Kraje

O tym jak nie weszliśmy na Marapi

O tym jak nie weszliśmy na Marapi

Indonezja słynie z wulkanów, nam niestety do tej pory nie było dane się o tym przekonać. Kolejnych kilka dni po wyjeździe z Samosiru spędziliśmy w Maninjau. Miejsce wybraliśmy głównie ze względu na bliskie sąsiedztwo wulkanu Marapi, na który strasznie chciałam wejść przed wschodem słońca, żeby podziwiać panoramę okolicznych szczytów skąpanych porannym światłem. Trekkingi na Marapi, czyli „Górę Ognia”, są w tej okolicy jedną z głównych atrakcji. Mocne wrażenia zapewnia fakt, że Marapi jest nadal jednym z najbardziej aktywnych wulkanów Indonezji.

Pisać niestety nie za dużo nie ma co. Moja kostka nie zdążyła na tyle dojść do siebie, żebym bez kuśtykania mogła wspiąć się na szczyt. Ale na szczęści niedaleko znalazło się kolejne, przepiękne jezioro i tam „utknęliśmy” na kolejnych kilka dni. Maninjau jest jeziorem wulkanicznym (oczywiście:P), które powstało po wielkiej erupcji wulkanu Maninjau blisko 50 tys. lat temu. Jezioro nie jest duże, ma 17km długości i zaledwie 8km szerokości, można zatem spokojnie objechać je na rowerze czy skuterze. Co prawda przyjechaliśmy z innym planem, ale szybko dostosowaliśmy się do nowej sytuacji. A ponieważ zbyt długie chodzenie przestało być opcją, pozostał stary, sprawdzony skuter i tylko trochę żalu, że góry i wulkany muszą poczekać. Korzystając zatem z najpopularniejszego w Azji środka transportu objechaliśmy jezioro Maninjau dookoła, czując się jak w Parku Jurajskim. Trasa jest malownicza i prowadzi pośród pól ryżowych, prostych domów, gospodarstw i meczetów, tuż obok otaczających jezioro wzgórz i wysokiej ściany krateru. Oddaliśmy się podziwianiu widoków, podglądaliśmy lokalne życie, a ja z pasją obfotografowałam suszące się koło drogi wszystkie możliwe przyprawy :)

Komentuj