Kraje

Dlaczego czasem nie warto wracać?

Posted by in Azja, Malezja | 3 Comments
Dlaczego czasem nie warto wracać?

Po siedzeniu jesienią w górach w Nowej Zelandii zachciało nam się plaży. Do tego przez towarzyszący nam cały czas w Malezji nieznośny upał, mieliśmy wielką ochotę na kufel zimnego piwa, które w Malezji jest niestety bardzo drogie.Jak plaża, to dlaczego nie na wyspie, a jak wyspa, to dlaczego nie Langkawi? Byliśmy tam już kilka lat temu w trakcie urlopu i bardzo nam się podobało. Do tego cała wyspa stanowi jedną wielką strefę bezcłową, więc wymarzony kufel zimnego piwa jest tam nieprzyzwoicie tani, bo odpada typowy w muzułmańskich krajach bardzo wysoki podatek na alkohol.

Co prawda w planach mieliśmy Penang, skąd czekał nas lot do indonezyjskiego Medanu, ale wizja plaży z palmami, białym piaskiem i niedrogim, zimnym, złocistym, zwyciężyła. Z Penang na Langkawi regularnie kursują promy. Są jednak dość drogie (ok. 60zł), a zadając sobie trochę trudu można oszczędzić prawie połowę tej kwoty, a resztę przeznaczyć na zakupy w strefie bezcłowej :)

Wystarczy dostać się autobusem za 11zł do oddalonego o niecałe dwie godziny drogi Alor Setar, skąd promy na Langkawi kursują praktycznie co godzinę, a bilet kosztuje 23zł. Trzeba dorzucić jeszcze 2,50zł na przejazd komunikacją miejską z dworca autobusowego do przystani promowej i voila! Docieramy z Penang na Langkawi za 36,50zł, czyli prawie połowę taniej!

Na plażę, przy której spędzaliśmy urlop kilka lat wstecz, dotarliśmy już po zmroku, więc czekaliśmy podekscytowani na pierwsze promienie słońca następnego dnia, żeby znowu zobaczyć ten mały raj na ziemi na własne oczy.

Zamiast tego przeżyliśmy bolesne zderzenie z diametralnie inną rzeczywistością panującą obecnie na Langkawi. Zamiast spokojnej ulicy ze sklepami i knajpami, przywitał nas deptak handlowy z niezliczoną ilością drogich restauracji. Kawałek dalej, jak z pięści w twarz, uderzył nas widok centrum handlowego. Po krótkim spacerze dostaliśmy jeszcze w mordę sklepem 7-11, wielkim KFC i innym McDonaldem. W ciągu kilku lat miejsce zmieniło się nie do poznania. Straciło spokojny i kameralny charakter, a urosło do rangi mega kurortu, gdzie co dwa kroki jest jakaś budowa – pewnie kolejne hotele, albo następny McFastFood… Sytuację miała uratować plaża. Zakupiliśmy więc „napoje chłodzące” i postanowiliśmy uciec od tego turystycznego zgiełku, żeby posłuchać szumu szal i podziwiać piękną scenerię. Nic z tego. Pierwszym problemem było w ogóle znalezienie zejścia na plażę. Zabudowa wzdłuż ulicy jest już tak gęsta, że miejscami nie wiadomo czy to wąskie długie przejście to ścieżka na jakieś podwórko, czy dostęp do plaży. W końcu się jednak udało, zeszliśmy na plażę, a tam…mnóstwo śmieci. Do tego zniknęły gdzieś klimatyczne knajpki ze stolikami prosto na piasku, które pamiętaliśmy z naszej poprzedniej wizyty na Langkawi. Porażka na całej linii.

Szukając odskoczni, zdecydowaliśmy się wynająć samochód i udać się na wycieczkę objazdową po wyspie. Żaden to luksus – w Malezji paliwo kosztuje 2zł za litr, a za 60zł na cały dzień pożyczyliśmy trupa, który miał ponad 260 tysięcy kilometrów na liczniku. Farba schodziła z niego płatami, drzwi się nie chciały zamknąć, hamulce z tyłu nie chciały działać, a reflektory były tak żółte i matowe, że cieszyliśmy się, że nie musimy prowadzić tego wynalazku w nocy. Ale co tam! W każdym, nawet największym, azjatyckim trupie motoryzacyjnym musi być klimatyzacja. W tym też była, ale upał panował taki, że ledwo się wyrabiała. Pewnie powiecie, że trzeba było wziąć motor. Ano nie do końca. Motor kosztował 35zł za dzień, a w takim słońcu trzeba by dołożyć drugie tyle na krem z porządnym filtrem, którego nie mieliśmy.

Ruszyliśmy więc na wycieczkę, a jako pierwszą atrakcję wybraliśmy mieszczący się po drugiej stronie wyspy wodospad. Dotarliśmy na miejsce i przywitał nas praktycznie pusty parking, z jednym tylko samochodem, prócz naszego. No nic, pomyśleliśmy, może niski sezon i dlatego taka cisza. Po chwili okazało się, że to nie kwestia niskiego, tylko suchego sezonu. Wodospad dosłownie zniknął i przywitała nas kupa kamieni z tabliczką informującą, że tędy przebiega koryto rzeki szerokiej na ileś tam metrów. Próżno było jednak szukać na wyschniętych głazach choćby kropli wody. Kawałek dalej była wielka ściana z kolejną tabliczką. Tak, to właśnie tu znajduje się wodospad. Na zdjęciu na tabliczce wyglądał imponująco: burza białej piany uderzająca w dół niczym gromy z nieba. Spojrzeliśmy bezradnie po sobie i po otaczającej nas kamiennej pustyni. No cóż, dzisiaj chyba wodospad nieczynny…

Nie poddaliśmy się jednak. Z perspektywy czasu dziwię się w sumie, że tego nie zrobiliśmy. Chyba nie mogliśmy przeżyć tego uczucia porażki, że wynajęty na cały dzień samochód nie zapewni nam nawet minimum rozrywki. Pocieszając się cały czas, wsiedliśmy więc do naszego trupa i udaliśmy się w drogę do kolejnej atrakcji: postanowiliśmy wjechać na najwyższy na wyspie szczyt, żeby podziwiać piękny widok. Kilka lat temu skorzystaliśmy z uroków kolejki linowej i wspaniałego widoku z zawieszonego między dwoma szczytami mostu. Tym razem postanowiliśmy więc pojechać jeszcze wyżej, przy okazji nie płacąc za kolejkę, i zobaczyć jeszcze lepszy widok na wyspę Langkawi i okolice. Na szczyt prowadziła długa i kręta droga, pnąca się po zboczu góry pośród tropikalnego lasu. Widok niestety cały czas przesłaniała bujna roślinność. Niecierpliwie więc czekaliśmy, aż naszym oczom ukaże się szczyt i będziemy mogli nacieszyć się piękną scenerią. Niestety, zbliżające się chmury deszczowe postanowiły, jak na złość, zająć wygodne miejsce wokół szczytu. Zamiast widoku powitała nas więc gęsta mgła, przez którą momentami ciężko było jechać, bo widoczność była nie większa, niż kilka metrów. Do tego zaczęło padać… Nie muszę chyba pisać, jak bardzo byliśmy szczęśliwi :)

W drodze powrotnej, kiedy czekaliśmy na zielone światło na jednym ze skrzyżowań, poczuliśmy nagle uderzenie z tyłu. Odwracam się, a tam rozradowany Chińczyk zaparkował mi na zderzaku i jak gdyby nigdy nic rozmawia dalej przez telefon. Wysiadam, patrzę to na stykające się zderzaki, to na niego, a ten zdziwiony, jak gdyby nie wiedział o co chodzi. W końcu wysiadł i udawał, że nic się przecież nie stało. Krew mnie zaczęła zalewać, ale po oględzinach okazało się, że faktycznie – nic się nie stało. Nasz pojazd był tak zdezelowany, że uderzenie w tył nie zmieniło absolutnie niczego, bo przed stłuczką i tak już wyglądał, jak po stłuczce. Szczęście w nieszczęściu.

Nie eksperymentując dalej, dzień skończyliśmy na plaży – wieczorem, żeby nie było widać śmieci – poprawiając sobie humory zimnym Tigerem za grosze. Tylko to nam zostało. Boże pobłogosław strefę bezcłową :)

3 Comments

  1. Krzychu Dopierała
    2 lipca 2014

    tak samo w ciągu kilkunastu miesięcy zmieniła się kambodżańska Koh Rong – jechałem z rekomendacją ostoi ostatnich hippisów, a zastałem backpackerski kocioł. życie!

    Reply
    • Olo
      2 lipca 2014

      Taa… Właśnie jesteśmy w kolejnym „rajskim” miejscu – wyspa Samosir na jeziorze Toba. Mnóstwo guesthousów, a turystów praktycznie zero. Ceny nieprzyzwoicie niskie, ale ciekawe, jak długo tak będzie? Za rok już pewnie masakra… Jak tam nowozelandzkie mrozy? Nie dają Wam w kość za bardzo? :)

      Reply
      • Krzychu Dopierała
        3 lipca 2014

        na dniach zaczęło właśnie ostro pi….ć i grzejnik pracuje na max obrotach :-) ale my też już jedną nogą w Azji, więc oby do sierpnia!

        Reply

Komentuj