Kraje

Sajgon City

Posted by in Azja, Kambodża, Wietnam | 2 Comments
Sajgon City

Po 9 dniach leniuchowania i nadrabiania zaległości na blogu, przyszedł czas zmierzyć się z Wietnamem. Oboje byliśmy bardzo ciekawi tego kraju i ruszaliśmy w drogę optymistycznie patrząc w przyszłość. Spodziewaliśmy się przeskoku cywilizacyjnego i pod tym względem nie zawiedliśmy się. Rozczarował nas jednak przeskok kulturowy. Po walce z wszechobecnym naciąganiem i mafią transportową na przejściu granicznym w Tachileik, wydawało nam się, że nie może być już gorzej. Dwa tygodnie spędzone póki co w Wietnamie wyprowadziły nas jednak z błędu. Przed nami kolejne dwa i mamy już trochę dość.

Dojazd z Otres Village do Sajgonu zajął nam cały dzień i całą noc. Najpierw jechaliśmy na dworzec tuk-tukiem za $7. Następnie za $6 do Kampotu minibusem, do którego kierowca upchnął 30 mnichów. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak oni się w nim zmieścili. Z Kampotu chcieliśmy jechać do granicy autobusem za kilka dolarów od osoby, ale skończyło się na taksówce za $15. Autobusem może i by było taniej, ale do ceny biletu doszedłby koszt noclegu, bo odjeżdżał tak późno, że nie dali byśmy rady przekroczyć granicy przed zamknięciem. Wybierając taksówkę mieliśmy szansę kupić bilety na nocny autobus do Sajgonu, odjeżdżający tego samego dnia i zaoszczędzić w ten sposób właśnie na noclegu.

Przejście graniczne w Prek Chak wyglądało jak plac budowy. Droga z ubitej ziemi, z wielkimi dziurami, wszędzie pełno pyłu i kurzu. Kontrola paszportowa odbywała się w baraku skleconym z blachy i drewna. Celnicy nie mieli żadnych komputerów, ich praca polegała jedynie na wbiciu pieczątki wyjazdowej do paszportu. Przy baraku spotkaliśmy parę z dwójką dzieci, która podróżowała w przeciwnym kierunku. Zaczęliśmy wymieniać się doświadczeniami, uwagami i informacjami o cenach. W pewnym momencie, w trakcie rozmowy, chłopak zapytał „Where are you from? Czech Republic?” „No, Poland”, odpowiedzieliśmy chórem. „Aaa… to możemy rozmawiać po polsku”, padła odpowiedź. Jeszcze kilka historii i porad i rozstaliśmy się, ruszając szybko każdy w swoją stronę, bo robiło się już późno.

Po drugiej stronie przejścia krajobraz zmienił się nie do poznania. Droga z dziurami, jak kratery, ustąpiła miejsca szerokiej asfaltowej nawierzchni. Baraki zmieniły się na wielki, reprezentacyjny budynek, z flagą Wietnamu dumnie powiewającą na jego szczycie. To przypomniało nam, jak kilka miesięcy wcześniej jechaliśmy do Mandżurii, przez przejście graniczne w Zabajkalsku. Co prawda siedziba Wietnamskich celników nie była aż tak imponująca, jak Chińskich, ale sama zmiana drewnianych baraków na murowany budynek, była wystarczająco kontrastowa, żeby poczuć się, jak w innym świecie.

Już na granicy odbyła się jednak pierwsza próba wyłudzenia pieniędzy. Trzeba było uzupełnić prosty formularz dotyczący stanu zdrowia. Facet zmierzył nam temperaturę termometrem bezdotykowym i zażądał opłaty $1 za osobę. Według wielu komentarzy w internecie, jest to typowy przekręt na tym przejściu granicznym. Poza tym nigdzie nie widniała oficjalna informacja, że taka opłata jest wymagana, więc odmówiliśmy. Nie chodzi o pieniądze, tylko zwyczajnie nie lubimy czuć się oszukiwani. Facet dużo krzyczał i wciskał nam, że jak nie zapłacimy, to nie dostaniemy dokumentu, który uzupełniliśmy, a bez tego nie otrzymamy pieczątki wjazdowej. Awantura zrobiła się taka, że przyszedł drugi facet, który lepiej mówił po angielsku i też próbował nas przekonać, że opłata jest niezbędna. Pchła powiedziała mu, że wie, że to jest oszustwo i naciąganie, on też to wie, więc spytała dlaczego kłamie nam prosto w oczy. Facet się zmieszał, spuścił wzrok, pokazał palcem na tego od termometru i stwierdził „Talk to him, not to me”, po czym zniknął. Nie chciało nam się dalej dyskutować, więc po prostu poszliśmy do odprawy paszportowej. Facet od termometru dalej krzyczał i aż wyszedł za nami zza biurka, ale na nic się to zdało. Celnik, który spokojnie obserwował całą sytuację, przywołał nas skinieniem ręki. Podaliśmy paszporty i dostaliśmy pieczątki. Guzik go obchodziło jakieś mierzenie temperatury i dokument, bez którego rzekomo nie da się wjechać do Wietnamu. Nasza rada jest więc taka: jeśli kiedyś traficie na jakimś przejściu granicznym na faceta z termometrem, nie dawajcie mu ani grosza, choćby nie wiem, jak był przekonujący. Oczywiście wcześniej trzeba sprawdzić przepisy wjazdowe do danego kraju i upewnić się, czy nie ma jakichś dodatkowych wymagań.

Po przygodzie z termometrem dogadaliśmy się z czekającymi nieopodal kierowcami motorów, którzy zgodzili się zawieźć nas na dworzec autobusowy w oddalonym o 8 kilometrów Ha Tien za $2,50 od osoby. Wyszło drożej, bo ze względu na duże plecaki musieliśmy jechać dwoma motorami.

Na dworcu kierowcy próbowali nas nakłonić do kupienia biletu u zaprzyjaźnionego przewoźnika, ale niestety godzina odjazdu nam kompletnie nie pasowała. Autobus odjeżdżał za wcześnie i do Sajgonu dojechalibyśmy o 3 w nocy. To trochę burzyło ideę autobusu sypialnego, więc musieliśmy poszukać innej opcji. Wybraliśmy nieznacznie droży autobus firmy Kumho Samco za 200000VND od osoby, odjeżdżający o 22:30. Na miejscu mieliśmy być o 6:30 rano. To jeszcze przystępna godzina. Podróż zleciała szybko, chociaż cierpieliśmy trochę na brak miejsca na nogi, jak chyba wszyscy biali, którzy mieli okazję jechać autobusem sypialnym w Wietnamie. Po drodze była nawet przeprawa promowa i byliśmy zaskoczeni ogromnym ruchem, jaki panował na rzece, pomimo zbliżającej się 3:00 w nocy.

Na dworcu autobusowym w Sajgonie okazało się, że mój plecak jest kompletnie przemoczony. W nocy, w trakcie postojów, autobus był myty i najwidoczniej luk bagażowy nie był szczelny, więc woda wleciała do środka. Pech chciał, że mój plecak leżał „plecami” na podłodze. Pchły leżał na moim, więc miała suchy. Przynajmniej tyle dobrego.

Po chwili podjechał bus z logo przewoźnika. Kierowca spytał dokąd chcemy jechać, pokazaliśmy mu na mapie, załadowaliśmy plecaki i ruszyliśmy. Byliśmy mile zaskoczeni serwisem i pomyśleliśmy, że bilet był droższy może właśnie dlatego, że w cenę wliczony jest przejazd do centrum. Niestety okazało się, że padliśmy ofiarą Wietnamskich spryciarzy od wyciągania kasy. Bus zawiózł nas jedynie do biura przewoźnika, które znajdowało się tak daleko od centrum, że marsz, do tego z przemoczonym plecakiem, nie wchodził w grę. Przed biurem oczywiście czekały „taksówki” i nie mieliśmy wyjścia, jak tylko wziąć jedną z nich, za 5 dolarów. Później dopiero przekonaliśmy się, że trzeba było zostać na dworcu, bo przed głównym wejściem można było złapać autobus miejski do centrum za jedyne 7000VND od osoby. Dla porównania $5 to obecnie 100000VND. No cóż, wiedza kosztuje, a niewiedza, jak widać, jeszcze więcej. Postanowiliśmy jednak nie psuć sobie tym humorów i skupić się na znalezieniu niedrogiego noclegu, żeby odrobić chociaż część „strat”. Poszukiwania rozpoczęliśmy w okolicach ulicy Pham Ngu Lao, na której mieści się mnóstwo barów, knajpek, restauracji, hosteli i hoteli. Taka Khao San w lokalnym wydaniu, chociaż znacznie mniejsza i dużo mniej tłoczna, nawet wieczorem. Celowaliśmy w nocleg za nie więcej niż $8 za pokój dwuosobowy i szybko okazało się, że w tej okolicy nie mamy czego szukać. Najtańszy pokój, na jaki trafiliśmy ($12) był małą, ciemną i brudną norą bez okna, na najwyższym piętrze w budynku bez windy. Pościel poplamiona i na oko nie zmieniona po poprzednich gościach, zaduch i silny zapach grzyba dobiegający z łazienki skutecznie nas odstraszyły. Spaliśmy już w różnych norach w czasie naszej podróży, nawet w gorszych, niż ta i nie mamy wygórowanych wymagań, ale czyste prześcieradło na łóżku to niezbędne minimum, jakie spodziewamy się otrzymać w zamian za najniższą nawet opłatę. Standard pokoju może być beznadziejny, ale spanie na poduszce, na którą być może jeszcze wczoraj w nocy ktoś się ślinił, leży poza kręgiem naszych zainteresowań :)

Zrezygnowani chcieliśmy już wyciągnąć więcej pieniędzy z portfela. Zaczynała się trzecia godzina od kiedy wysiedliśmy z autobusu i powoli zwyczajnie mieliśmy dość. Podjęliśmy jeszcze jedną próbę – odeszliśmy kilka przecznic od turystycznego centrum, żeby tam spróbować szczęścia. Nagle wszystkie hotele i guesthousy gdzieś zniknęły. Kawiarnie i knajpy ustąpiły miejsca straganom z warzywami i mięsem. Trafiliśmy w sam środek porannego targu, przez który ciężko było się przecisnąć. Brnęliśmy powoli pod prąd i w pewnym momencie Pchła poślizgnęła się na nie do końca zmytych z chodnika rybich wnętrznościach. Udało jej się złapać równowagę, ale zdążyła się mocno uderzyć w stopę. Po chwili stało się jasne, że dalszy marsz z plecakiem nie wchodzi w grę. Szczęśliwie, dosłownie za rogiem, wyrósł przed nami hotel, rodem jak z lat 70-tych. Dostępny za $10 pokój znajdował się oczywiście na najwyższym, siódmym piętrze, a windy oczywiście nie było. Za to był czysty i miał okno. Do tego piętro wyżej był taras, z którego mieliśmy bardzo dobry widok na całe miasto, bo hotel był jednym z najwyższych budynków w okolicy. To wystarczyło, żeby nas przekonać.

Ja z przemoczonym plecakiem i Pchła ze stłuczoną stopą, doszliśmy jakoś na górę i wdarliśmy się do łazienki, jak byśmy nie widzieli prysznica od miesiąca 😉 Jakiś czas później ruszyliśmy w miasto. Napotkani wcześniej podróżnicy mówili nam, że Sajgon nie ma nic do zaoferowania i trzeba z niego szybko uciekać, bo jest drogo i nudno. Nie do końca się z tym zgadzamy, ale faktycznie na dłuższą metę nie ma tu co robić. Na obejście centrum spacerem wystarczy jeden dzień. Można jednak znaleźć tu kilka ciekawych miejsc, które możecie obejrzeć w galerii poniżej. Mi najbardziej podobał się chyba jednak Rosyjski market, znajdujący się niedaleko naszego hotelu. Prócz stoisk z masą podrabianych ciuchów i tandetnej biżuterii, był tam mały sklep, oferujący między innymi Rosyjskie korniszony, kiełbasy i sery, a nawet piwo, które pamiętamy jeszcze z Moskwy i kolei transsyberyjskiej. Aż nam się łezka w oku zakręciła!

2 Comments

  1. Domi
    24 lutego 2014

    Ooo! Niedawno byliśmy na tym samym przejściu! :) Chyba depczemy Wam po piętach, bo w przyszłym tygodniu lądujemy w Auckland 😀

    Reply
    • Pchła
      3 marca 2014

      To koniecznie dajcie znać z tego Auckland!!! My już za chwilę lądujemy na Południowej Wyspie, ale zabawimy w NZ jakiś czas 😉

      Reply

Komentuj