowo z Tajlandią. Trasa, za którą w Bangkoku przyszło by nam zapłacić kierowcy tuk-tuka ze 150b (ok. 15zł), tutaj kosztowała 200rs, czyli jakieś 5zł…

Sprawnie przeciskając się przez miejskie korki odwiedziliśmy buddyjską świątynię Gangaramaya, w której znajduje się najmniejsza na świecie figurka buddy (faktycznie, ogląda się przez szkło powiększające), centrum medytacji Seema Malakaya oraz Sri Ponnambalawaneswaram Kovil – niesamowitą świątynię hinduistyczną, zbudowaną w całości z granitu sprowadzanego z południowych Indii. Zahaczyliśmy też o Katedrę Świętego Antoniego, Czerwony Meczet i budynek dawnego ratusza. Te były jednak mało ciekawe – katedra wyglądała w środku jak magazyn, meczet był oblepiony rusztowaniami, wepchnięty pomiędzy szkaradne budynki i niedostępny dla turystów, a ratusz okazał się być kompletną ruiną, gdzie największą atrakcją był chyba widok na ulicę z mikroskopijnego balkoniku na piętrze.

W międzyczasie próbowaliśmy też wprowadzić w życie szalony plan dostania się do Indii na pokładzie kontenerowca, bo między Sri Lanką, a Indiami promu pasażerskiego obecnie nie ma. Chcieliśmy dać komuś w łapę, żeby wejść na pokład i dla odmiany popłynąć, zamiast lecieć. Wszyscy patrzyli na nas, jak na kosmitów, kiedy mówiliśmy, że chcemy płynąć do Indii. Śmiali się i pokazywali nas palcami kolegom. Mimo tego starali się jednak pomóc. Udało mi się nawet wejść bez przepustki do portu, ale tam też niczego się nie dowiedziałem. Odesłali nas tylko do biura mieszczącego się w kompleksie World Trade Center, twierdząc, że tam załatwimy miejsce na statku. Okazało się jednak, że to było biuro firmy spedycyjnej, więc mogli nas co najwyżej wysłać do Indii na palecie, w kontenerze 😉 Poznaliśmy kierownika oddziału, przemiłego człowieka, który przyjął nas w swoim biurze i przez dobre pół godziny obdzwaniał chyba całe miasto, próbując nam pomóc. Nic z tego niestety nie wyszło. Dowiedzieliśmy się, że Indyjska służba celna nie zezwala na ruch pasażerski na statkach towarowych. Inaczej mówiąc, nie dadzą pieczątki w paszporcie i nie wpuszczą do kraju, nawet z ważną wizą. Członkami załogi też nie możemy zostać (nawet za „opłatą”), bo trzeba lat szkoleń i kilku papierów. To chyba pierwszy kraj w Azji, w którym przestrzegają przepisów prawa i pieniędzmi nie wszystko da się załatwić 😉

Za to zobaczyliśmy świetny widok na port kontenerowy w Colombo, bo biuro mieściło się jakoś koło trzydziestego piętra, oraz dostaliśmy propozycję zwiedzenia kontenerowca. Facet obiecał załatwić niezbędne przepustki i pozwolenia, jeśli będziemy zainteresowani. Niestety następny statek, na który był w stanie zorganizować wejście, przypływał dopiero za tydzień, a tyle czasu nie mieliśmy. Pożegnaliśmy się i opuściliśmy biuro, z żalem przyznając, że przyjdzie nam jednak poszukać biletu lotniczego.

Intensywny dzień zakończyliśmy wizytą w herbaciarni Dilmaha (Dilmah t-lounge, Old Dutch Hospital – polecamy!) i spacerem promenadą wzdłuż Galle Road, skąd można obserwować słońce chowające się powoli w Oceanie Indyjskim, przepięknie rozświetlające przy tym niebo. Wieczorem wyrastają tu stragany i wózki z różnymi smakołykami za grosze. Doskonałe miejsce na koniec długiego dnia!

Należy się jeszcze kilka słów przestrogi dla osób planujących odwiedzić Sri Lankę. Lotnisko w Colombo wcale nie znajduje się w Colombo, a jakieś 35 kilometrów na północ od miasta, tuż przy Negombo. Z tego powodu większość turystów, jako pierwszy przystanek na Sri Lance wybiera właśnie Negombo – no bo bardzo blisko lotniska i plaża jest, a co może być lepszego po długiej podróży od piasku, palm i oceanu? Wybraliśmy więc tak samo. Zdecydowanie jednak odradzamy to miejsce jako mega turystyczne i strasznie drogie. Przy drodze wzdłuż plaży są same turystyczne knajpy z cenami z kosmosu. Żeby zjeść normalne jedzenie za normalną cenę, trzeba jechać kilka kilometrów do centrum miasta. Na plaży pełno jest naciągaczy i żebraków, nie można posiedzieć w spokoju nawet minutę, bo złażą się i nie dają żyć.

Po dwóch dniach w tranzycie, nieprzespanej nocy i kilkunastu godzinach bez jedzenia, nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko zapłacić zawyżoną cenę i zamówić coś na miejscu, bo padaliśmy już z głodu. Pchła zamówiła wegetariański omlet, a ja curry warzywne z ryżem. To, co dostaliśmy, było absolutnie najgorszym jedzeniem w czasie całego pobytu na Sri Lance, jeśli nie najgorszym nawet, od kiedy wyruszyliśmy w podróż. Curry w ogóle nie smakowało, jak curry, tylko jak przypalona zupa jarzynowa z resztek i tak też wyglądało – pływały w nim przypalone kawałki warzyw. Ryż nie wyglądał, jak ryż, tylko jak kasza pęczak gotowana w mleku, sądząc po okropnym zapachu – również przypalonym. Omlet natomiast zrobili chyba z jednego tylko jajka, a składał się jedynie z jajka i ostrej zielonej papryki, tzw. cobra chili. Porażka totalna, nie skończyliśmy nawet jeść, chociaż byliśmy potwornie głodni.

Do tego na następny dzień Pchła zaczęła zdradzać objawy zatrucia pokarmowego, zwanego popularnie sraczką, które okazało się na tyle nieustępliwe, że trasę pociągiem z Negombo do Colombo, która miała trwać półtorej godziny, pokonaliśmy ostatecznie w niecałe 10 godzin :) Prawie że co stację trzeba było wysiadać, bo w pociągu podmiejskim toalety brak, a Pchła przybierała różnorakie kolory i obficie się pociła, kurczowo ściskając w dłoni białą rolkę 😉 Cóż było zrobić – „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. Problem polegał na tym, że następny pociąg był dwie godziny później. Po odczekaniu swojego na stacji na zadupiu wsiadaliśmy do pociągu i… jakieś trzy minuty później wysiadaliśmy na kolejnej zadupnej stacji, żeby czekać kolejne dwie godziny na kolejny pociąg. I tak aż do Colombo… Stanowczo odradzamy więc podejrzane omlety z cobra chili, serwowane w turystycznych miejscach, bo cobra może ukąsić w tyłek :) Na szczęście to była jedyna kulinarna wtopa w ciągu prawie miesiąca. Nie mniej jednak, zalecamy Negombo ominąć szerokim łukiem.

Komentuj