Kraje

Reaktywacja!

Posted by in Nowa Zelandia | No Comments
Reaktywacja!

Reaktywacja! Wracamy po dłuższej przerwie, która miała być krótsza, ale wyszło jak zwykle. Teraz, kiedy osiedliśmy na dłużej w jednym miejscu, możemy wreszcie reanimować bloga i nieskromnie pochwalić się ładnymi widokami, które oglądamy każdego dnia!

Pierwszy tydzień w kraju kiwi spędziliśmy w Auckland. Zakosztowaliśmy cywilizacji, spraliśmy z ciuchów Azję, załatwiliśmy sprawy urzędowe oraz kupiliśmy i przystosowaliśmy do podróży auto! Miasto samo w sobie, jak to miasto. Nie jest specjalnie brzydkie ani ładne. Nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych, które odwiedziliśmy. Przez pierwsze dni nie mogliśmy jednak oprzeć się wrażeniu, że Auckland jest wymarłe. Po azjatyckich metropoliach ulice tego miasta sprawiały wrażenie dziwnie pustych. Poza tym chodniki takie jakieś drożne i równe, śmieci zero, straganów też, kierowcy nie trąbią, przejście przez ulicę nie jest już walką na śmierć i życie, a do tego nikt nie szarpie nas za ramię i nie próbuje wcisnąć nam taksówki, medalików, koszulek czy maści z białego tygrysa. Półki w sklepach uginają się pod ciężarem serów i wina. Do obiadu można zjeść ziemniaki z masłem i koperkiem, a nie ryż i chili. Komunikacja publiczna istnieje i ma rozkład jazdy, a każdy pasażer dziękuje kierowcy wysiadając z autobusu. Jednym słowem: szok!

Dzień wyjazdu z Auckland przyniósł jeszcze jedną dobrą wiadomość, mianowicie oboje z Pchłą dostaliśmy pracę! Przy okazji pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję prowadzić rozmowę kwalifikacyjną przez Skype! Od miejsca pracy dzieliło nas jedyne 1600 kilometrów i 3 godziny promem, uznaliśmy więc, że dojazd połączymy ze zwiedzaniem. Wyszło całkiem nieźle, a na naszej drodze znalazło się sporo atrakcji i pięknych widoków.

Nie obyło się oczywiście bez małych przygód, a co! Inaczej przecież byłoby nudno. Któregoś popołudnia zatrzymaliśmy się w Palmerston North, żeby skorzystać z uroków darmowego internetu w miejscowej bibliotece i taniego prysznica nieopodal. Odświeżeni i naładowani pozytywną energią, gotowi do dalszej drogi, wsiadamy do samochodu, zamykamy drzwi, przekręcam kluczyk w stacyjce i… nic. Cisza. Silnik nie wydał absolutnie żadnego odgłosu. Próbuję jeszcze raz i jeszcze – to samo. No to świetnie, właśnie tego potrzebowaliśmy w niedzielę po południu, mając w kieszeni bilet na prom odpływający 2 dni później z portu oddalonego o 150 kilometrów…

Zacząłem grzebać przy samochodzie. Akumulator sprawny, radio gra, światła działają, telefon się ładuje. Bezpieczniki w środku wszystkie ok, pod maską też. Nic nigdzie nie wycieka, nic się nie spaliło, wszystko wygląda w porządku. Próbuję raz jeszcze, dalej nic. Nagle coś mnie tknęło, sięgnąłem ręką głęboko po lewej od silnika i… okazało się, że wysunął się z gniazdka przy rozruszniku taki cieniutki kabelek. Wcisnąłem go na miejsce i silnik odpalił momentalnie! Dobrze, że nie zdążyliśmy zamówić lawety :)

Spokojnie dotarliśmy do Wellington, które przywitało nas ścianą deszczu. Padało prawie bez przerwy przez całe popołudnie i cały następny dzień. Kolejnego dnia obudził nas rano sms z informacją o odwołanym promie. Okazało się, że cieśniną Cooka zawładnął potężny sztorm i fale sięgające 7 metrów zmusiły płynący z południowej wyspy prom do powrotu do portu. Następne połączenie, z miejscem na samochód, było dopiero 24 godziny później. Bez gwarancji, że prom faktycznie popłynie, bo to zależało od pogody. Sęk w tym, że mieliśmy zacząć pracę 2 dni po dopłynięciu na południową wyspę… Na szczęście nasz pracodawca okazał się wyrozumiały i nie było żadnego problemu z opóźnieniem. Usłyszeliśmy, że mamy nie panikować i najważniejsze, żebyśmy bezpiecznie dotarli na miejsce. Po 24 godzinach koczowania w porcie przyszedł kolejny sms… tym razem na szczęście tylko z informacją o opóźnieniu, które ostatecznie sięgnęło półtorej godziny. W dalszym ciągu przyzwyczajeni do azjatyckich standardów uznaliśmy, że to niewiele i najważniejsze, że płyniemy. Kiedyś w końcu dotrzemy na miejsce :)

Poznani przed przyjazdem i na miejscu Nowozelandczycy powtarzali, że jeśli uważamy, że północna wyspa jest przepiękna, to południowa urwie nam tyłki. Stwierdzali, że im urywa za każdym razem, kiedy ją odwiedzają. Z taką rekomendacją nie mogliśmy się doczekać, aż wreszcie będzie nam dane zobaczyć jak to wygląda na własne oczy.

Jeszcze w trakcie rejsu okazało się, że wszyscy mieli rację. Nie wiedzieliśmy w którą stronę mamy patrzeć. Do tego wokół promu pływały i skakały delfiny!

Bez dalszych przygód dotarliśmy do położonego w Alpach Południowych Glentanner, gdzie zostaniemy na najbliższe kilka tygodni. Z pracy mamy piękny widok na najwyższy szczyt Nowej Zelandii – Aoraki (Mt Cook, 3754m). Najbliższe miasteczko jest oddalone o 42 kilometry, a kolejne, z większym supermarketem, o 2 godziny jazdy samochodem. Mamy tu ciszę, piękne widoki i spokojną pracę. Wszystko, czego potrzeba, żeby odpocząć od Azji zanim do niej wrócimy!

Komentuj