Kraje

Subiektywnie o Inle

Posted by in Birma | 2 Comments
Subiektywnie o Inle

Pobyt nad jeziorem Inle planowany był głównie ze względu na…samo jezioro. Tak, tak. Kolejne jezioro w ciągu ostatnich tygodni. Ale Inle to zupełnie inne jezioro. To samowystarczalny twór, ikona i niejako symbol Birmy. Z funkcjonującą wokół rozwinięta infrastrukturą turystyczną, oprócz swojej zwyczajnej roli, pełni dumnie rolę lepu na turystów.

Inle stanowi bez wątpienia serce lokalnego życia. Oprócz pływających wiosek, pagód, warsztatów rzemieślniczych i masy turystycznych knajpek, restauracji i sklepików z wszelkiego rodzaju chłamem, zlokalizowane są tu m.in. uprawy warzywne (np. pomidorów!) i kwiatowe (kwiaty lotosu) czy lokalne markety. No i oczywiście to, co wszyscy przyjeżdżają zobaczyć- rybacy, łowiący ryby do wielkich koszy, wspierający się jedną nogą na wiośle. Jezioro zatem żywi lokalną ludność dosłownie i w przenośni 😀

Jednak, żeby oddać sprawiedliwość, turystów nad Inle wcale nie ma aż tylu. Bo w Birmie w ogóle turystów jest mniej, niż w pozostałych krajach regionu. Wybierając się zatem nad Inle, najbardziej turystyczne z turystycznych miejsc kraju, nie spodziewajmy się dzikich tłumów.

Nyaunghshwe

Zatrzymaliśmy się, się w Nyaunghshwe . Miasteczko jest w zasadzie nudne. Szutrowe ulice, niska zabudowa, rozsypujące się domy. Kilka miejsc, gdzie bez strachu można zjeść, a do tego 2 bankomaty i parę zrujnowanych świątyń. Niby nic nadzwyczajnego, można by powiedzieć ”zapadła dziura”. Mimo to, atmosfera, która tu panuje powoduje, że znad Inle nie bardzo chce się wyjeżdżać. Jest spokojnie i cicho. Nikt nigdzie się nie spieszy, a na ulicach witają nas nieśmiałe, serdeczne uśmiechy. Nic tylko rozkoszować się tym spokojem. W planach mieliśmy eksplorowanie okolicy na rowerach. Chcieliśmy dotrzeć do okolicznych wiosek, zobaczyć zachód słońca nad winnicą „Red Mountain Estate” i klasztor na zboczu góry. Plany pokrzyżowała nam niestety pogoda racząc nas obfitymi ulewami. Jednak pomimo deszczu, który tu zastaliśmy, czas minął nam przyjemnie i zdecydowanie za szybko.

Rejs po jeziorze

Na rejs postanowiliśmy wybrać się w pierwszym możliwym terminie. I to była bardzo dobra decyzja, bo jak się później okazało, trafiliśmy na jedyny w miarę pogodny dzień. Wcześniej opracowałam trasę rejsu skupiającą się na południowej części jeziora, czyli tej bardziej odległej. Łódkę wynajęliśmy bez pośredników, przy przystani koło kanału. Niestety sternik łodzi, którą wynajęliśmy nie umiał czytać, a z moim łamanym birmańskim i błędną z pewnością wymową nie doszliśmy do porozumienia. Ledwo udało nam się dogadać cenę i to też dzięki pomocy innych, bardziej obrotnych, rybaków. Pozostało nam zdać się na uśmiechniętego „kapitana” i korzystać z widoków. Nie muszę chyba pisać, że szlag trafił mój alternatywny plan i obskoczyliśmy wszystkie turystyczne highlighty :(

Sama wycieczka łodzią była przyjemna. Byłaby jeszcze przyjemniejsza, gdyby tuż po starcie nie złapała i nie przemoczyła nas gwałtowna ulewa, którą Olo i Michał opłacili 3 dniami w łóżku, z gorączką.

1. Rybacy znad Inle

Rybacy łowiący ryby na jeziorze Inle, jak wspomniałam wcześniej, to jeden z symboli Birmy. Nie da się zaprzeczyć, że ich oryginalny sposób wiosłowania, na stojąco z jedną nogą oplecioną wokół wiosła robi wrażenie. Metoda ta wynika bezpośrednio z warunków panujących na jeziorze. Woda jest mętna i pływa w niej sporo chaszczy, zatem wiosłując rękoma, w pozycji siedzącej nie widzieliby oni naturalnych przeszkód i dna. Za to stojąc na dziobie łodzi już owszem. W czasie, w którym odwiedziliśmy Nyuangshwe rybaków było jak na lekarstwo. Przed wpłynięciem na pełne jezioro w samotnej łodzi stał JEDEN (słownie: JEDEN) smutny, witający turystów rybak i tylko on miał na sobie tradycyjne ubranie, które oczekiwaliśmy zobaczyć…Prawda jest taka, że Ci, których podpatrzyliśmy przy pracy później, w niczym nie przypominali rybaków z plakatów czy okładek przewodników. Na szczęście w drodze powrotnej, tuż przed zachodem słońca, pojawiło się trochę więcej rybaków, ubranych jak należy. Zrehabilitowali się :)

2. Warsztaty tkackie, jubilerskie i wytwórnia papierosów

To miejsca, które z powodzeniem można sobie odpuścić. Przez chwilę wydawało mi się, że jestem już zbyt krytyczna, że może za długo już się szlajam po regionie i byle co nie jest w stanie mnie oczarować, ale jednak to nie to. Wspomniany wyżej chłam ubrany w ramy unikatowych wyrobów w kosmicznie wysokich cenach…cóż, nie zachwyca. Wygrał szalik tkany z włókien lotosu za jedyne 400$! Jedynym plusem tych miejsc jest chwilowy odpoczynek od upału w zacienionych pomieszczeniach warsztatów i porcja powitalnej herbatki, którą witano nas w każdym kolejnym miejscu. Chociaż przy trzeciej miałam już dość 😛

3. Floating Garden

To “atrakcja”, która najbardziej nas zachwyciła. Nieprzerwane połacie upraw warzywnych ciągnące się na jeziorze robią niezłe wrażenie. Ponadto można zobaczyć ludzi pracujących przy zbiorze i pielęgnacji krzaczków pomidorów. To zdecydowanie coś, czego nie można zobaczyć jadąc na wakacje do babci na wieś.

4. Jumping Cats Monastery

Klasztor Skaczących Kotów słynie ze…skaczących kotów. Takie odkrycie 😛 Mnisi, którzy tu rezydują tresują koty, a te na komendy radośnie przeskakują przez trzymane w mnisich rękach obręcze. Tresura ponoć dobywa się w dość brutalny sposób, nie rzadko koty są bite. My zastaliśmy kilka wychudzonych kociąt, śpiących przy miskach z rozgotowanym ryżem, a przystanek zrobiliśmy głównie ze względu na widok na okalające klasztor pływające ogrody warzywne, które zwyczajnie lepiej było widać z wyższego poziomu gruntu, niż z płynącej łodzi.

5. Hpaung Daw Oo Paya

Wewnątrz buddyjskiej świątyni Hpaung Daw Oo Paya znajduje się 5 wizerunków Buddy obłożonych, zgodnie ze zwyczajem, cieniutkimi płatkami złota. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ilość płatków złota dawno już zakryła wizerunki Buddy tworząc coś, co bardziej przypomina niewielkie głazy. Jakie wrażenia z tego miejsca? Tłoczno, tłoczno i masa pamiątek. Właściwie mogliśmy w ogóle się tam nie zatrzymywać. Zwłaszcza, że do samego ołtarzyka ze złotymi „głazami” mogli podejść tylko chłopcy. Kobietom wstęp wzbroniony.

6. Long Neck, czyli kobiety plemienia Karen

Po raz kolejny od razu odpuściliśmy. O przemyśle opartym na tworzeniu ludzkiego zoo pisaliśmy już przy okazji pobytu w Chiang Mai. W tej kwestii nasze poglądy nie zmieniły się i dlatego od razu poprosiliśmy o skierowanie naszej łodzi dalej, bez zatrzymywania się.

Czy to znaczy, że straciliśmy czas? Nie! Warto za to po prostu cieszyć się czasem na łodzi. Podpatrzeć rybaków, ludzi przy ich codziennych obowiązkach, handlarzy z ich towarem załadowanym na łódki, czy dzieci z uśmiechem kąpiące się w wodzie.

Kuchnia stanu Shan

Na osobną wzmiankę zasługuję regionalna kuchnia, bodaj najlepsza w Birmie. Kuchnia stanu Shan charakteryzuje się użyciem mniejszej ilości oleju (ponoć, bo akurat nad Inle tego nie doświadczyliśmy wcinając dania dosłownie skąpane w oleju) oraz brakiem popularnego w Azji sosu rybnego. Jedzenie przygotowywane jest z tego, co aktualnie jest dostępne i opiera się na wykorzystaniu uprawianych w przydomowych ogródkach warzywach, w tym dużej ilości ziół i liści takich jak herbata czy musztarda. No i oczywiście tu, nad Inle, daniem popisowym jest złowiona w jeziorze ryba. Na typową lokalna kolację wybraliśmy się do małej, rodzinnej restauracji, o której pewnie nawet nie mielibyśmy pojęcia, gdyby w okolicach naszego guesthousu nie zaczepił nas jej właściciel proponując, żebyśmy wieczorem zjawili się u niego na pyszne jedzenie. Długo nie musiał nas namawiać, i mimo lekkich obaw, no bo facet pojawia się znikąd, daliśmy się namówić i złamaliśmy pierwszą i podstawową zasadę w Azji- zapłaciliśmy za posiłek z góry. Na szczęście nie trafiliśmy na żadnego oszusta i wieczorem, przy świetle świec i suto zastawionym stole mogliśmy do woli raczyć się lokalnymi smakami. Jedzenia było tyle, że właściwie nie byliśmy w stanie go przejeść. Obok przepysznego smażonego tofu podanego z chilli, masy ryżu, królową wieczoru była Htamin gyin, czyli ryba! Zaryzykuję stwierdzeniem, że była to najlepsza ryba, jaką do tej pory jadłam w Azji. Podana w całości, obłożona marynatą z chilli, kolendry i czegoś, czego nie byłam w stanie zidentyfikować. Całość to nieziemska kombinacja smaków. Jednak hitem okazałą się sałatka ze sfermentowanych liści herbaty! Polecam do spróbowania! Czy odpuściłabym sobie pobyt nad Inle wiedząc to wszystko, co wiem teraz? Z pewnością nie. Ale przyznam, że spodziewałam się czegoś więcej. Okolica jest piękna, ludzie mili, otwarci i serdeczni. Inle zdecydowanie broni się na zdjęciach :) Zapraszam do galerii!

W skrócie:

  1. Kolacja w stylu Shan: Mee Nge’s Gardenia, 5000 MMK/os,
  2. Łódź: 4500 MMK/os Wypożyczenie roweru: 1500MMK/os

2 Comments

  1. olgierd
    21 sierpnia 2014

    super relacja,a zdjecia naprawde wymiataja!

    Reply
    • Pchła
      21 sierpnia 2014

      Dzięki Olgierd! Nie chcieliśmy za bardzo zniechęcać, bo mimo wszystko nam się na prawdę podobało!

      Reply

Komentuj