Kraje

Lądem do Birmy

Posted by in Birma | 10 Comments
Lądem do Birmy

Zostawiliśmy za sobą Sumatrę z wielkim niedosytem. Jedno jest pewne, Indonezja to zbyt duży kraj, żeby „obskoczyć” go w ramach 30-dniowej wizy. Poza tym została nam jeszcze reszta indonezyjskich wysp. Zatem- jeszcze tam wrócimy!
Obraliśmy nowy kierunek: Birma! I postawiliśmy sobie dość ambitne zadanie: dostaniemy się lądem do Birmy!

Z Birmą sprawa jest dość ciekawa. Mianowicie dlatego, że od zeszłego roku można dostać się do Rangunu drogą lądową, co wcześniej nie było możliwe. W grę wchodził tylko samolot. W to nam graj! Z dwóch opcji oczywiście wybraliśmy tą pierwszą 😉 W końcu to właśnie o to podróżowanie chodzi cały czas :) Po drodze zgarnęliśmy Michała, który przyjechał na urlop i Kazika, który za to zostanie z nami na dłużej 😉

Zjawiliśmy się w Bangkoku bladym świtem i z dworca autobusowego od razu ruszyliśmy pod birmańską ambasadę. Przed drzwiami stanęliśmy punkt 7:00…i wcale nie byliśmy pierwsi w kolejce! Do otwarcia zostały 2,5h, a kolejka z każdą kolejną minutą powiększała się o kilka kolejnych osób wydłużających łańcuszek.

Kwestia wyrobienia wizy okazałą się dużo prostsza, niż nam się wydawało. Przy wcześniejszych rozmowach z ludźmi, którzy z Birmy już wrócili słyszeliśmy, że ciężko jest dostać wizę w tym samy dniu, w którym składa się wniosek i że koniecznie trzeba przedstawić bilet lotniczy, że może jak się ładnie uśmiechniemy, to wiza będzie przyznana szybciej, ale nic pewnego nikt nie był w stanie powiedzieć. Rzeczywistość zaskoczyła nas bardzo pozytywnie. Wnioski, jako że w kolejce byliśmy drudzy, złożyliśmy błyskiem z zastrzeżeniem, że zależy nam na czasie. Na wnioskach pojawiło się „EXPRESS” nasmarowane przez panią w okienku. I tyle. Przed dokonaniem płatności upewniliśmy, czy wizy będą gotowe tego samego dnia. „Tak, będą. 15:30 do odbioru”. Super! Obalamy zatem mit związany z birmańską wizą: wyrabiając wizę do Birmy w Bangkoku, w chwili obecnej, sami wskazujemy termin odbioru. Birmańczycy szybko podpatrzyli praktyki sąsiadów. Wszystko jest w końcu kwestią pieniędzy, a jak można więcej zarobić, to czemu nie? 😉

Wiza ekspresowa kosztowała nas 1260 THB (czyli jakieś 126zł). Wybierając opcję z odbiorem na drugi dzień cena spada do 1035 THB, a z odbiorem w ciągu 2 dni roboczych- 810 THB.

W ten prosty sposób popołudniu byliśmy już z powrotem w posiadaniu paszportów. Pozostało nam tylko dostać się do granicy J

Jak wspomniałam na początku, od zeszłego roku możliwe jest lądowe przekraczanie granicy z Birmą. W sumie na 4 przejściach granicznych:

  1. Mae Sot/Myawaddy
  2. Mae Sai/Tachileik (z tego przejścia korzystaliśmy w ramach odnawiania wizy tajskiej robiąc tzw. „visa run”)
  3. Ranong/Kawthaung
  4. Phunaron /Htee Kee

Myk polega na tym, że jedynie przekraczając granicę w Mae Sot/Myawaddy można dojechać do Rangunu, bez konieczności pokonania części trasy samolotem.

Niestety Birma w dalszym ciągu pozostaje krajem nie do końca dostępnym dla turystów i wiele dróg i szlaków wymaga albo specjalnego zezwolenia albo jest wręcz dla turystów zamkniętych.

Pognaliśmy zatem z powrotem na dworzec szukać autobusu. Poruszając się po Tajlandii do tej pory staraliśmy się, kiedy było to możliwe, wybierać krajowego przewoźnika- www.transport.co.th. Głównie ze względów bezpieczeństwa. Olo wyczytał gdzieś, że to jedna z niewielu firm, o ile nie jedyna, która przestrzega czasu pracy kierowców, dba o stan techniczny autobusów, a poza tym jeżdżą nim głównie Tajowie. Turyści zazwyczaj decydują się na prywatnych przewoźników. To zwiększa nasze szanse na bilet na ten sam dzień. Faktycznie, po przybycie na dworzec, bez problemu kupiliśmy bilety do Mae Sot za jedyne 333 THB/os na 22:00. Planowany czas dojazdu: 7h, rzeczywisty czas dojazdu: 9,5h. W środku nocy bowiem obudził nas huk podobny do odgłosu pękającej opony. Autobusem tylko lekko szarpnęło, ale wszyscy musieliśmy wysiąść, żeby kierowca mógł ocenić, co dokładnie się stało. Zdążyłam tylko zobaczyć Olka i Kazika biegnących w czarną noc i krzyczących, że uderzył w nas wyjeżdżający z bocznej drogi samochód osobowy. Faktycznie środkowe drzwi wejściowe do autobusu były lekko wgniecione. Nam nic się nie stało, osobówka- do kasacji. Chłopaki szybko stali się bohaterami akcji, jako że oprócz nich, zainteresowany stanem kierowcy osobówki był tylko kierowca autobusu. Reszta pasażerów stała na poboczu paląc papierosy i czekając nie wiadomo na co. We mnie za to rosła duma z polskiej postawy obywatelskiej. Oczyma wyobraźni widziałam już nagłówki w lokalnej prasie „Dwóch białasów uratowało kierowcę ze zmiażdżonego samochodu” 😉 Całe szczęście nikt poważnie nie ucierpiał, ale mimo wszystko musieliśmy czekać na policję no i na nowy autobus. Stąd opóźnienie.

Przejście graniczne Mae Sot/Myawaddy do bólu przypomniało nam to, co widzieliśmy robiąc „visa run”. Nawet brama i most wyglądały prawie identycznie. Zostawiając za sobą Tajlandię przenieśliśmy się w czasie. Myawaddy obudziło wspomnienia z Poipet. Brak brukowanych i asfaltowych ulic, krowy szwendające się poboczem, błoto, ludzie w poobdzieranych ciuchach, watahy bezpańskich psów i mnóstwo naganiaczy próbujących wcisnąć nam taksówkę do Rangunu za masę kasy. Taki widać urok tych przygranicznych mieścin. Na szczęście znaleźliśmy autobus (10$/os), zanim frustracja narosła w nas w po brzegi. Co prawda odbiegał on komfortem znacznie od tego, który dowiózł nas do granicy, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że udało się cokolwiek znaleźć. Z każdym kilometrem oddalającym nas od granicy, coraz bardziej nie mogliśmy się doczekać, aż wreszcie dojedziemy na miejsce. Powoli wychodziło już nas zmęczenie.

Ruch do i z Myawaddy odbywa się naprzemiennie. Droga jest wąska, wyboista i w bardzo kiepskim stanie, zdarzają się spore ubytki w nawierzchni lub jej całkowity brak, do tego prowadzi przez góry. Dlatego właśnie ruch puszczany jest jednego dnia od granicy, następnego do granicy.  W nieparzysty dzień naszego przyjazdu, w lipcu, autobus jechał DO Rangunu.

Ponoć w planach jest poszerzenie drogi wraz z położeniem nowej nawierzchni, żeby usprawnić transport na tym odcinku. Inwestycja na koszt Tajlandii, oczywiście 😉

Tuż za miasteczkiem zaczynają się nieziemskie widoki, prawie jak te w Laosie. Góry, dżungla, szałasy zbite z blachy falistej lub wręcz z patyków. Cały odcinek, aż do Kawkareik jest kontrolowany przez rząd i wojsko. Minęliśmy kilka prowizorycznych posterunków z drutem kolczastym i zasiekami, kierowca wręczył odliczoną kwotę za przejazd i podał kserokopie naszych paszportów. Nas legitymowano za każdym razem, notując coś w papierach.

Mijaliśmy biedne wioski i brudnych ludzi. Dla Michała i Kazika to był pierwszy azjatycki szok. Najbardziej jednak zaskoczył nas widok 14-letnich, na oko, wyrostków w podartych jeansach i spranych t-shirtach, z surowymi minami, zębami czerwonymi od betelu i z M16 w rękach… lub czymś wyglądającym podobnie. Dla mnie to był „kałach” lub inna jaka „szczelba”, ale chłopaki mówią, że nie. Jako kobieta mam prawo się nie znać :)

Po 12,5h dojechaliśmy do Rangunu. W samym mieście spędziliśmy zaledwie jeden dzień, o jeden za długo. Miasto od razu skojarzyło nam się Phnom Penh. Bród, smród i ubóstwo, jak to mówi moja mama. Za to ludzie serdeczni i uśmiechnięci, straszący tymi czerwonymi zębami.

Odespaliśmy wcześniejszą podróż, kupiliśmy bilety na pociąg w stronę jeziora Inle i trochę posnuliśmy się po mieście. Kolejnego dnia popołudniu pożegnaliśmy skąpany deszczem Rangun i wsiedliśmy do pociągu. Czekały nas kolejne 24h w podróży.

W skrócie:

  1. Koszt wizy do Birmy: 1260 THB, czas wyrobienia: 1 dzień
  2. Autobus z Bangkoku do Mae Sot: 333 THB, czas dojazdu: 9,5h
  3. Songtaew z dworca do przejścia granicznego: 20THB, czas dojazdu: 5 min
  4. Czas spędzony na przejściu granicznym: ok 30 min na całą czwórkę
  5. Autobus do Rangunu, kursujący naprzemiennie: 10$ (plus 1$ prowizji dla naganiacza :/), czas dojazdu do Rangunu: 12,5h
  6. Najtańszy nocleg jaki znaleźliśmy w Rangunie: Mahabandoola Guest House, 12$ za pokój dwuosobowy z łazienką na korytarzu (technicznie rzecz biorąc za norę tudzież melinę, póki co drugie miejsce w naszym prywatnym rankingu najbardziej obskurnych miejsc, w których spaliśmy)
  7. Podsumowując: wszystko w granicach rozsądku 😉

10 Comments

  1. Karolina
    24 stycznia 2019

    Cześć!
    Daje znać że na chwile obecną wizy do Birmy wyrabiane w Bangkoku kosztują 1600 BTH (bez expressu, oczekiwanie 2-3dni) czyli tyle samo co e-visa:)

    Reply
  2. Marcin
    18 stycznia 2017

    A czy przekraczaliście granicę z Birmą przez Mae Sai ? Czy wjeżdżając do Birmy w tamtym miejscu, są jakieś opcje dojazdu autobusami w głąb kraju?

    Reply
    • Jo Gasieniec
      20 stycznia 2017

      Marcin, w Mae Sai robiliśmy wielokrotnie visa run. O ile nic nie zmieniło się od tego czasu, to niestety opcji dostania się w głąb lądu, drogą lądową, nie ma.

      Reply
  3. Eastwego
    19 października 2015

    Hej! a ja mam pytanie. Pytali was na granicy o to jak opuscicie kraj? o jakies bilety powrotne czy cos?

    Pozdrawiam,

    Magda

    Reply
    • Jo Gasieniec
      19 października 2015

      Hej :) Nie, nikt o nic nie pytał. Nikt nic nie sprawdzał, daliśmy tylko paszporty do sprawdzenia, looknęli na wizy, wbili pieczątki i tyle :) Przecież teraz, jak otwarte jest przejście lądowe, zawsze możesz z Birmy po prostu wyjechać, nie musisz wylatywać :)

      Reply
  4. EmDżej
    17 sierpnia 2014

    Zgadzam się z Asią, że to był azjatycki szok. Wiele obrazków zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Zresztą pierwszy pobyt w ogóle w Azji to chyba jest szok dla każdego. Chcąc wtrącić swoje trzy grosze – mam dwa spostrzeżenia osoby która prost z Birmy wylądowała na Okęciu:
    1. Zdałem sobie sprawę z tego, że przez 3 tygodnie w Azji nikt o nic nie poprosił mnie na ulicy. Jak wyszedłem z lotniska w Warszawie od razu pojawił się Pan z pytaniem:)
    2. Polska to na prawdę kraj miodem i mlekiem płynący…

    Reply
    • Gośka
      18 sierpnia 2014

      EmDżej – szczególnie 2 spostrzeżenie bardzo mi się podoba! :)

      Reply
    • Pchła
      21 sierpnia 2014

      EmDżej, zgadza się! Dobrze wiemy oboje, że w tej naszej Polszy wcale tak źle nie jest 😉 A każdego, komu wydaje się inaczej, zapraszam tutaj! :)

      Reply
  5. Gośka
    14 sierpnia 2014

    Niesamowita egzotyka dla mnie… Mam 2 pytania:
    a. na zdjęciu 14 widzę siedzących ludzi na… mini-krzesełkach… czy to tylko złudzenie czy faktycznie te krzesełka są jak dla dzieci?
    b. zdjęcie 32 (druga strona Rangunu) – co to jest?

    Pozdrawiam

    Reply
    • Pchła
      15 sierpnia 2014

      Tak! Te krzesełka są w rzeczywistości takie niskie! Spotkaliśmy się z tym też w innych krajach regionu. Nie wiem skąd to upodobanie, bo z wygodą ma niewiele wspólnego 😉 A kolejnym zdjęciu chcieliśmy uchwycić stertę śmieci, które udało się wypatrzeć w bocznej uliczce, takiej schowanej przed turystami 😉 Ilość śmieci zwaliła nas z nóg :/

      Reply

Komentuj