Kraje

W 31 godzin do Da Nang

W 31 godzin do Da Nang

Wietnam celowo zostawiliśmy na sam koniec naszego pobytu w Azji. Wybór daty był prosty, chcieliśmy zostać tu na obchody chińskiego/wietnamskiego nowego roku. Nie przewidzieliśmy tylko, że dostarczy nam to sporych problemów w przemieszczaniu się, ponieważ z okazji nadchodzącego święta cały Wietnam postanowił wracać do domu lub jechać do rodziny i to koniecznie z południa na północ jak my, wykupując wszystkie możliwe bilety z dużym wyprzedzeniem.

Po 3 dniach pobytu w Sajgonie podjęliśmy więc rozpaczliwą próbę wydostania się z miasta, licząc się z tym, że bilety  będą o 20% droższe niż normalnie. Biznes jest biznes, a święto to najlepszy biznes, stąd podwyżka. Pierwsze podejście kupna biletów autobusowych do Da Nang, zarówno na dworcu jak i u pośredników w centrum miasta, dzień przed planowanym wyjazdem, zakończyło się kompletną klapą. Przyjechaliśmy zatem na dworzec następnego dnia rano kupić bilety, tam gdzie miła pani powiedziała nam dzień wcześniej, że bilety będą, ale dopiero jutro. Niestety okazało się, że na nasz widok pani załamała bezsilnie ręce, bo biletów „no have”. Obeszliśmy raz jeszcze okienka pozostałych przewoźników i niestety, werdykt zabrzmiał okrutnie „nie da się wyjechać z Sajgonu w tym samym dniu”.  Uparliśmy się, że choćby na pace, to wyjedziemy z miasta i pojedziemy na północ, byle do przodu. Lekko podłamani usiedliśmy, żeby rozważyć dostępne opcje. Uznaliśmy, że jak nie chcą nas wpuścić drzwiami, to wjedziemy oknem…Przeszłam się raz jeszcze po dworcu i znalazłam! Zwykły autobus, niestety bez miejsc do spania i do tego bez klimatyzacji, co prawda do Da Nang miał nas zawieźć w 18h, ale za to był o połowę tańszy od pozostałych! Do tego okazało się, że autobus odjeżdża za godzinę. Mieliśmy jednak szczęście. Szybko kupiliśmy bilety i dopiero się zaczęło.

Dworzec autobusowy w Sajgonie jest wielki, więc sami nie trafilibyśmy  na stanowisko, z którego odjeżdżał autobus. Pani w okienku przekazała nas pod opiekę strażnikowi, który miał nas zaprowadzić we właściwie miejsce, po drodze z kolei on przekazał nas kolejnemu, ten kolejnemu i tak w końcu czwarty zaprowadził nas do autobusu, który przywołał „ciepłe” wspomnienia z hard seatu. Nie zraziło nas to, spodziewaliśmy się, że rarytasów nie będzie. Wokół autobusu panowało małe zamieszanie, trwał właśnie załadunek „bagażu” tzn. cargo: 15 worków 20kg z cebulą, 3 motory na dach, w środku już miejsce było zajęte pod siedzeniami przez worki i kartony, a w korytarzu na środku stało jakieś 15 wiader z farbą. Nasza obecność wywołała jeszcze większe zamieszanie. Podszedł do nas kierowca i z powątpiewaniem spytał, czy jedziemy z nim. Na nasze twierdzące kiwanie głową z uśmiechem uścisnął nam dłonie ze słowami „good luck”.  Okazało się, że przez całą jego 20 letnią karierę byliśmy pierwszymi turystami, którzy z nim pojadą, bo tak podróżują tylko „vietnamese people”. Potem wszyscy zaczęli pokazywać nas sobie palcami i śmiać się. Po 15 minutach rozłożyli nam plastikowe krzesełka, zaczęli robić z nami zdjęcia i z wielkim upodobaniem mierzyli mój kapelusz, który większą część drogi przejechał na głowie jednego z dwóch pilotów autobusu.

W końcu ruszyliśmy, z 40 minutowym opóźnieniem…i zatrzymaliśmy się po 50 metrach, bo podjechał kolejny bus z paczkami i workami i cały cyrk z załadunkiem zaczął się na nowo. Zanim wyjechaliśmy z miasta podjechaliśmy jeszcze do dużego magazynu chłodniczego, gdzie spędziliśmy kolejne 2h, a na złożonych tylnych siedzeniach wylądowały 4 palety owoców i kolejne kartony. Przed wjazdem na autostradę zatrzymaliśmy się raz jeszcze, dwóch pilotów autobusu wybiegło z kartonem pełnym kadzidełek, które zaczęli w pośpiechu odpalać i wbijać w ziemię pod wielkim bilboardem odprawiając cały rytuał modlitwy z kiwaniem się z kadzidełkami w każdym z 4 kierunków. Potem zapalili migające światełka przy ołtarzyku przy kokpicie kierowcy, dołożyli świeże owoce, wodę, kwiaty i odpalili kolejne kadzidełka, które uzupełniali przez całą drogę. Robiło się coraz ciekawiej. Piloci wrzeszcząc przez okno dokąd jedziemy, szybko uzbierali komplet czekających przy drodze pasażerów i załadowani po brzegi ruszyliśmy w trasę.

Miejsca na szczęście mieliśmy koło siebie, co prawda podróż przyszło nam przesiedzieć w pozycji „cnotliwa pensjonariuszka”, bo pod naszymi siedzeniami stały…kartony i worki i nie bardzo było co zrobić z nogami, ale znieśliśmy ją zadziwiająco dobrze. Mieliśmy własne otwierane okno, bardzo przydatny luksus, bo w autobusie można było palić, co większość pasażerów czyniła chętnie, radośnie i nadzwyczaj często. Piloci co chwilę głośno klęli i wrzeszczeli przez okno na pozostałych kierowców autobusów i skuterów, nasz kierowca trąbił mordując klakson co parę sekund, a silnik ryczał, jak zarzynana krowa. Wszystko to odbywało się w towarzystwie ciężkiego, duszącego zapachu kadzidełek i wietnamskich hitów disco.

Do tego w międzyczasie dopakowali nam na dach dwa ładunki: dwa razy po 15 kóz (!!!) i 15 owiec(!!!), które tak sobie jechały na dachu z powiązanymi nóżkami, w workach po nawozie i beczały całą drogę, pełny folklor.  Trzeba było widzieć moją minę, jak Olo obudził mnie w nocy w czasie postoju, żeby pokazać mi co się dzieje. Zerknęłam zaspana przez okno, a tam worki po nawozie…a w tych workach owce i kozy zapakowane po szyje, przewiązane sznurkiem, żeby się zwierzaki nie miotały i nie pospadały. Takie worki z wystającymi główkami :) Po kilku godzinach zaczął do nas dolatywać dość intensywny smród kozik i owczych odchodów, bo zwierzaki zasikały i zasrały worki. Cóż, gdybym jechała na dachu autobusu, którego kierowca pomylił dziurawą drogę z trasą rajdu Dakar, pewnie też bym się zesrała…ze strachu. Podróż miała trwać między 18 a 20h…trwała, jakby nie było,  odrobinę dłużej :)

Niestety nie wszyscy dobrze ją znieśli. Jedna z owiec nie dała rady trudom drogi zionąc ducha w międzyczasie. Chociaż może spadła z dachu? Umknął mi ten moment. Wiem tylko, że zatrzymaliśmy się i pierwsze co zauważyłam wysiadając z autobusu, to zbiorowisko pozostałych pasażerów przy drodze. Owca została komisyjnie wybebeszona nożem przez jednego z pilotów.  Chłopaki rozcięli jej brzuch i wywalili flaki na pobocze, a do brzucha wsypali worek lodu z pobliskiej jadłodajni. Potem zapakowali ją z powrotem do wora i hop na dach. Zdjęć wybebeszanej owcy pozwoliłam sobie nie robić 😉

Do samego Da Nang dojechaliśmy tylko my i część kóz na dachu, część została wyładowana po drodze wraz z owcami.  Niestety przy rozładunku okazało się, że jednej kozy brakuje i rachunek się nie zgadza. Pozostaje tylko domyślać się, co mogło stać się z workiem z kozą, załadowanym na dach pędzącego autobusu.

Bilans podróży: Pchła i Olo cali i zdrowi,  31h w drodze, blisko 900km, -1 koza -1 owca. Jak to powiedziała moja siostra „cóż, widać system nie jest jeszcze idealny” 😀

Komentuj