Kraje

Wino, kobiety i śpiew!

Wino, kobiety i śpiew!

Wymuszony dłuższy pobyt na Samosirze zaowocował masą zdjęć. No bo coś przecież trzeba robić, najlepiej coś, co nie wymaga angażowania za bardzo mojej stopy. Walcząc więc z tą wyznaczoną przez moją obolała stopę monotonią pozwoliliśmy sobie na jedyną możliwą aktywność- postanowiliśmy eksplorować wyspę na motorze, z aparatem w łapkach.

Samosir to największa na świecie wyspa na wyspie :) Do tego położona na największym na świecie jeziorze wulkanicznym. Mieszkańcy Samosiru to dumni z własnej odrębności przedstawiciele plemienia Batak. W większości są katolikami, jednak do dnia dzisiejszego pielęgnują również własne wierzenia i tradycje. Plemię to jeszcze w XIXw kultywowało kanibalizm! Na wyspie pełno jest śladów ich bytności. W oddalonym od Tuk Tuk ok 5km Tomok zobaczyć można grobowiec króla Sidabutar z niesamowitymi rzeźbami i charakterystycznymi zdobieniami. Niedaleko Tuk Tuk znajduje się także krąg kamiennych krzeseł w wiosce Ambarita. Było to miejsce spotkań króla i starszyzny plemiennej, podczas których sądzono przestępców i wrogów, by później poddać ich torturom i pozbawić głowy na kamiennym stole. Ponadto na wyspie pełno jest pól ryżowych, poszarpanych wulkanicznych wzgórz, charakterystycznych grobowców stawianych przy drogach, domach i na polach oraz domów Batak w kształcie łodzi.

Samosir to bardzo radosne miejsce. I wiem, że można tak na pisać o prawie każdym miejscu w Azji Południowo-Wschodniej. Ale tu jakoś tak bardziej dało się to odczuć. Może przez wyjątkowo serdeczne usposobienie mieszkańców zadziwiająco kontrastujące z tym, co zastaliśmy w Siantar? A może przez dobiegającą wieczorem muzykę, wygrywaną na gitarach połączoną ze śpiewem piosenek w języku Batak.

Któregoś wieczoru spod sklepu obok nas usłyszeliśmy dobrze już znaną nam melodię. Podeszliśmy bliżej i zostaliśmy zaproszeni, żeby się przysiąść. Dla mnie znalazło się nawet krzesło 😉 Po kilku dniach w Tuk Tuk znali nas już wszyscy, a ze sporą częścią osób rozmawialiśmy w ciągu ostatnich dni chociaż raz. Rozpoznaliśmy zatem wśród biesiadujących kilka znajomych twarzy.

Następnie przed nami stanęła szklanka czegoś, co wyglądało jak lekko rozcieńczone mleko. Swoją drogą, widziałam już wieczorami facetów siedzących pod knajpami czy sklepami ze szklaneczkami z tym niby mlekiem i zachodziłam w głowę, po co oni to piją. Piwa by się napili, a nie mleka.

Szybko rozwiano moje wątpliwości. Napój okazał się być świeżym winem palmowym i jednocześnie najtańszym dostępnym alkoholem (jedyne 3000 IDR za szklankę). Wino zbiera się każdego dnia około 16:00 z wcześniej naciętych niekwitnących jeszcze kwiatów palmy kokosowej. Nadaje się ono do spożycia tylko tego samego dnia, ponieważ z każdą kolejną godziną nabiera na mocy, a przechowane do rana traci smak, za to mocą zbliża się do przeciętnej wódki.

Nie powiem, czułam się trochę dziwnie, paląc z nimi indonezyjskie goździkowe papierosy Kretek, którymi co chwilę ktoś mnie częstował i wychylając kolejną szklaneczkę wina. W międzyczasie bowiem panowie wytłumaczyli, że w ich kulturze kobieta zajmuje się pracą na polu, rodzeniem dzieci i prowadzeniem domu. Na każdy rok małżeństwa powinna urodzić co najmniej jedno dziecko 😉 Nie wolno im ani palić, ani tym bardziej pić. Za to mężczyźni, po ciężkim dniu, w ramach odpoczynku spotykają się żeby pośpiewać i odprężyć się przy winie palmowym. Na szczęście chłopakom absolutnie nie przeszkadzało moje towarzystwo. Muzyka grana na gitarach nie cichła, śpiewaliśmy razem, rozmawialiśmy o polityce (Indonezja właśnie wybrała nowego prezydenta), o kulturze, religii, o Indonezji i o Europie. Co ciekawe, większość z nich odwiedziła Europę i to kilka razy, a w młodości wiązali się z Europejkami. To tłumaczy ich znakomity angielski, ale też w kilku przypadkach niemiecki, francuski czy fiński! Z rozrzewnieniem wspominali te czasy swojej młodości, podróże i miłostki, puentując zgodnie, że Europejki są świetne do zabawy, ale do żeniaczki nadają się tylko Indonezyjki. Nie zaskoczyło mnie, skoro zajmują się ciężką pracą i rodzeniem dzieci. Z Europejkami to już nie tak łatwo 😉

Udało się prawie załatwić przedłużenie 30-dniowej wizy od ręki, bo jeden z naszych nowych znajomych przedstawił się jako urzędnik imigracyjny i po kolejnej szklance zaproponował, że możemy to przedłużenie dostać, jeśli mamy przy sobie paszporty 😀

Impreza i śpiewy trwały dopóki nie dopito ostatnich łyków wina palmowego i wszyscy leniwie rozeszli się w swoją stronę.

Tym razem chcieliśmy, żebyście i Wy poczuli ten niesamowity klimat. Dlatego zamiast galerii pod wpisem, zdjęcia prezentujemy w formie photocastu z muzyką Batak, która nam nieprzerwanie gra w duszach. Co ciekawe, gdybyście zapytali Bataków co by woleli: być bogatymi czy umieć śpiewać, każdy bez wahania wybierze to drugie. Bo muzyka i śpiew dają radość. Zawsze i bez wyjątku. Zapraszamy do posłuchania!

5 Comments

  1. WallViews
    13 listopada 2018

    Cudownie! :)

    Reply
  2. Mój blog o Gran Canarii
    31 lipca 2014

    Ach… Tylko pozazdrościć!

    Reply
    • Pchła
      3 sierpnia 2014

      :) Nie ma co zazdrościć, tylko planować wyjazd 😉

      Reply
  3. Gośka
    16 lipca 2014

    FANTASTYCZNE!!!!!!!! Przy tak radosnej muzyce od razu chce się tańczyć! Dziękuję!

    Reply
    • Pchła
      16 lipca 2014

      Dziękujemy również 😉 Chcieliśmy chociaż trochę oddać ten klimat:) A ta muzyka ma to do siebie, że jak już raz wpadnie w ucho, to nie przestaje chodzić po głowie :) Miłego dnia życzymy :)

      Reply

Komentuj