Kraje

W podskokach nad Inle

W podskokach nad Inle

Zanim zacznę piać peany i rozpisywać się nad pięknem birmańskich krajobrazów  i o tym, jak z Rangunu dojechaliśmy przez Thazi aż nad jezioro Inle, uprzedzam: nasze zdania co do Birmy są wyraźnie podzielone. Ja się zakochałam, Olo od pewnego momentu odliczał dni do końca. W związku z tym uznaliśmy, że to właśnie ja napiszę na blogu o tym, co widzieliśmy, bo raczej nie chcecie czytać czemu nie było fajnie? Chociaż, chyba dla równowagi i o tym wspomnę.

But first things first…

Z całego pobytu nad Inle najbardziej podobał nam się…pociąg, którym nad Inle dojechaliśmy 😀

Sam proces zakupu biletu budzi uśmiech na mojej buzi. Zawód kasjera w dworcowej kasie jest z pewnością zawodem w Birmie bardzo poważanym, no bo po pierwsze bilet wypisuje się ręcznie przy uprzednim dokładnym sprawdzeniu dokumentu tożsamości i dotyczy to zarówno Birmańczyków, jak i turystów. Nasz bilet został wypisany z najwyższą starannością z zapisanymi przy naszych nazwiskach numerami paszportów!

Po drugie, obraca się poważnymi kwotami. W końcu jeden bilet kosztuje dobrych kilka tysięcy…kyatów. Czyli w przeliczeniu, kilka dolarów. Ale pliczek banknotów, który wręczyliśmy w zamian za bilet był grubaśny, mimo, że kwota nie zwala z nóg.

No a poza tym kasjera obowiązuje dumnie prezentujący się uniform składający się wykrochmalonej na sztorc białej koszuli oraz lungi, czyli przewiązanego w pasie materiału, tkanego w charakterystyczny wzór, które wygląda jak prowizorycznie zawinięte damskie plażowe pareo, bądź ręcznik po kąpieli 😀 To tak, żeby przedstawić to w miarę obrazowo.

No i nie zapominajmy, że w instytucjach użyteczności publicznej głośno krzyczą zewsząd znaki typu „warmly welcome tourist” czy „may I help you”, znaczy się, że jakoś dogadamy się po angielsku :) Zatem kupiliśmy nasze bilety bez żadnych problemów.

Sam pociąg jest przeżyciem, które zdecydowanie warto sobie zafundować. Na trasie, która nas interesowała nie było już dostępnych miejsc do spania, pozostało nam zadowolić się czterema siedzącymi, ale za to w lepszym standardzie. Każde z nas miało swój indywidualny, miękki fotel z odchylanym oparciem. Klasa!

Zjawiliśmy się na dworcu grubo przed odjazdem pociągu, dla pewności, że nic nie przegapimy. O odpowiedniej godzinie, tj. jakieś 30 min przed odjazdem zostaliśmy poproszeni (serio!) przez miłego pana, który wskazał nam nasz wagon, o zajęcie miejsc i cieszenie się jazdą. Na peronie, jak to przed odjazdem pociągu, był lekki harmider. Ludzie szukali swoich wagonów, sprawdzali bilety i targali gigantyczne bagaże (skądś już to znamy ;). Przez nasz wagon co chwilę przechodził jakiś sprzedawca z koszem, a to z wodą, z piwem, z jajkami na twardo, gotowaną kukurydzą, ryżem, czy z owocami. Każdy zachwalał swój towar i sugestywnie próbował przekonać nas do zakupu.

Zabawa zaczęła się dopiero jak pociąg ruszył. Nie osiągnęliśmy zawrotnej prędkości. Powiedziałabym wręcz, że pociąg zwyczajni się wlókł. To wyjaśnia, czemu jedzie prawie dwa razy dłużej, niż autobus na tej samej trasie 😀 Ilość sprzedawców stopniowo rosła z każda kolejną stacją.

Za oknem wyłoniły się przedmieścia Rangunu, ubogie i proste konstrukcje z bambusa i wszystkiego, co udało się znaleźć. Stopniowo robiło się coraz bardziej zielono, aż miejski krajobraz całkowicie ustąpił miejsca zielonym bezkresnym polom. Pociąg przyspieszył i tu nastąpiła kulminacja wrażeń. Gnające po nierównych torach wagony latały na boki, a my razem z nimi. Chwilę później oprócz ruchu w płaszczyźnie poziomej doszło przemieszczenie w pionie. Nawet ja, a jestem dość niska, stojąc podskakiwałam aż pod sufit, uderzając o niego głową. Telepało jak w wesołym miasteczku. Szybko przykuliśmy uwagę współpasażerów: biali, wysocy (oczywiście oprócz mnie), budziliśmy nieskrywany śmiech. W takich warunkach o 3:00 w nocy dojechaliśmy do Thazi. Tu powtórzyliśmy cały cyrk z zakupem biletów. Tym razem zostaliśmy, poza kolejką, zaproszeni do pomieszczenia kasjerów, gdzie z całym tym namaszczeniem wypisano nam kolejne bilety, już bezpośrednio do Nyaungshwe. O ile już wjeżdżając do Myawaddy poczuliśmy się, jakbyśmy cofnęli się w czasie, tak wychodząc na stacji kolejowej w Thazi nie mieliśmy już żadnych wątpliwości. W pokoju kasjerów od razu przypomniały się obrazy niczym z „Lalki”. Stare drewniane meble i wielka drewniana szafa z biletami, jakie pamiętam z czasów najwcześniejszego dzieciństwa, wiecie, takie kartoniki z dziurką. Tuż przy wejściu na dworzec stał rządek zaparkowanych, jednokonnych, jednoosiowych bryczek i kilka rowerów, pamiętających chyba czasy sprzed rewolucji przemysłowej.

W pobliskiej karczmie (pozostanę wierna nazewnictwu, żeby oddać klimat), z prowizorycznym piecem węglowym (!!!) kupiliśmy przepyszne, smażone samosy, nadziewane curry z ziemniakami. Czas jakoś nam w końcu zleciał. Kolejny pociąg nie był już tak komfortowy. Trafiły nam się drewniane ławki i wagon a la „stodoła”. Za to widoki zrekompensowały niewygodę. Udało nam się nawet trochę pospać.

Nad Inle dotarliśmy stosunkowo wypoczęci. Humory popsuł nam tylko nieznacznie strażnik przy wjeździe do miasteczka. O tym, że będziemy musieli zapłacić po 10$ czytaliśmy wcześniej, o tym, że opłata nie jest konieczna również czytaliśmy. Próbując dowiedzieć się, czy rzeczywiście musimy te nieszczęsne bilety nabyć usłyszeliśmy (dosłownie) „albo płacicie, albo wypierdalać”. Czar na chwilę prysł. Ostatecznie nie daliśmy się jednak zbić z tropu, nie po to jechaliśmy taki kawał drogi, grzecznie zapłaciliśmy i trzymając dumnie w ręce bzdurne bilety wjechaliśmy do Nyaungshwe.

W skrócie:

  1. Bilet kolejowy z Yangonu do Thazi: 7350MMK (ok. 7,35$), czas dojazdu: 12h
  2. Bilet kolejowy z Thazi do Nyaungshwe: 3000MMK (ok. 3$), czas dojazdu: 11,5h
  3. Taksówka z dworca do miasteczka: 2000MMK/os (ok. 2$), czas dojazdu: ok 15 min
  4. Opłata za wjazd do strefy jeziora Inle: 10$/os (ważna 7 dni od daty wystawienia)
  5. Nocleg: Gypsy Inn, 12$ za pokój dwuosobowy z łazienką na korytarzu i śniadaniem w cenie (omlet/jajecznica/jajko sadzone,2 tosty, owoce, sok i kawa/herbata)

 

 

 

 

 

 

 

7 Comments

  1. szpawel
    20 sierpnia 2014

    Spoko loko, a gdzie Inle ?

    Reply
    • Pchła
      21 sierpnia 2014

      Inle następne w kolejce 😉

      Reply
      • szpawel
        21 sierpnia 2014

        Lecz gdzie jest sama recenzja Inle ? to się załamałem długością dojazdu… prawie 50 godzin… Muszę obczaić trasę przez Chiang Mai

        Reply
        • Pchła
          21 sierpnia 2014

          Paweł, to zależy skąd chcesz jechać. My wracaliśmy właśnie do Chiang Mai, tyle że z Mandalay i z pominięciem pociągów. Łączny czas dojazdu 34h (wliczając szukanie pick-upów, czekanie na autobusy etc). A recenzja Inle właśnie się robi, dziś deszczowy dzień, w sam raz 😀

          Reply
          • szpawel
            21 sierpnia 2014

            Boję się że nadchodzące 3,5 tygodnia będzie za mało :/ sam dojazd z Bkk mnie dobije… a samolot to zło… Znajdę nową drogę :)

          • Pchła
            21 sierpnia 2014

            Samolot to zło! Ale czasem nie da się inaczej, jak czasu mało :/ Ale 3,5 tygodnia to sporo, wiesz sam, że to kwestia organizacji 😉 Ale szukaj, szukaj, może w międzyczasie otworzą kolejne przejście graniczne 😀
            p.s. 3,5 tygodnia planujesz tylko na Birmę czy coś jeszcze?

          • szpawel
            21 sierpnia 2014

            Birma + Południe Tajlandii jakieś 3-4 wyspy.

Komentuj