Kraje

Powrót do przeszłości

Posted by in Azja, Wietnam | No Comments
Powrót do przeszłości

Choć przed oczami cały czas Nowa Zelandia, to w pamięci i głęboko w sercach dalej Azja. Często z uśmiechem wracamy we wspomnieniach do smaków Chińskiej ulicy i do Kambodżańskiej mafii transportowej. Do sylwestra na plaży, do 31 godzin w Wietnamskim autobusie i do wielu innych sytuacji, które nie znalazły miejsca w żadnym wpisie. Cóż, nie da się w końcu sfotografować i opisać wszystkiego. Obiecaliśmy sobie jednak zachować we wpisach jakąś ciągłość, a przynajmniej starać się, aby była zachowana. Udaje się to z różnym skutkiem, co najlepiej widać po wielkiej czarnej dziurze we wpisach pomiędzy Hoi An a Nową Zelandią. Czas więc powrócić na chwilę do przeszłości, chociaż częściowo tą dziurę wypełnić i opowiedzieć, co się z nami działo zanim wylądowaliśmy w Auckland!

Po wycieczce do Hoi An i kilku dniach spędzonych w Da Nang przyszedł czas na zmianę miejsca. Kolejnym punktem na naszej trasie było Hue – miasto znajdujące się zaledwie jakieś 100km na północ od Da Nang. Wstaliśmy wcześnie rano, dojechaliśmy na dworzec kolejowy, dopchnęliśmy się wreszcie do kasy i usłyszeliśmy, że biletów na dzisiaj „no have” w żadnej klasie, są dopiero na jutro. No to klops. Specjalnie chcieliśmy przejechać ten odcinek pociągiem, bo przez wiele osób uważany jest za jedną z najbardziej spektakularnych tras kolejowych na świecie. Autorytet w dziedzinie podróżowania pociągami, czyli the Man in Seat 61, także gorąco poleca tę przejażdżkę. Większość drogi prowadzi przez góry, wzdłuż wybrzeża Morza Południowo-Chińskiego. Widoki miały być co najmniej przyjemne, więc uparłem się, że też chcę zobaczyć.

Kupiliśmy zatem bilet na kolejny dzień, znaleźliśmy na trivago niedrogi nocleg niedaleko dworca, a resztę dnia spędziliśmy na spacerowaniu po mieście i graniu w bilard w knajpie nad rzeką.

Następnego dnia na dworzec przyszliśmy koło 6:30 rano, bo pociąg miał odjeżdżać o siódmej. Ostatecznie odjechał dopiero chwilę po 9:00, a trasę pokonał w 4 godziny, zamiast w dwie i pół. Azja w najlepszym wydaniu…chociaż i w PKP zdarzały się podobne sztuczki :)

Kupując bilety prosiłem kilka razy o takie miejsca, żebyśmy mieli widok na morze. Kasjerka bardzo dobrze mówiła po angielsku i zdawała się rozumieć o co chodzi. Po wejściu do wagonu odszukaliśmy swoje miejsca i bingo! Dostaliśmy po prawej stronie, przy oknie, które się otwierało (to rzadkość), będzie świetny widok i zdjęcia, pomyśleliśmy! Po chwili okazało się jednak, że pociąg ruszył w tą samą stronę, z której przyjechał. Siedzieliśmy więc nie dość, że po złej stronie, to jeszcze tyłem do kierunku jazdy, przez całą drogę…

Mimo wszystko udało się zrobić kilka zdjęć, a nawet krótki filmik. Urządzaliśmy w tym celu spacery do WC, który był po właściwej stronie składu i tam, stojąc prawie że po kostki w (mam nadzieję) wodzie, czekaliśmy na dobre ujęcia. Warto jednak było cisnąć się w toalecie dla widoku, który ujrzeliśmy wkrótce po opuszczeniu Da Nang! Na filmiku kiepsko to wyszło. Cóż, produkcje filmowe nie są chyba naszym powołaniem… Możecie jednak zobaczyć np. jak wygląda zamykanie przejazdu w Wietnamie. Na zdjęciach widoki już na szczęście znacznie lepsze, zapraszamy do galerii pod tekstem!

W Hue z dworca doszliśmy do centrum na piechotę, przeciskając się przy wyjściu przez morze naganiaczy. Do przejścia mieliśmy tylko dwa i pół kilometra, upału nie było, więc spokojnie mogliśmy spacerować, chłonąc klimat miasta. Szybko znaleźliśmy przyjemny hotel w centrum za $10. Pochodziliśmy trochę po turystycznej części, zjedliśmy okropny obiad w pobliskim barze i ustaliliśmy, że na następny dzień rano pożyczamy motor, żeby zwiedzić znajdujące się wokół miasta pagody i grobowce dawnych władców. Wstęp do każdego z nich kosztował aż 12zł za osobę, wybraliśmy więc najbardziej reprezentacyjny, kolejny zobaczyliśmy z zewnątrz, a do następnego już nawet nam się nie chciało jechać, bo był za daleko i na zdjęciach wyglądał mało ciekawie. Znowu padliśmy ofiarą naciągaczy, którzy przy każdej atrakcji urządzili dzikie parkingi, kazali na nich zostawiać motor i płacić sobie 10000VND. Szlag mnie trafiał, ale kiedy motor jest pożyczony w zastaw za paszport, lepiej zapłacić te 1,5zł i spokojnie zwiedzać, nie martwiąc się czy z motorem w międzyczasie coś się nie stanie. Z każdym dniem, z którym zbliżaliśmy się do Nowej Zelandii, paszport stawał się coraz bardziej cenny. Gdybyśmy go stracili, prawdopodobnie nie starczyłoby już czasu na wyrobienie nowego i zmianę numeru w przydzielonej wizie. Nie mogliśmy więc pozwolić sobie, żeby paszport utknął w wypożyczalni czy hotelu z jakiegokolwiek powodu.

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy zwiedzanie Purpurowego Zakazanego Miasta. Spodziewaliśmy się, że będzie tak samo nudne i bezpłciowe, jak Zakazane Miasto w Pekinie. Mile się jednak rozczarowaliśmy. W Hue podobało nam się dużo bardziej, a do tego bilet był połowę tańszy, niż w Chinach. Co prawda spora część budynków się nie zachowała, ale te dostępne dla turystów były przepiękne. Zdecydowanie polecamy wizytę, jest warta swojej ceny. Na tym samym bilecie można też wejść do pobliskiego muzeum, które było malutkie, a do tego niespecjalnie ciekawe. Podsumowując, Hue nam się podobało. Pewnie spojrzeliśmy na to miasto przychylnie, bo dopisała nam pogoda. Jak na tą porę roku i tą część Wietnamu, było nadzwyczaj ciepło, a deszcz padał tylko w nocy.

Z Hue ruszyliśmy do Hanoi, gdzie chcieliśmy uczestniczyć w obchodach Wietnamskiego Nowego Roku. Załapaliśmy się na jeden z ostatnich, przed świętem, autobusów na tej trasie. Kolejne kursy ruszały dopiero od 3 lutego. Za bilety zapłaciliśmy sporo, bo aż $23. Jechaliśmy autobusem należącym do Camel Travel. Nikt nie poleca tego przewoźnika, w internecie mnóstwo jest historii o kradzieżach, pobiciach, rozpadających się autobusach i biegających w środku karaluchach. Dodatkową rozrywkę miała zapewniać okrutnie śmierdząca toaleta. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Autobus odjechał punktualnie (!) i wyglądał, jak nowy. Było czysto i wygodnie, kierowcy byli uprzejmi i pomocni. Toaleta miała swój zapach, ale rzadko było go czuć. Była za to czysta, był papier toaletowy, sucha podłoga, lustro i umywalka z mydłem i bieżącą wodą. Wygląda więc na to, że standard w firmie znacznie się poprawił i nie ma się co obawiać podróżowania jej autobusami. Minus należy się za mrożącą krew w żyłach klimatyzację, zaledwie jeden postój po drodze i budzenie pasażerów o 6 rano puszczoną na cały regulator muzyką. Polecamy więc zastosować na czas podróży zatyczki do uszu.

Z autobusu zostaliśmy wysadzeni pod biurem przewoźnika, gdzie oczywiście czekali „taksówkarze”, którzy proponowali kurs do centrum za 300000VND, czyli $15! Postanowiliśmy dojść na piechotę, bo ta kwota spokojnie wystarczy na nocleg i obiad dla dwóch osób. Przy okazji mogliśmy zobaczyć budzące się do życia Hanoi, ale to już historia warta osobnego wpisu…

Komentuj