Kraje

Uciekamy z Mandalay i z Birmy!

Posted by in Birma | 2 Comments
Uciekamy z Mandalay i z Birmy!

Mandalay, piątek godzina 17:00, czas start. Ku mojej wielkiej radości zaczynamy opuszczać Birmę. Od przejścia granicznego dzieli nas przeszło 900 kilometrów. Musimy dotrzeć do Myawaddy przed godziną 18:00 następnego dnia, inaczej utkniemy w Birmie. Mamy więc zaledwie 25 godzin. Żegnamy się z Michałem, który wraca już do Polski i zaczynamy wyścig z czasem.

900 kilometrów w 25 godzin brzmi banalnie, ale ze względu na stan dróg i stopień skomplikowania dojazdu do granicy nasza trasa przypominała Wielką Ucieczkę. Z Mandalay odjechaliśmy do Bago o 18:00, całkiem przyjemnym i dość nowym autobusem za $12. Ta część podróży minęła szybko i komfortowo, z przystankiem na posiłek w środku nocy, pośrodku niczego, płatny oczywiście, a jak. Do Bago dojechaliśmy o 4:50 rano, zgodnie z rozkładem. I tu zaczyna się właściwa część naszego wyścigu z czasem. Do zamknięcia przejścia granicznego zostało 13 godzin, 360 kilometrów i najgorszy odcinek trasy przez góry. Szybko okazało się, że autobusu z Bago do Myawaddy nie ma, trzeba najpierw jechać do Hpa-An. Autobus do Hpa-An odjeżdżał jednak na tyle późno, że nie było mowy o przedostaniu się do Myawaddy na czas. Jednak już o 5:00, czyli 10 minut po wyjściu z autobusu, ruszyliśmy w 200-kilometrową trasę do Hpa-An. Za $4.50 od osoby wsiedliśmy na pakę samochodu-trupa typu pick-up, na której były drewniane ławki, kilkanaście innych osób, masa tobołów i 4 wielkie butle z gazem, którymi napędzany był silnik. Paka była obudowana stelażem ze stalowych rur, który tworzył nad naszymi głowami dach. Myli się jednak ten, kto sądzi, że na tym kończą się możliwości obładunku. Na dachu był kolejny stelaż, który konstrukcją przypominał wielki bagażnik samochodowy, na którym to spokojnie mieściło się drugie tyle pasażerów i 4 razy tyle tobołów, kartonów, wiklinowych koszy z małymi kaczuszkami i wiązek liści bananowca. Po dwóch godzinach siedzenia z kolanami pod brodą na drewnianej ławce, dupa bolała tak, że prawie mieliśmy łzy w oczach. Po kolejnej godzinie kolana dołączyły do dupy. Po jeszcze następnej wszystko zdrętwiało i przestaliśmy czuć co się z nami dzieje od pasa w dół 😉 Niby dobrze, bo razem z odrętwieniem zniknął ból, ale za chwilę doładowali jeszcze 5 osób i musieliśmy wykręcić się na boki tak, że aż nam trzeszczało w plecach.

Przez całą drogę lało. Ludzie na dachu przykryli się wielką płachtą folii, a nam deszcz zacinał do środka i raz dwa mieliśmy mokre plecy. Postój na toaletę, czyli tradycyjne sikanie w krzaki przy poboczu, był tylko raz. Dojazd miał trwać 5 godzin, a zajął 6 i pół, bo w międzyczasie jedno z kół naszego trupa poddało się w końcu ze starości pod naporem ludzi, bagażu i kaczuszek. Po wymianie na nowe, poprzednie zostało oczywiście wciśnięte na pakę pomiędzy pasażerów. Mokre, brudne i obłocone.

Kierowca wyrzucił nas w centrum Hpa-An i momentalnie obsiedli nas brudni i obdarci faceci, szczerzący się radośnie czerwonymi od betelu pieńkami zębów. Każdy proponował transport do granicy. Mieliśmy do przejechania jeszcze 160 kilometrów przez góry, poprzez które wiedzie droga przypominająca co szersze szlaki w Karkonoszach czy Beskidach. Nie bez przyczyny więc ruch odbywa się naprzemiennie, każdego dnia w inną stronę. Do zamknięcia przejścia granicznego zostało niewiele ponad 6 godzin. Tą samą trasę w przeciwną stronę pokonaliśmy wcześniej autobusem w około 5 godzin. Powoli pętla czasu zaciskała się na naszych szyjach. Nie mieliśmy pojęcia gdzie szukać autobusu, zresztą szanse na to, że w ciągu najbliższych minut znajdziemy taki, który odjedzie jak tylko wsiądziemy, były praktycznie równe zeru. Wdaliśmy się więc w dyskusję z bezzębnymi naganiaczami, choć na samą myśl o kolejnych godzinach na pace trupa, na drewnianych ławkach, nasze dupy wręcz wyły z rozpaczy i bezsilności.

Faceci proponowali rażąco wysokie ceny za przejazd. Zdawali sobie sprawę, że jak nie pojedziemy teraz, to pojedziemy dopiero za dwa dni. Znalazło się też kilku takich, którzy proponowali dla odmiany rażąco niską cenę na poziomie dolara od osoby, przysięgając przy tym na boga, rodzinę i wszystko co święte, że to będzie transport wygodną taksówką. Przy tej opcji zapaliła nam się czerwona lampka, bo widzieliśmy zaparkowane nieopodal samochody-trupy, a poza tym na drodze do granicy jest sporo punktów kontroli paszportów i uiszczania opłat za przejazd. W większości z nich urzęduje umundurowane wojsko, ale bywały też takie, w których widać było jedynie 14-15 letnich (na oko) chłopaków z wielkimi karabinami w rękach. Normalnie opłatę za przejazd wnosi kierowca, ale biorąc pod uwagę podejrzanie niską cenę, uznaliśmy, że przejazd za małe pieniądze odbędzie się kosztem solidnej kontroli paszportu, co w rezultacie wyjdzie znacznie drożej, niż najbardziej astronomiczne kwoty przedstawiane przez wszystkich bezzębnych razem wziętych. W końcu z kimś, kto trzyma karabin raczej się nie dyskutuje i nie targuje.

Próbowaliśmy od nich odejść, popytać gdzieś indziej, poszukać czegoś na własną rękę, ale ci byli nieustępliwi i łazili za nami wszędzie. Nie było opcji, żeby podejść do jakiegokolwiek autobusu czy pick-up’a bez co najmniej jednego bezzębnego przyklejonego do pleców. Znamy tą taktykę bardzo dobrze z Kambodży. Oznacza ona z grubsza, że wszyscy odmówią nam przejazdu, bo bezzębny „delikatnie” da im do zrozumienia, że to jego grupka białasów i wara wszystkim od nich. Jak on nie zarobi, to nikt nie zarobi.

Próbowaliśmy nawet kluczyć uliczkami, żeby zgubić tych nachalnych facetów, ale nic z tego. Jako biali z dużymi plecakami na plecach byliśmy tak doskonale widoczni, jak gdyby z tyłka walił nam ogień i kłęby dymu, a głowa migała na czerwono, niczym wielka dioda. Raz nawet myśleliśmy, że nam się udało, ale po chwili pojawił się znany nam już bezzębny ze swoim kolegą. Tym razem podjechali nawet samochodem i prawie że zaczęli ładować nasze plecaki do bagażnika. Zdesperowani postanowiliśmy popytać o autobus w hotelach. W końcu na recepcji ktoś będzie mówił chociaż troszeczkę po angielsku. Niestety wysiłek poszedł na marne, bo jedyne, co udało nam się ustalić, to że autobusu nie ma. To wydało nam się wyjątkowo dziwne, bo przecież w przeciwną stronę jakoś autobus był i wątpię, żeby do granicy wracał na pusto… Stanęliśmy więc pod jednym z hoteli, obserwując kątem oka sekundnik szybko obiegający tarczę zegarka i próbowaliśmy naradzić się, co robimy dalej. Wtem podjechał biały samochód, z którego wysiadł… ten sam bezzębny, któremu już kilka razy mówiliśmy, żeby poszedł precz. Tego już było za wiele. Szybko ustaliliśmy, że z plecakami nie mamy szans na swobodę działania, więc jedna osoba zostawia wszystkie manele i samotnie rusza na rozpoznanie terenu. Kazik zgłosił się na ochotnika i dzielnie się spisał. W hostelu, znalezionym po krótkim spacerze po mieście, przedyskutował kwestię dojazdu do granicy z dziewczyną na recepcji, która bardzo dobrze mówiła po angielsku i bardzo starała się pomóc. Niestety nawet ona stwierdziła, że autobusu nie ma i była bardzo zaskoczona widząc stary bilet na autobus w przeciwną stronę. Zaoferowała jednak, że ma znajomego kierowcę, który za $10 od osoby zawiezie nas do granicy. Bez żadnych dodatkowych opłat za przejazd, bez żadnych innych pasażerów. Tylko my we trójkę i on. Po chwili wahania zgodziliśmy się i 5 minut później samochód czekał na nas przed wejściem do hostelu. Nie jakiś tam trup, tylko kilkuletni biały minivan Toyoty, wypucowany na błysk i pachnący. W porównaniu z trupami, którymi chcieli nas wieźć bezzębni, to był prawdziwy luksus.

Przed odjazdem zostaliśmy jeszcze poinformowani, że możemy nie zdążyć na przejście graniczne przed 18:00, bo w górach pada deszcz i możliwe, że droga będzie miejscami przez jakiś czas nieprzejezdna z powodu np. osuwiska, albo ciężarówki, która utknie w błocie.

Punkt 12:00 ruszyliśmy w drogę i… momentalnie zapadliśmy w głęboki sen, bo samochodem przyjemnie kołysało, a my byliśmy wykończeni po całej nocy w autobusie i hardkorowej przejażdżce starym pick-up’em. Obudziliśmy się dopiero przy pierwszym punkcie kontroli dokumentów. Od tego czasu już nie spaliśmy. Tuż przed wjechaniem na górską serpentynę złożoną z błota i dziur, nasz kierowca zmówił krótką i żarliwą modlitwę, po czym włączył głośno dość mrocznie brzmiącą muzyką i ruszył w górę z impetem. Skutecznie nas obudził :)

Trzeba przyznać, że trasa z Kawkareik do Myawaddy jest fascynująca. Wąska droga, na szerokość jednego pojazdu, z jednej strony skalna ściana, z drugiej kilkaset metrów w dół. Zabezpieczeń oczywiście żadnych. Co chwilę małe wodospady obficie zasilane deszczem, spływające ze skał wprost na drogę, pod koła przejeżdżających samochodów. Co jakiś czas mała wioska, co chwilę zakręt o 180 stopni i nieustanne lawirowanie między gigantycznymi dziurami, przy akompaniamencie podwozia uderzającego o wystające z drogi kamienie i miski olejowej szorującej po błocie. Jeśli ktoś lubi rajdy i off-road, będzie zadowolony. Przy okazji – szacunek dla kierowcy, bo ja bym się nie zdecydował jechać zwykłym nisko zawieszonym samochodem po takiej drodze.

Szczęśliwie czas przejazdu mieliśmy znacznie lepszy, niż autobusem i wszystko wskazywało na to, że dotrzemy do granicy bez większego problemu. Tuż przed Myawaddy zakręcamy łukiem w lewo i naszym oczom ukazuje się jezioro rzadkiego błota, ciągnące się przez kilkaset metrów, a w nim nieliczne ciężarówki, których kierowcy stawali wręcz na rzęsach, żeby tylko jakoś przejechać. To koniec, pomyślałem, przyjdzie nam przeprawiać się przez to błoto na piechotę i pędzić później na złamanie karku do przejścia granicznego. Nie ma szans, nie przejedziemy, utkniemy gdzieś w połowie, w błocie sięgającym do kolana i nawet nie wyjdziemy z samochodu tak, żeby błoto nie wlało się do środka… Kierowca jednak z zimną krwią wrzucił dwójkę i ze słyszalnym mlaśnięciem wtoczył samochód w to bagno. Kilka minut później i kilkaset zygzaków dalej, z wojowniczym grymasem zwycięstwa na twarzy, wyjechał na drogę po drugiej stronie. Jeszcze kilkaset metrów, a tu proszę, dwupasmowa asfaltówka z poboczem po obu stronach, płaska jak stół, oddana do użytku chyba wczoraj. Trzeci bieg, czwarty i piąty i gnamy ponad stówę w stronę granicy. Jest dobrze, do zamknięcia jeszcze prawie godzina. Po chwili dojechaliśmy na miejsce, z szacunkiem pożegnaliśmy naszego kierowcę, sprzedaliśmy ostatnie birmańskie kyaty i ruszyliśmy do odprawy paszportowej. Tam przywitała nas wielka kolejka, ciągnąca się chyba na sto osób, jak nie lepiej. Na szczęście okazało się, że dla obcokrajowców jest osobne okienko, przy którym nikt nie czekał. Kilkanaście minut później przekroczyliśmy most przyjaźni, oddzielający Birmę od Tajlandii. Po drugiej stronie trafiliśmy na najwolniejszego chyba celnika na świecie. Każda osoba, której paszport sprawdzał, czekała chyba z 5 minut, a że osób przed nami trochę było, na swoją kolej przyszło nam poczekać prawie godzinę… Odczekawszy swoje, odebrałem paszport i przekroczyłem granicę. Wreszcie wyrwałem się z birmańskich szponów! Z radości aż ucałowałem stronę paszportu z tajską pieczątką wjazdową. 😉

Było jakoś przed 19:00, przejechaliśmy 900 kilometrów w niecałe 26 godzin i byliśmy wykończeni. Przed nami było jednak kolejne 400 kilometrów dzielące nas od Chiang Mai, prysznica i wygodnego łóżka. Na fali naszego szczęścia dojechaliśmy na dworzec autobusowy w Mae Sot i praktycznie od razu wsiedliśmy do autobusu odjeżdżającego do Tak, żeby tam łapać autobus do celu. Po dwóch godzinach wysiedliśmy i okazało się, że za pół godziny będzie autobus do Chiang Mai. Ten jednak spóźnił się godzinę i ostatecznie dotarliśmy na miejsce o 2:30 w nocy, a do pokoju jakieś pół godziny później.

Podsumowując, po 34 godzinach jazdy praktycznie non stop, pokonaliśmy 1300 kilometrów. Gdyby komuś przyszło do głowy jechanie lądem z Chiang Mai do Birmy, lub odwrotnie, życzymy powodzenia i żelaznego tyłka 😉

W skrócie:

  1. Nocleg: Garden Hotel: 15$ za pokój dwuosobowy bez klimatyzacji, łazienka na korytarzu, śniadanie w cenie: tost, jajko szt. 1, kawa/herbata; powinno być 12$, ale taksówkarz wiedząc, że nie mamy rezerwacji zadzwonił do hotelu, zanim dojechaliśmy i doliczył sobie prowizję
  2. Autobus publiczny do mostu U Bein Bridge: 200MMK/os, do złapania na skrzyżowaniu ulic 84tej i 29tej
  3. Autobus z Mandalay do Bago: 12$/os, czas dojazdu: 11h
  4. Pick-up z Bago do Hpa-An: 4,5$/os, czas dojazdu: 6,5h
  5. Taksówka z Hpa-An do Myawaddy: 10$/os, czas dojazdu: ok.5h (wliczając postój na obiad kierowcy)
Mandalay-14

Szczęście i radość po opuszczeniu Birmy

2 Comments

  1. Pchła
    24 sierpnia 2014

    Spieszyliśmy się, ponieważ ruch do i od przejścia na odcinku przy granic odbywa się naprzemiennie, co drugi dzień od i co drugi dzień do granicy. Nie chcieliśmy utknąć gdzieś po drodze w oczekiwaniu na kolejny możliwy termin, zwłaszcza, że Olo nadal nie najlepiej się czuł.

    Reply
  2. Gośka
    24 sierpnia 2014

    dlaczego tak się śpieszyliście? Czegoś nie doczytałam?

    Reply

Komentuj