Kraje

Na urodziny: Mordor

Na urodziny: Mordor

Przejazd przez Północną Wyspę z założenia miał zająć jak najmniej czasu, z umiarkowanym zwiedzaniem tego, co po drodze uznamy za warte postoju. Park Narodowy Tongariro zdecydowanie powyższe kryterium spełnił. Postanowiliśmy zatem, że zostaniemy tam dzień dłużej i zafundujemy sobie całodniowy trekking, ponoć najbardziej malowniczą jednodniową trasą w Nowej Zelandii. Decyzja była o tyle prosta, że przemarsz wypadał akurat w moje urodziny, więc w ramach mojego prezentu urodzinowego jednogłośnie zdecydowaliśmy się wkroczyć do Mordoru. Tak tak, na wszelkie pojawiające się w tym momencie pytania odpowiadam od razu: jestem maniakiem Władcy Pierścieni i Tolkiena od wczesnych lat szkolnych, a od czasu wyświetlenia pierwszej części trylogii, również i filmu. Mapę Nowej Zelandii pokreśliłam zaznaczając plenery wykorzystane przez ekipę filmową zarówno we „Władcy”, jak i w „Hobbicie” z zamiarem odwiedzenia wszystkich tych miejsc! Z części musiałam niestety zrezygnować, bo były kompletnie nie po drodze (tam jeszcze wrócę) lub wstęp wiązał się z uiszczeniem zaporowej opłaty (tam na pewno nie wrócę). Na szczęście PN Tongariro, filmowy Mordor, opłat za wstęp nie wymaga, a że trafiła nam się idealna pogoda, a nasze chęci i ekscytacja na myśl o nadciągającej przygodzie były wielkie, więc zabraliśmy prowiant i ruszyliśmy w góry.

Trasa określana jest jako trudna. Nie wiem, kto to wymyślił. Jakby nie było przed wejściem na właściwy szlak jak wół stoi „dobra kondycja- wymagana”, nasza była raczej średnia, ale daliśmy radę. Przejście całej trasy zajmuje ok 8h, dystans do pokonania to prawie 20 km między dwoma parkingami znajdującymi się po przeciwległych stronach szlaku. Pierwotnie chcieliśmy dojść do połowy i wrócić tam, gdzie zostawiliśmy auto, jednak zapierające dech w piersiach widoki po drodze spowodowały, że zdanie szybko zmieniliśmy decydując się na przejście całego dystansu, od początku do końca. I wcale tego nie żałujemy, chociaż nowozelandzkie ostre słońce przypiekło nam trochę buźki,  wypluliśmy płuca wspinając się na Czerwony Krater, za to zmęczenie odrobiliśmy zjeżdżając z niego po kostki w żwirze pokrywającym stok. Przeszliśmy przez Południowy Krater podziwiając  krajobraz niemalże księżycowy, zjedliśmy lunch nad Emerald Lake w oparach siarki i czym prędzej pognaliśmy przez strefę aktywności wulkanicznej, żeby nie przysmażyło nam tyłków.

Dzień zakończyliśmy przy wyśmienitym winie z kartonu i wyszukanym jednogarnkowym daniu: makaron z sosem pomidorowym z puszki. W nocy temperatura spadła do -2 stopni. Udało się nie przysmażyć tyłków, więc dla odmiany trochę je przymroziło 😉

Podsumowując, fajnie było! Fakt, na drugi dzień nie mogłam chodzić, a mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia, boleśnie przypominały każdy przebyty kilometr, a do tego obudziłam się z malinowym nosem (przysięgam, że to od słońca!), ale chyba lepszych urodzin nie mogłam sobie wymarzyć.

Tak Mamo, Tato, Siostro, Przyjaciele najdrożsi! Mogłam wymarzyć sobie lepsze, ale tak mi pasowało do zakończenia, więc cicho sza! :)

4 Comments

  1. wojtek
    13 marca 2014

    Czytam wszystko od początku do końca i … ależ wam zazdroszczę, nawet nie wiecie jak

    Pozdrawiam

    I czekam na nastepne

    Reply
    • Pchła
      14 marca 2014

      Dzięki Wojtek! Fajnie, że jesteś tu z nami :) Kolejna porcja zdjęć czeka na kolejną przerwę w pracy! Pozdrawiamy Cię gorąco spod Mt Cook! :)

      Reply
  2. Gośka
    13 marca 2014

    Wszystkiego dobrego z okazji urodzin, Pchełko! :) Realizacji planów i spełnienia marzeń 😀

    Reply
    • Pchła
      14 marca 2014

      Dziękuję bardzo! Marzenia z wielką radością właśnie spełniam, żeby tylko udało zrealizować się je w całości 😉

      Reply

Komentuj