Kraje

Dong Van – zupełnie inny Wietnam

Dong Van – zupełnie inny Wietnam

Miało być po kolei, no i znowu nie będzie. Bo jak może być, skoro w głowie mi nadal huczy od tego, co dopiero widziałam, tłumiąc wydarzenia odleglejsze? Na wstępie powiem od razu: będą zachwyty, będzie o doświadczaniu, odkrywaniu i obserwowaniu.

Mimo, że ponoć nic odkryć się już nie da, a każdą drogę ktoś już wcześniej przejechał, to jednak postanowiliśmy zejść z utartego szlaku i zabawić się w Kolumbów XXI wieku. Choć białych plam na mapach nie widać, to jednak udało nam się znaleźć miejsce, które jest plamą koloru powiedzmy ecru. A powinno być zaznaczone na czerwono i z wielkim wykrzyknikiem, jako absolutnie obowiązkowy punkt podczas wizyty w Wietnamie. Jednak z przyczyn przez nas nie poznanych pozostaje przez turystów niedocenione i z góry odrzucane na korzyść niedalekiej Sapy. Może to trochę strach wynikający z braku wiedzy? W przewodniku LP prowincja Ha Giang zajmuje całe 2 strony! 2 strony z prawie 600 (!) i to dopiero od 2 lat. Całe szczęście nieco więcej informacji można znaleźć na kilku blogach i z taką podstawową wiedzą, google mapą na komórce i kiełkującym pragnieniem zobaczenia tej odległej północy Wietnamu, udaliśmy się lokalnym autobusem z Hanoi do Ha Giang.

Trasa sama w sobie nie jest wymagająca: prosta droga, 300km w górę mapy, portfel chudszy o 200 000 dongów i 7h w wypakowanym po brzegi ludźmi autobusie. 7:30 – rozsądna godzina odjazdu, mimo ponad 40 minutowego opóźnienia, nadal gwarantuje przybycie na miejsce na tyle wcześnie, żeby spokojnie znaleźć nocleg w Ha Giang, zorientować się jak dojechać następnego dnia do Dong Van i pospacerować po mieście. Jedyną przeszkodą jest zanikająca z każdym kilometrem znajomość angielskiego, ale i z tym można sobie poradzić używając powszechnie rozumianego języka gestów i min. Na drugi dzień, o 5:00 rano, wsiadamy w busa i po kolejnych 6h, ubożsi o kolejne 120 000 dongów jesteśmy w Dong Van.

Ta część trasy jest olśniewająca. Droga jest wyboista, kilku pasażerów obficie wymiotuje, ale to wszystko rekompensują widoki. Każdy kolejny zakręt odsłania inny krajobraz. Mijamy też spore grupy etnicznych mieszkańców stojących na skalistych zboczach i patrzących na góry. Z noclegiem na miejscu nie ma problemu, miasteczko jest niewielkie, ale ze względu na bliskie sąsiedztwo Chin, gotowe do zakwaterowania sporej ilości chińskich turystów. Oprócz 2 hoteli funkcjonuje tu bardziej popularny wynajem „kwater”, czyli tzw. „homestay”. Tu celujemy.

Za podstawowy pokój z łazienką, wygodnym łóżkiem i wielką puchową kołdrą płacimy 200 000 dongów. Całkiem przyzwoicie. Pozostaje jeszcze tylko kwestia zdobycia pozwolenia na pobyt w strefie przygranicznej. Ponieważ prowincja Ha Giang graniczy z Chinami, a swobodne przemieszczanie się górskich plemion pomiędzy dwoma krajami od wielu lat pozostaje kością niezgody, przyjeżdżając w te rejony należy wylegitymować się wspomnianym pozwoleniem. Nasz gospodarz obiecał, że zabierze nasze paszporty na posterunek policji i załatwi pozwolenie w naszym imieniu. Bezpłatnie. Super. Koszt samego pozwolenia to 10$. W efekcie, po 2 dniach dostajemy nasze paszporty z powrotem, bez wymaganego papieru i bez konieczności płacenia. Jeszcze lepiej.

W garkuchni pod następnym numerem stołujemy się przez cały, krótki pobyt. Za 40 000 dongów dostajemy Com Rang – wielki talerz smażonego ryżu z warzywami, sadzonym jajkiem, miskę zupy i sałatkę z kiszonej kapusty pekińskiej. Taka porcja jedzenia wystarcza nam na prawie cały dzień.

Na miejscu wynajmujemy motor i przez 3 dni od bladego świtu do wieczora objeżdżamy wszystko, co tylko się da, zwiększając przebieg maszyny o jakieś 300km. Widoki odbierają mowę. Przejechanie krótkiego odcinka zajmuje nam 3-4 razy więcej czasu niż zwykle, nie tylko ze względu na strome, niezabezpieczone skarpy tuż przy drodze, ale dlatego, że co 20m zatrzymujemy się, żeby zrobić zdjęcie. Chłoniemy krajobrazy każdą komórką naszego organizmu, starając się zapisać te obrazy głęboko w pamięci. Spotykani ludzie reagują różnie: większość patrzy na nas jak na kosmitów, część nie zwraca na nas najmniejszej uwagi, dzieciaki machają do nas krzycząc „hello”, prawie wszędzie witają nas uśmiechy. Czy to ten sam Wietnam, który widzieliśmy przez ostatnie 3 tygodnie? Jesteśmy oczarowani.

Trasę zaplanowaliśmy tak, żeby przejechać spektakularną drogą z Dong Van do Meo Vac, 24km wąską asfaltową wstążką przyklejoną do skalistego zbocza, z wijącą się w dole turkusową rzeką Nho Que, odwiedziliśmy Sa Phin, wspięliśmy się na wieżę widokową w Lung Cu, przejechaliśmy przez Quan Ba, przekroczyliśmy Bramę Nieba (przełęcz Ma Pi Leng), a nawet zobaczyliśmy oczy smoka (Dragon Eye Lakes) i biust wróżki (Quan Ba Twin Mountain)!

Po drodze towarzyszyły nam przepastne pola tarasowe i wapienne zbocza przypominające krajobraz księżycowy, kolorowe stroje górali, gliniane chaty i nieskrępowane poczucie wolności potęgowane przez wiatr tnący nasze policzki.
Żuliśmy z plemieniem Hmongów trzcinę cukrową i piliśmy wódkę laną z plastikowego 5l kanistra, która stanowiła wkupne na lokalne obchody nowego roku i była moją fotoreporterską przepustką.

O mały włos nie wywołaliśmy też międzynarodowego skandalu, gdy nasz gospodarz po tym jak ugościł nas góralskim samogonem na pożegnanie, po kilku głębszych, imitując strzelanie z karabinu maszynowego, stwierdził, że Polska i Wietnam, komunistyczni bracia, powinny stanąć ramię w ramię i walczyć z amerykańskim imperialistą i złem.
Prawie wróciliśmy też z dzieckiem, ofiarowanym w wioskowym sklepie, które miało zrekompensować nam, małżeństwu w odpowiednim wieku i z odpowiednim stażem, brak własnych dzieci! Ostatecznie zgodziliśmy się jednak tylko przyjąć worek bananów.

Przed wyjazdem bardzo obawialiśmy się, że przejedziemy szmat drogi, stracimy 3 dni w podróży po to, żeby utknąć w podrzędnym pokoju z powodu deszczu. Mieliśmy jednak wielkie szczęście i przez cały czas, który poświęciliśmy na prowincję Ha Giang, towarzyszyło nam słońce.

6 Comments

  1. Magdas
    31 lipca 2016

    Hej :) jakie sa drogi w calym tym regionie? Wiekszosc asfaltowa i latwa do pokonania, czy raczej potrzeba na prawde duzych umiejetnosci w jezdzie skuterem/motorem?
    Wlasnie zabieramy sie za zwiedzanie polnocy Wietnamu, w Sapa na kilku odcinkach natknelismy sie na kamieniste blotniste zbocza ciezkie do pokonania skuterem, wiec ciekawi nas jak to wyglada w Ha giang;)

    Reply
    • Jo Gasieniec
      4 sierpnia 2016

      Magda, drogi są różne, przy ładnej pogodzie nie ma problemu. Schody zaczynają się przy gwałtownych, ulewnych deszczach. Drogi są w większości asfaltowe, jednak dość wąskie na wielu odcinkach, do tego kręte, ze stromymi skarpami i raczej rzadko z barierkami. Jeśli ogarniacie jazdę półautomatem, to powinniście dać radę 😉 Trasy są na prawdę malownicze i zdecydowanie warte przejechania :)

      Reply
  2. ssaandrass
    11 czerwca 2015

    przepiękne zdjęcia i miejsce! :)
    do Wietnamu będę musiała jeszcze wrócić :)

    Reply
    • Jo Gasieniec
      11 czerwca 2015

      Dzięki ssaandrass! To samo pomyśleliśmy, kiedy wyjeżdżaliśmy z Wietnamu ponad rok temu…i tak nam to w głowach siedziało, że zdecydowaliśmy wrócić! Właśnie na północ, poeksplorować więcej :)

      Reply
  3. Gośka
    2 maja 2014

    cudowne!!!!!!!!!!!

    Reply
    • Pchła
      3 maja 2014

      To chyba jedno z najcieplejszych wspomnień do tej pory 😉 Jeszcze tam wrócimy, tym razem na dłużej niż 3 dni 😉 Pozdrawiamy!

      Reply

Komentuj