Kraje

Kambodża da się lubić

Posted by in Azja, Kambodża | No Comments
Kambodża da się lubić

Po wizycie w Phnom Penh udaliśmy się na południe z nadzieją na mały odpoczynek. Wybraliśmy przejazd autobusem firmy Capitol za $5 do Sihanoukville. Naczytaliśmy się sporo kiepskich opinii o tym miejscu. Wiele osób pisało, że trzeba uciekać jak najszybciej do pobliskiego Kampotu, póki jeszcze nie jest tam tak samo źle. Miały być imprezy do rana, absurdalnie zawyżone ceny, masa pijanych i naćpanych ludzi, dziewczyn na godziny i kierowców tuk-tuków sprzedających marihuanę. Jechaliśmy więc z nastawieniem, że zostaniemy na dzień czy dwa, szybko rzucimy okiem, jak to wygląda, a później przeniesiemy się do Kampotu. Skończyło się jednak inaczej. Zostaliśmy na 9 dni i wyjeżdżaliśmy z wielkim żalem…

Ponownie zobaczyliśmy kambodżańską mafię transportową w akcji. Zbliżając się do dworca autobusowego w Sihanoukville, obserwowaliśmy po drodze leżących na siedzeniach swoich pojazdów kierowców tuk-tuków, którzy na widok przejeżdżającego autobusu zrywali się nagle i wyciągali telefon, albo… krótkofalówkę! Mafia działa, trzeba dać znać innym śpiącym na dworcu, że jadą „białe portfele”. Na miejscu, zanim jeszcze drzwi zostały otwarte, autobus obsiadło kilkunastu facetów. Pokazywali sobie nawzajem palcami wysiadających pasażerów – zaczął się podział łupu. „Nasz” facet niestety nie wyszedł dobrze na tym podziale, bo zdecydowaliśmy się opuścić dworzec na piechotę. Jak się po chwili okazało – jako jedyni pasażerowie z autobusu, którym przyjechaliśmy. Na dworcu jest oficjalny cennik za transport w różne rejony, który naszym zdaniem jest zawyżony, a kierowcy i tak chcą więcej, niż z niego wynika. Nie próbowaliśmy się nawet targować, bo poza dworcem zawsze jest taniej, a do tego chcieliśmy szybko odwiedzić konsulat Wietnamu, żeby złożyć wnioski o wizę. Szczęśliwie znajdował się on niedaleko od dworca, w zasięgu marszu z plecakiem na plecach. Dotarliśmy do niego w jakieś 20 minut, wypełniliśmy papiery, zostawiliśmy paszporty i zapłaciliśmy za wizy. Zostałem z plecakami przy wejściu do konsulatu, a Pchła wyszła na ulicę poszukać transportu. Po dłuższej negocjacji ustaliła z jednym z kierowców przejazd za $5, czyli 40% taniej, niż w oficjalnym cenniku na dworcu i ponad połowę taniej, niż faktycznie na dworcu proponowali.

Dystans do pokonania był całkiem spory, bo wynosił blisko 11 kilometrów. Z konsulatu na najbliższą plażę można by dojść nawet na piechotę, ale postanowiliśmy jechać na najdalej położoną plażę Otres 2. Uznaliśmy też, że nie będziemy spać w domku na plaży, tylko w pobliskiej wiosce, oddalonej od brzegu morza o jakieś 15 minut spacerem. Kierowcy nie byliśmy w stanie wytłumaczyć dokąd ma nas zawieźć, więc wysadził nas przy samej plaży i resztę drogi musieliśmy pokonać pieszo, mimo nieznośnego upału.

Wysiłek został jednak wynagrodzony. Trafiliśmy do miejsca, w którym zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia i zostaliśmy dużo dłużej, niż pierwotnie planowaliśmy. Hostel Hacienda oferował wszystko, czego potrzebowaliśmy. Położenie z dala od masowych imprez, małe domki za przyzwoitą cenę, bar z dobrym i niedrogim jedzeniem, a co najważniejsze: niepowtarzalną atmosferę oraz przemiłych gości i właścicieli. Jako para wybraliśmy komfort prywatności, ale dla zainteresowanych ciekawostką może być, że Hacienda oferuje darmowe (!) noclegi w jednym z dormów. W ramach powitalnego drinka, Karina i Eddie poczęstowali nas kieliszkiem Jägermeistera! Brzmi już, jak idealne miejsce na całe tygodnie leniuchowania? To jeszcze nie wszystko. Plaża Otres 2 jest praktycznie pusta. Jest na niej tylko kilka knajp z leżakami, parasolami, hamakami i domkami, z których wychodzi się wprost na ciepły biały piasek, ale nie ma tam głośnej muzyki ani całonocnych imprez. Prócz tego przez kilka kilometrów jest tylko morze i piasek. Każdego dnia można oglądać w ciszy i spokoju piękny zachód słońca i wypoczywać godzinami w samotności czytając książkę albo pisząc bloga :) Do tego w barach i knajpach przy plaży można dostać pracę w zamian za drobne wynagrodzenie lub nocleg i wyżywienie. Większość barów na plaży, o ile nie wszystkie, prowadzone są przez białych, więc w każdym menu pełno jest zachodniej kuchni. To jeszcze też nie wszystko. W małej wiosce, w której mieści się Hacienda, jest sklep z barem, który prowadzi zawsze uśmiechnięty Tony. Oferuje tam proste, ale tanie i smaczne jedzenie i wszystkie rzeczy niezbędne dla kogoś, kto planuje zostać tam na dłużej. Piwo można tu kupić za $0,65, a smażony ryż z warzywami za $1,65. Kosmetyki i przybory toaletowe też są w bardzo przystępnych cenach. Jeśli ktoś szybko nudzi się ciszą i spokojem, znajdzie w wiosce coś dla siebie. W każdą sobotę organizowany jest nocny market, który jednak w niczym nie przypomina typowych azjatyckich nocnych marketów. Nam kojarzy się raczej z festiwalami, na których pracowaliśmy w Anglii. Jest scena z muzyką na żywo, jest bar z alkoholem, pełno iluminacji, dekoracji, miejsc do siedzenia i sporo niewielkich stoisk, na których można kupić proste jedzenie. Praktycznie każde z nich jest prowadzone przez mieszkających tu na stałe Australijczyków czy Anglików albo Irlandczyków. Azjatyckich potraw więc praktycznie brak, co może być miłą odmianą. Cały market jest w zasadzie wielką imprezą dla obcokrajowców, dzięki czemu można poznać wielu innych podróżników.

To wszystko sprawiło, że mieliśmy ochotę porzucić dalsze plany i zostać tam na kilka miesięcy, minimalnym wręcz nakładem finansowym. Prawdę mówiąc, gdyby nie ograniczające nas terminy, związane z wizą do Nowej Zelandii, pewnie byśmy tak zrobili. Zresztą kto wie? Może jeszcze zrobimy?

Komentuj