Kraje

12 godzin przy lankijskim stole

12 godzin przy lankijskim stole

Ile wiedziałam o kuchni lankijskiej zanim przyjechałam na Sri Lankę? Niewiele. Głównie skojarzenie, że to blisko Indii, więc jedzenie pewnie podobne. Tyle. A to bardzo niesprawiedliwy osąd. Kuchnia lankijska ma bowiem wiele do zaoferowania czyniąc każdy posiłek niezapomnianą podróżą kulinarną. Jak w wielkim garze mieszają się tu wpływy: arabskie, brytyjskie, holenderskie i oczywiście indyjskie. Zanim na blogu zabierzemy Was w podróż przez Sri Lankę, zapraszam do stołu! Nie rusza się w drogę z pustym żołądkiem!

Śniadanie

Wstajemy wcześnie rano. W brzuchach już burczy. „Co by tu zjeść?” myślimy. Wczoraj zaserwowano nam typowo lankijskie śniadanie: czerwony gotowany ryż podany z 3 sosami curry: dalem, czyli gotowaną, delikatnie pikantną soczewicą, pol sambolem przygotowanym z wiórek kokosowych, czerwonej cebuli i siekanego chili oraz rybnym curry. Do wybory było też rotti, grube i mączne, albo gotowana fasola mung w formie „owsianki” (green gram). Dziś decydujemy się na lżejszą opcję. Kierujemy się do jednej z wielu rodzinnych piekarni, żeby zasiąść przed talerzem pełnym wypieków: świeżutkie bułki z jajkiem na twardo, omletem, rybą czy serem, samosy nadziewane warzywnym curry i szeroki wybór pasztecików. Przed nami ląduje talerz pełen smakołyków. Do wyboru, do koloru, a czego nie zjemy, za to nie zapłacimy. Wszystko obowiązkowo zapijamy herbatą. Już nie eksperymentujemy z popijaną tu przez wszystkich mleczną herbatą z lekkim posmakiem masła. Wolimy klasyczną- czarną.

Rodzinne piekarnie to dobra opcja na szybką przekąskę. Dostajemy od razu to, co widzimy w gablocie. Czynne zazwyczaj od bardzo wczesnych godzin porannych do samego wieczora, wraz z porą dnia zmieniają tylko asortyment. W porze lunchowej królują samosy, czyli rodzaj smażonego pieroga nadziewanego curry albo rotti, cieniutki naleśnik faszerowany warzywami bądź mięsem. Wieczorem bez problemu trafimy na smażone kotlety rybne i jajeczne, spring rollsy i pączki z soczewicy (wade). Posiłek jest tu niezobowiązujący.

Ale do lunchu i kolacji jeszcze daleko. Wychodzimy za to z kawałkiem czekoladowego ciasta w ręce.

Drugie śniadanie

Upał robi się coraz większy. A co najlepsze na ochłodę? KOKOS! I nie jest to z mojej strony kpina. Niech nikogo oczywiście nie zmyli hasło kokos, bo z batonikiem Bounty smak wody z rozłupanego orzecha ma tyle wspólnego, co tort kawowy ze schabowym. Pamiętam swoje pierwsze doświadczenie z kokosem. Kupiłyśmy go z moją przyjaciółką, bo miał rewelacyjnie gasić pragnienie. Zgasił już po pierwszym łyku, ale nasz zapał do dalszego picia 😉 Kwaśny, cierpki smak jaki poczułam w ustach spodziewając się kokosowej rozkoszy spowodował, że kolejne próby smakowania kokosa porzuciłam na kilka lat. Przełamałam się kilka miesięcy temu. „Nie może w końcu być aż tak paskudny, skoro wszyscy to piją” i z myślą, że moje wspomnienia są już mocno wypaczone przez czas dałam kokosowi drugą szansę. Tym razem decyzja była trafiona. Nie spodziewając się gęstego mleczka kokosowego, jakie można dostać w sklepach, muszę przyznać, że kokos faktycznie świetnie gasi pragnienie. Do tego uzupełnia sole mineralne, czyli w tropikalnym, upalnym klimacie sprawdza się dużo lepiej niż woda. A jak już wypijemy cały płyn, zostaje nam jeszcze galaretowaty miąższ, który z powodzeniem zjemy „łyżeczką” z odciętego kawałka kokosowej skorupy. Na Sri Lance kokos jest punktem obowiązkowym, występuje tu bowiem szlachetna, słodsza jego odmiana ’ thambili’, czyli tzw. king coconut.

Kokosy thambili można z powodzeniem kupić u ulicznych handlarzy, oprawione wielką maczetą na miejscu, za równowartość 1zł.

Zbliża się południe, a ja już myślę, co jeszcze dziś zjem! Czuję, że jest jeszcze jednak za wcześnie, dlatego decyduję się tylko na kolejną filiżankę cejlońskiej czarnej herbaty na zaostrzenie apetytu. Wodę z kokosa w tym upale dawno już wypociłam.

Lunch

Gdy nadchodzi powoli moja ulubiona pora dnia- lunch, łowię apetyczne zapachy! Zgodnie z moimi obserwacjami to druga w ciągu dnia możliwość zjedzenia ryżu. W ogóle to o ryżu na Sri lance można by napisać osobny poemat. Po naszych doświadczeniach z Azji Płd-Wsch z ryżem: pysznym basmati, sypkim ryżem jaśminowym i zdrowym- brązowym, nie sądziłam, że jeszcze tyle jest w stanie zaskoczyć mnie w tym temacie. Niespodzianka. Pierwsze domowe curry z ryżem, a na talerzu ląduje coś co wygląda bardziej jak kasza pęczak. To czerwony ryż, w dodatku gotowany w wodzie z kokosa. Dostaje kilkukrotne zapewnienie, że to nie byle co i że na pewno był gotowany w ‚coconut water’, a nie w zwykłej wodzie. Jakby miało to dla mnie jakieś znaczenie. Po pierwszym kęsie zaczynam rozumieć, że faktycznie ma. Ryż jest jednocześnie kleisty i sypki. Przypomina trochę konsystencją pudding, ale jest dużo lepszy. Później dowiaduję się, że podawany jest przy specjalnych okazjach. Czuję się zaszczycona. Kiribath jest idealny do jedzenia ręką, jak jest tu przyjęte. Nie wymaga nawet specjalnie moczenia go z sosem curry. Jest wspaniały. I bardzo syty. To za pewne sprawka odżywczej wody z kokosa.

Dziś decyduję się za to na ryż biryani. Klasyk. Tym razem wersja sypka. Ryż doprawiony masą korzennych przypraw: kardamonem, gałką muszkatołową, anyżem, podlany wodą różaną, zapieczony w szczelnej kadzi z ciecierzycą bądź grochem, czasem również w wersji mięsnej. Sam w sobie jest znakomitą potrawą, a podany z dodatkowymi sosami, tylko zyskuje.

Curry&rice

Niezmiennie zaskakuje mnie bogactwo smaków sosów curry podawanych razem z ryżem: warzywne, owocowe, rybne czy mięsne. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby podano mi dwa sosy o identycznym smaku. Nawet dal za każdym razem smakuje inaczej, za każdym razem znakomicie. Biryani ma swój bogaty smak, nie będę go zatem psuć. Wybieram kilka prostych sosów: z dynią, z ziemniakami i ciecierzycą i miseczkę surówki z tartej marchewki z wiórkami kokosowymi (prawie, jak w domu). Do sosów wsypuję obfitą łyżkę ‘pol sambol’. Już wiem, że prędzej pęknę, niż opróżnię talerz. Do wieczora mam spokój.

Ogólnie z jedzeniem jest na Sri Lance dość zabawnie. Chodzimy do restauracji, w których nie ma jedzenia i hoteli, w których nie można spać. Przygotowanie tradycyjnych potraw kuchni lankijskiej wymaga dużo czasu, dlatego w restauracjach składa się zamówienie na potrawę, którą można zjeść za kilka godzin. Więc, jeśli skręca Ci żołądek z głodu, idź do hotelu. Bo tu hotel nie ma nic wspólnego ze spaniem! Hotel to miejsce z gotowym żarciem wystawionym w gablotce w podgrzewanych metalowych misach! Oczywiście nie jest tak, że możesz sobie wybrać coś z karty. Byłoby za prosto. Posiłki serwowane są w zależności od pory dnia, a jedynym daniem dostępnym non stop jest kottu roti, czyli taki misz-masz na bazie posiekanego placka ‚rotti‚, podsmażany z warzywami, jajkiem, serem bądź mięsem. Nie przypadło mi to jednak szczególnie do gustu, nie ze względu na smak, bo było pyszne, a na to co spotkało mnie dnia następnego. Boleśnie opłaciłam swoje łakomstwo biegając co chwilę do toalety. To z pewnością wina chili!

Obiad

Kiedy mój brzuch daje znać, że pora coś zjeść po raz kolejny, jest już po zachodzie słońca. Curry z ryżem dawno już ustąpiło na stołach miejsca wypiekom i przekąskom smażonym na głębokim oleju. Przed nami stają 3 metalowe wiaderka. Każdy z innym sosem: z ‘dalem’, ale gęstszym niż ten śniadaniowy i z dwoma sosami kokosowym (w dwóch wersjach, z kokosa klasycznego i ‘thambili’). Zamawiamy ghee roast, ghee masala i masala dosazastanawiamy się jeszcze nad hoppersem (to rodzaj cienkiego naleśnika w kształcie miseczki, często z wbitym w środku jajkiem, robiony specjalnie na malutkim woku), ale rezygnujemy. Kelner wnosi zwinięty w długaśny rulon chrupiący ryżowy naleśnik z posmakiem, przysięgam! koziego sera. To pierwsza z trzech pozycji oraz dwa placki faszerowane ziemniakami, cebulą i przyprawami: jeden puszysty, mięciutki (to ‚masala dosa’), drugi- bardziej chrupiący i maślany (‚ghee masala dosa‚). Dla mnie wyglądają prawie identycznie, mimo że kelner każe nam przyglądać się różnicom w kolorze i zapachu. Na talerze owinięte foliowymi workami nakładamy sosy i po kolej, odrywając kawałek po kawałku i maczając w sosach, zjadamy wszystko. Kolację poprawiamy jeszcze kilkoma ‘wade’, pączkami z dziurką, smażonymi na głębokim oleju, zrobionymi z soczewicy. Wade jest popularną przekąską, szczególnie w trakcje podróży, kiedy przez pociąg przechodzą faceci z wielkimi koszami i krzyczą w wniebogłosy „wadewadewadewadewade” w takim tempie, że nawet ja nie jestem w stanie tego powtórzyć. Zabieramy ze sobą na wynos jeszcze 2 zwinięte w różki ‘roti’ z warzywami. Będzie na później.

Kuchnia lankijska – bogactwo smaków

Myli się ten, kto uważa, że kuchnia lankijska jest nudna i niezróżnicowana. Nie zdążyłam nawet wspomnieć o owocach morza, mięsach, gulaszach, marynatach, deserach i owocach. Z pozoru smaki są podobne, kombinacje przypraw takie same, ale wystarczy popróbować jedzenia w różnych miejscach i o różnych porach dnia, żeby przekonać się, że to nieprawda. Jedno trzeba jej oddać, to jedna z najpikantniejszych kuchni świata, dlatego przed snem, zapobiegając jutrzejszym sensacjom żołądkowym, zjadam jeszcze dwa banany. Kładę się spać pełna, z postanowieniem, że nie wcisnę w siebie nic przez następne dwa dni. Ale gdy zamykam oczy już zastanawiam się, co zjem na śniadanie.

4 Comments

  1. Mój blog
    9 września 2014

    Mój mąż byłby zachwycony takimi kulinarnymi doznaniami (zresztą i ja bym nie odmówiła ;))

    Reply
    • Pchła
      9 września 2014

      Mogę powiedzieć jedno: jedzenie jest tu fantastyczne i z pewnością zadowoli kulinarnych entuzjastów :)

      Reply
  2. Gośka
    4 września 2014

    o co chodzi z tymi talerzami w folii?

    Reply
    • Pchła
      6 września 2014

      Taki oryginalny pomysł na czysty talerz 😛 jedzenie ląduje na folii, po skończonym posiłku folia ląduje w koszu a „czysty” talerz jest gotowy dla następnego klienta 😉

      Reply

Komentuj