Kraje

O dżungli, zwierzakach i byciu obiektywnym

O dżungli, zwierzakach i byciu obiektywnym

Bukit Lawang wybraliśmy z jednego powodu- orangutany! A dokładnie endemiczny gatunek, charakterystyczny dla Sumatry- Orangutan sumatrzański. I tu zaczyna się moja niezwykła opowieść.

Wstaliśmy wraz z pierwszymi promieniami budzącego się słońca. Miasteczko jeszcze spało. Dzień zapowiadał się pięknie, a w powietrzu unosił się zapach przygody. Niepewnie zaczęliśmy szukać kogoś, kto mapkę dżungli ma wyrytą w sercu. Udało nam się znaleźć lokalnego przewodnika, Jamesa. Od słowa do słowa, po ostrym targowaniu okazało się, że jesteśmy w stanie dogadać się co do ceny. Długo nie zastanawiając się uznaliśmy, że propozycja jest uczciwa i idziemy. Cel: zobaczyć orangutany w najprawdziwszej tropikalnej dżungli. Nie jakieś tam oswojone, w ośrodku rehabilitacyjnym, tylko takie „dzikie”, swobodnie sunące po drzewach. Zaopatrzyliśmy się w środek na komary i wodę, zarzuciliśmy plecaki, sprawdziliśmy akumulatory w aparacie i ruszyliśmy w nieznane. Pogoda była bezlitosna mimo wczesnej godziny. Słońce przypiekało jeszcze delikatnie dając pewną obietnicę upału, wilgoć w powietrzu nie zostawiała na nas suchej nitki. Przeszliśmy przez graniczącą z dżunglą uprawę kauczuku i niepewnie weszliśmy wgłąb. Naokoło słychać było świszczące insekty, promienie ledwo przedzierały się przez gęste korony drzew. Z gałęzi zwisały grube liany. James, nasz przewodnik przystanął i zaczął nasłuchiwać. Jako chłopak „stąd” ma szósty zmysł i potrafi wytropić orangutany ufając swoim przeczuciom. Kilka razy zawracaliśmy, kilka razy błądziliśmy w gęstych zaroślach, ale jakimś cudem udało nam się znaleźć drogę. James wabił orangutany wydając charakterystyczny odgłos cmokając o dłoń. Poza tym szliśmy w absolutnej ciszy, żeby nie spłoszyć zwierzaków. Pot lał się nam z czoła, ale szliśmy dalej. Byliśmy zdeterminowani. Nie zwracaliśmy uwagi na otarcia, jakie zostawiły na naszych nogach i rękach gęste krzaki. Szliśmy coraz głębiej w dżunglę. Po kilku godzinach usłyszeliśmy pierwsze nawoływania. James przystanął i kazał nam zaczekać. Sam zniknął wśród gałęzi i lian nasłuchując ostrożnie. Czekaliśmy w napięciu. To oczekiwanie było nie do zniesienia. Za chwilę jest, sygnał. James przywołuje nas gestem, po cichu. Są! Najprawdziwsze orangutany. Matka z młodym. Delikatnie sięgam po aparat, niepewnie robię kilka zdjęć. Ten moment, w którym rozumnym spojrzeniem samica patrzy mi w obiektyw, ta chwila intymności między nami zostanie w mojej pamięci na długo.

Tak mógłby wyglądać ten opis, ale tak wyglądać nie będzie bo to nieprawda :)

Owszem chcieliśmy zobaczyć orangutany. To główny powód wizyty w Bukit Lawang, miasteczka na skraju parku narodowego, które żyje tylko i wyłącznie dla turystów i dzięki turystom. Oferowany przez licznych „przewodników” trekking okazał się być poza naszym zasięgiem finansowym, więc z lekkim żalem zdecydowaliśmy się, że zadowolimy się obserwowaniem karmienia orangutanów w lokalnym ośrodku. Wstaliśmy rano, na lekkim kacu (to się w podróży też zdarza), żeby zdążyć na poranne karmienie, ale zapomnieliśmy zmienić czas po przylocie z Malezji i nie do końca byliśmy pewni, która właściwie jest godzina. Niewyspani, skacowani, poszliśmy zapytać o godzinę w restauracji naszego guesthousu. Na szczęście wstaliśmy w porę. Przy jednym ze stolików siedział młody chłopak, pił kawę i szczerze mówiąc też wyglądał na lekko skacowanego. Od razu zainteresował się, czemu wolimy iść oglądać orangutany „na platformie”, zamiast w dżungli. Wyjaśniliśmy mu, jak jest faktyczny powód i zaczęliśmy się zbierać, żeby zdążyć na to nieszczęsne karmienie. Okazało się, że James miał umówiony trekking z kimś, kto w ostatniej chwili z niego zrezygnował, więc zaoferował nam dużo niższą cenę. W sumie układ dobry i dla niego i dla nas :) Po chwili wahania zdecydowaliśmy, że idziemy z nim i olewamy poranne karmienie. „Dżungla” przypominała…cóż…gęstszy park, ze ścieżkami, tylko z nieco innymi drzewami. Owszem, insekty robiły masę hałasu, z gałęzi wisiały liany, ale z ogólnym wyobrażeniem o tropikalnym lesie nie miało to wiele wspólnego 😉 Bynajmniej maczeta nie była nam potrzebna 😉 Kilkakrotnie mieliśmy wrażenie, że chodzimy w kółko, a kilka razy przedzierając się przez krzaki, że obok jest normalna ścieżka. James wydawał te swoje śmieszne cmokania i znikał w chaszczach, jednak mieliśmy nieodparte wrażenie, że prędzej, żeby się wysikać, czy na chwilę usiąść niż szukać „śladów orangutanów” 😉 Jednak daliśmy się ponieść temu przedstawieniu i spędziliśmy naprawdę bardzo fajnie czas. James pokazał nam gibony i makaki Thomason’s Leaf, oprócz tego gigantyczne insekty, no i oczywiście orangutany. Chociaż w miejscu, w którym akurat przebywały spotkaliśmy 5 innych podobnych „wycieczek” uzbrojonych w aparaty :) Przypadek? James podał nam nawet imiona poszczególnych orangutanów. Mimo wszystko dzień uznaliśmy za udany. Posłuchaliśmy trochę o lokalnej medycynie naturalnej, o planach i marzeniach chłopaka z małej wioski, zjedliśmy trochę owoców i tyle. Ale tak jak wspomniałam, i tak było warto :) Orangutanów jest tu już niewiele, na chwilę obecną niecałe 6000 i liczba ta stale maleje. Budująca jest lokalna świadomość konieczności ochrony tego gatunku i wszystkie podjęte starania, żeby zwierzaki przebywały na wolności, w swoim środowisku przy jak najmniejszej ingerencji człowieka. Pozostaje tylko liczyć na to, że nawet gdy przestaną one przynosić lokalny zysk, i tak będą stanowiły obiekt faktycznej ochrony.

Na koniec czas na konkluzję. Szlag mnie trafia, jak czytam podobne brednie, jakie próbowałam Wam tu sprzedać na początku. Normalnie rzygam tęczą i czekam na jednorożce (przepraszam za dosadność). Wprowadzanie czytelnika w błąd, próbując nadać swoim opisom wyjątkowy klimat unikatowej przygody powoduje, że w efekcie czytelnik przyjeżdża w takie osławione pięknym opisem miejsce i zamiast mistycznych doznań trafia na dziki tłum turystów, rzesze oszustów i rzeczywistość nijak mającą się do tego, co wyczytał. Apeluję więc, nie róbmy z siebie herosów ani Kolumbów. Piszmy o pięknych miejscach i pięknych momentach, ale bądźmy obiektywni!

 

 

Komentuj