Kraje

Kuala Lumpur na spontanie

Posted by in Azja, Malezja | No Comments
Kuala Lumpur na spontanie

Będąc w Malezji nie można nie odwiedzić Kuala Lumpur. No chyba, że już się tam wcześniej było. My swoją wizytę w stolicy „załatwiliśmy” przy okazji urlopu w 2010 roku, więc kolejnej nie planowaliśmy. Z Melaki mieliśmy jechać prosto do Taman Negara, omijając Kuala Lumpur szerokim łukiem. Na dworcu autobusowym w Melace, w kasie biletowej, usłyszeliśmy jednak sławne już w kręgach podróżniczych i aż za dobrze nam znane „sorry, no have”. Nie mieliśmy więc innego wyjścia, jak tylko wsiąść w jeden z wielu autobusów do Kuala Lumpur i tam szukać kolejnego do Taman Negara. Kupiliśmy więc bilety na autobus odjeżdżający praktycznie od razu i po jakichś dwóch godzinach jazdy (po autostradzie!) byliśmy na miejscu. Wysiedliśmy, przeciągnęliśmy się, rozprostowaliśmy kości i… nagle w naszych głowach zakiełkował spontaniczny pomysł: a gdyby tak zostać tu, zamiast gnać dalej? Przecież nigdzie nam się nie spieszy… Z drugiej strony byliśmy już tutaj i nic nowego nie zobaczymy, więc szkoda pieniędzy. Nawet noclegu nie mamy, ani mapy, ani nie wiemy, jak z dworca dojechać do centrum…

Ostatecznie, po dłuższych rozważaniach, sentyment wziął górę nad rozsądkiem i stwierdziliśmy, że idziemy na żywioł i zostajemy! Z naszych doświadczeń i obserwacji wynika, że jak nie wiadomo gdzie szukać noclegu, to najlepiej zacząć od China Town. Każde duże miasto w Azji ma swoje China Town i nie inaczej jest w przypadku stolicy Malezji. Tam więc skierowaliśmy nasze kroki, a po dotarciu na miejsce Pchła zostawiła mnie z plecakami i ruszyła na obchód Chińskiej dzielnicy w poszukiwaniu w miarę czystego pokoju. Szybko poszło i mniej więcej po godzinie mogliśmy zrzucić plecaki z pleców, wziąć zimny prysznic i ruszyć na spacer po mieście.

Równie szybko odżyły nasze wspomnienia z poprzedniej wizyty. Dla kogoś, kto odwiedza miasto po raz pierwszy, znajdzie się sporo atrakcji. Największą z nich jest chyba wizyta na zawieszonym wysoko nad ziemią mostku łączącym wieże Petronas Twin Towers.

W 2010 roku załapaliśmy się tam nawet na darmową wizytę, co okupiliśmy bardzo wczesnym wstawaniem i wielogodzinnym czekaniem w kolejce. Warto jednak poświęcić kilka godzin spania dla widoku, który można podziwiać z góry. Odwiedziliśmy wtedy też jeszcze ogród z motylami i fantastyczne oceanarium, które gorąco polecamy.

Tym razem spacerowaliśmy więc spokojnie ulicami miasta, chłonąc jego klimat, nigdzie się nie spiesząc i planując co tu zrobić na następny dzień. Atrakcje w mieście mieliśmy już odhaczone, więc przyszło nam poszukać czegoś w okolicy. Szybko trafiliśmy na informacje o popularnym miejscu na przedmieściach, czyli Batu Caves. Wszędzie można było kupić zorganizowaną wycieczkę za 30-40zł, ale po raz kolejny udowodniliśmy sobie, że można inaczej i kontynuując naszą „tradycję” docierania do podmiejskich atrakcji za kilka złotych, do Batu Caves dojechaliśmy pociągiem za… 4zł.

Miejsce nas jednak rozczarowało. Mieszcząca się w jaskini świątynia była mało ciekawa, a sama jaskinia została całkowicie wybetonowana, przez co straciła kompletnie swój charakter. Wszędzie walało się mnóstwo śmieci, które miejscami były zgarniane na małe stosy i palone, przez co panował nieznośny smród. Do tego od kapiącej zewsząd wody tworzyły się wielkie kałuże i zamiast podziwiać wnętrze z głową zadartą do góry, trzeba było patrzeć cały czas pod nogi. Większą atrakcję, niż sama jaskinia ze świątynią, stanowiły chyba prowadzące do niej schody, liczące prawie 300 stopni, i biegające po nich małpy. Zrobiliśmy kilka zdjęć, pokręciliśmy się trochę po okolicy i wróciliśmy do miasta, żeby zaplanować dalszą drogę…. Czy warto było odwiedzić Kuala Lumpur drugi raz? Zdecydowanie tak, ale cieszymy się, że zostaliśmy tylko na dwa dni. Trzeci raz już raczej nie wrócimy. Chyba, że tylko na lotnisko, albo tranzytem :) Zresztą obejrzyjcie zdjęcia i oceńcie sami.

 

Komentuj