Kraje

Wakacje nad jeziorem

Posted by in Indonezja | One Comment
Wakacje nad jeziorem

Po krótkiej wizycie w raju utraconym (Langkawi) wsiedliśmy w samolot i udaliśmy się na spotkanie z Indonezją. Bilet, kupiony kilka dni przed lotem, kosztował nas 105zł. Za tą kwotę dotarliśmy z Penang do Medanu na pokładzie małego samolotu ATR należącego do taniej linii lotniczej FireFly. Prócz nas leciało dosłownie 15 osób. Liczyliśmy kilka razy, bo ciężko nam było w to uwierzyć. Serwis okazał się jednak ponadprzeciętny, bo w trakcie trwającego zaledwie 50 minut lotu dostaliśmy sok z mango i ciasto.

Medan całkowicie pominęliśmy i skierowaliśmy się prosto do Bukit Lawang na spotkanie z orangutanami.

Następny celem było jezioro Toba. Kilka tygodni przed lotem do Indonezji zgadaliśmy się przypadkiem z jednym z chłopaków z Finlandii, którego poznaliśmy całe 7 miesięcy wcześniej w trakcie podróży do Laosu. Okazało się, że razem ze znajomymi planuje wizytę na Sumatrze praktycznie w tym samym terminie, co my. Umówiliśmy się więc na spotkanie nad jeziorem Toba, na wyspie Samosir.

Pierwszy raz, od kiedy wyszliśmy z domu, zdecydowaliśmy się na zorganizowany transport dla turystów, pomiędzy Bukit Lawang, a Parapat, nad brzegiem jeziora Toba. Kupiliśmy bilety na tak zwany „tourist bus”, bo zależało nam na czasie ze względu na zbliżające się spotkanie. Śmialiśmy się, że pewnie przyjedzie jakiś rozpadający się autobus, który zepsuje się po drodze 10 razy albo będą nas przesadzać do innego co 50 kilometrów. Ciężko opisać jak wielkie było nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że „tourist bus” to nic innego, jak minivan. Ot, taki zwykły, z 7 miejscami. Dosłownie, jak nasz świętej pamięci Odyseusz, którego kupiliśmy w Nowej Zelandii. W trasę ruszyliśmy więc z czterema innymi osobami na pokładzie. Brzmi, jak wygodny sposób podróżowania, ale nic bardziej mylnego. Nie dość, że było drogo, to jeszcze było ciasno. W końcu ciężko upchnąć bagaż sześciu osób z tyłu. Część z niego jechała więc w środku, przez co miejsca na nogi było mniej, niż w bardzo tanich liniach lotniczych. No nic, trzeba było jakoś przecierpieć, w końcu czas grał kluczową rolę, a bezpośrednich, publicznych autobusów z Bukit Lawang do Parapt nie było w ogóle.

Ostatecznie całą trasę, czyli zawrotne 290 kilometrów, pokonaliśmy w przerażające 8 godzin. Niestety stan dróg na Sumatrze przypomina to, co pamiętamy z Kambodży i Laosu. Nawierzchnia kończy się nieoczekiwanie za zakrętem i nagle wszystkie samochody zamieniają się w terenowe z napędem na cztery koła, lawirując powoli pomiędzy wielkimi, jak kratery dziurami w drodze z ubitej ziemi, starając się nie oberwać tłumika i nie uszkodzić miski olejowej. Do tego w okolicy Medanu jest potworny korek. Nic zresztą dziwnego, że wszyscy jadą akurat tą drogą. Innej po prostu nie ma.

Po południu docieramy wreszcie do Parapat. Zjeżdżając w dół, z gór otaczających jezioro Toba, naszym oczom ukazuje się widok rodem, jak z Nowej Zelandii. Przecieramy oczy i zdumieni wpatrujemy się w czystą wodę i wyrastające z niej góry. Sceneria bardzo przypomina to, co widzieliśmy na Półwyspie Banksa, w okolicach Akaroa. Aż ciężko uwierzyć, że to Azja. Może dlatego, że woda w jeziorze nie przypomina zupy ze śmieci.

Jezioro jest potężne – ma około 100 kilometrów długości i jakieś 30 szerokości. Znajdująca się na nim wyspa Samosir jest większa od Singapuru. Z Parapat łatwo można się na nią dostać kursującym praktycznie co godzinę promem za 10000 rupii (ok. 2,50zł).

Na miejsce docieramy już po zachodzie słońca. Na wyspie panuje absolutna ciemność. Po chwili okazuje się, że to ze względu na jedną z licznych przerw w dostawie prądu. Nic nadzwyczajnego, czasem po prostu nie ma prądu przez pół dnia, albo i cały dzień…

Spotykamy się z naszym znajomym i jego grupą i razem udajemy się na kolację, świecąc po drodze latarkami. Grillowaną rybę wcinamy w świetle świec, w małej knajpce nieopodal. Nie zanosi się na to, że prąd „wróci” jeszcze tego samego dnia.

Na następny dzień rano nie możemy uwierzyć, że znajdujemy się w tak malowniczym miejscu. Dzień wcześniej, zmęczeni po podróży, jakoś przeoczyliśmy fakt, że nasz pokój znajduje się dosłownie 3 metry od brzegu jeziora. Rano otwieramy drzwi, a tam… woda! Czysta, o przepięknym turkusowym kolorze. Wieje silny wiatr i wielkie fale uderzające o brzeg wyrzucają w górę fontanny wody, która czasem uderza nawet o drzwi do naszego pokoju. Takich fal na jeziorze nie widzieliśmy jeszcze nigdzie. Przypominają wzburzone morze w czasie sztormu, a nie jakieś tam jezioro. Wokół rozciąga się pasmo niewysokich, gęsto porośniętych zielenią gór. Nad brzegiem rosną palmy z kokosami, a w rytmie porywów wiatru w dach uderzają spadające z pobliskiego drzewa owoce mango. Wszystko to za 80000 rupii za noc (20zł), z normalną łazienką i normalną toaletą w pokoju. Do tego z luksusem rzadko spotykanym w Azji w tej cenie, czyli z prysznicem z gorącą wodą. Dziwimy się niezmiernie, ale już pierwszego dnia przekonaliśmy się, dlaczego jest gorąca woda i dlaczego w pokoju brak choćby wentylatora, o klimatyzacji nie wspominając. W ciągu dnia temperatura bardziej przypomina wczesne europejskie lato, niż azjatyckie upały, a wieczorem i w nocy jest przyjemnie chłodno!

Drugiego dnia pobytu miał miejsce nieszczęśliwy wypadek: Pchła skręciła nogę w kostce, schodząc po nierównych kamiennych schodach. Wybraliśmy się na prześwietlenie stopy do oddalonego o 50km szpitala, znajdującego się w jednym z najbrzydszych chyba na świecie miast – Pematang Siantar (dla zainteresowanych – koszt prześwietlenia to 192500 rupii). Szczęśliwie okazało się, że kości są w porządku, jednak diagnoza jest bezlitosna: żadnych rowerów, żadnych trekkingów, jak najmniej chodzenia i odpoczynek. Wszystkie plany pieszych wycieczek wzięły w łeb. Nie wejdziemy na żaden wulkan ani nie pojeździmy wokół jeziora na rowerach. Możemy tylko siedzieć nad jeziorem i korzystać z pięknych widoków.

Nasz kilkudniowy pobyt nad jeziorem zamienił się więc w wakacje nad jeziorem. Jesteśmy tu już 12 dni, a zostaniemy jeszcze kilka, po czym… spakujemy się i pojedziemy leniuchować i leczyć stopę nad kolejnym pięknym jeziorem, tym razem już „tylko” na tydzień. Po takiej kuracji Pchła powinna być gotowa na dalszy podbój Azji!

P.S. Czy pisałem wcześniej o czystej wodzie? Fakt, jest jeszcze względnie czysta, ale pytanie jak długo taką pozostanie. Zostając na dłużej mieliśmy okazję zobaczyć, jak mieszkańcy robią w jeziorze pranie, jak myją w nim kosze na śmieci, płuczą mopy, którymi chwilę wcześniej zmywali podłogę w pokojach i toaletach, a nawet myją w nim talerze i kubki po jedzeniu. Ścieki ze wszystkich hoteli i ośrodków też lądują oczywiście w jeziorze. Ciekawe, ile lat zajmie zrujnowanie tego pięknego kawałka świata?

1 Comment

  1. jagzaw6949
    20 sierpnia 2014

    Miejsce cudowne, czarodziejskie i sielskie. Spędziliśmy tam niestety tylko kilka dni. Już w kolejnym dwie osoby tam powróciły, żeby pomieszkać z mieszkańcami i czerpać energię ze spokoju ich życia. I wsiąkły na dwa miesiące. W pełni rozumiem. Chętnie sama tam powrócę kiedy tylko będę w okolicy. Polecam wszystkim! :)

    Reply

Komentuj