Kraje

Taksówką przez Kambodżę

Taksówką przez Kambodżę

Było już „Koleją przez Syberię” i „Autobusem przez Laos”. Teraz do listy dodajemy „Taksówką przez Kambodżę”, ale od początku.

Przejście przez granicę z tajskiego Aranyaprathet do kambodżańskiego Poipet jest jak podróż w czasie. O jakieś 20 lat wstecz. Do samego przejścia jechaliśmy spokojni, mając już za sobą trzykrotny „visa run” do Birmy, bagaż doświadczeń i dobry internetowy research, jak zwykle. Wyposażeni w masę przydatnych informacji o tym, jak nie dać się oszukać na każdym kroku podczas przekraczania granicy i czego się spodziewać, stawiliśmy się na przejściu granicznym z samego rana. Procedura po tajskiej stronie przebiegła jak zwykle gładko. Ot, czysta formalność, kolejny stempel w paszporcie. Potem zaczęła się jazda bez trzymanki…

Wizę na granicy łatwo uzyskać. Wystarczy uzupełnić prosty formularz, załączyć zdjęcie i zapłacić $20. Przynajmniej tyle przeczytaliśmy w internecie. Celnik przyjmujący od nas wnioski wizowe, zażądał dodatkowej opłaty 100thb (10zł) od osoby za nie wiadomo co. Był dobrze przygotowany. Na wypadek gdyby ktoś udawał, że nie rozumie po angielsku, miał napisane na karteczce, że wiza kosztuje $20 plus 100thb. Kiedy powiedzieliśmy, że nie zapłacimy, bo nie mamy już tajskiej waluty, przeliczył opłatę i zażądał dolarów. Zamiast tego zobaczył klasyczną minę z cyklu „ta, jasne…” i pokazaliśmy mu palcem wiszący na ścianie oficjalny cennik, w którym stoi jak byk, że wiza kosztuje 20 dolarów. On znowu swoje, że opłata jest konieczna,a my swoje. Tak kilka razy, aż usłyszeliśmy znane szeroko w Azji „OK, OK” i obeszło się bez opłaty za opłatę.

Po drugiej stronie wkroczyliśmy do trzeciego świata. Od razu uderzył nas okropny smród błota, śmieci i Bóg jeden wie czego jeszcze. Wszędzie pełno resztek jedzenia, plastikowych worków, butelek i innych odpadów. Pełno żebraków bez kończyn i ubranych w jakieś łachmany brudnych dzieci, które wyciągają rękę po pieniądze. Zaczęli się też naganiacze, szumnie nazywający się przewodnikami turystycznymi, którzy piękną angielszczyzną bardzo chętnie i bezinteresownie tłumaczą, jak po uzyskaniu wizy trafić na przystanek darmowego autobusu, który zawiezie nas na dworzec. Naganiacze są życzliwi (za bardzo) i uprzejmi (też za bardzo). Do tego każdy ma zawieszoną na szyi uwiarygodniającą legitymację. Każda ma seryjny numer 1…

Dworzec to oczywiście kolejna pułapka przygotowana przez mafię transportową. Darmowy autobus z granicy faktycznie jest darmowy, chociaż podobno czasem kierowca próbuje wyłudzić opłatę. Na miejscu można kupić zdecydowanie za drogi bilet na autobus ($9). Pewnie w cenę wliczony jest darmowy autobus z granicy… Nie przejechaliśmy się nim jednak i postanowiliśmy znaleźć jakiś transport poza mafią.

Opcji dojazdu do Siem Reap zostało nam więc niewiele. Pierwszą, na którą liczyliśmy, jest poranny autobus za 5 dolarów, rzekomo odjeżdżający o 8:00. Rzekomo, bo niestety nie udało nam się na niego zdążyć. Nie jesteśmy więc w stanie ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że takowy faktycznie był. Ponoć tak. Drugą jest popołudniowy autobus, za 7 dolarów. Tyle przynajmniej wyszperaliśmy w internecie. Tej informacji niestety też nie możemy potwierdzić, ale po kolei.

Po załatwieniu wizy bez opłaty za opłatę, przecisnęliśmy się przez tłum naganiaczy oferujących taksówki do Siem Reap za 30 dolarów. Wszyscy mówili, że taksówką dojedziemy szybciej, że nie ma autobusu, że się zepsuł, spłonął i tak dalej. Ta, jasne…Większość dała sobie spokój, kiedy powiedzieliśmy im, że nie mamy pieniędzy, ale mamy czas. Jeden jednak nie odpuścił. Wsiadł na motor i powoli jechał za nami, dzwoniąc gdzieś co chwilę i proponując ciągle swoją taksówkę. Szybko znaleźliśmy biuro lokalnego przewoźnika autobusowego, poprosiliśmy o bilet do Siem Reap i usłyszeliśmy „no have”. Spojrzeliśmy najpierw na siebie, a potem na wiszący obok rozkład jazdy, z którego wynikało, że autobusy jeżdżą. Pokazaliśmy palcem na rozkład i znowu to samo: „sorry, no have”. Poszliśmy do innego przewoźnika i to samo. „No have”. Zamiast tego zaproponował taksówkę. Trzeci też. Wtedy zaczęło do nas powoli docierać, co się dzieje. Jadący za nami całą drogę na motorze facet, dzwonił do wszystkich, żeby nam nie sprzedawali biletów. Obeszliśmy jeszcze kilka miejsc i schemat był taki sam. Jak tylko zbliżaliśmy się do jakiegoś przewoźnika albo pośrednika, facet wyciągał telefon i dzwonił, a zaraz potem było „no have”. Krew nas zaczęła zalewać, kiedy po raz chyba setny podjechał i znowu puścił gadkę, że nie ma autobusu i że on nam załatwi taksówkę za $30. Wtedy nie wytrzymałem i powiedziałem mu, żeby się od nas w końcu odczepił i że nie ma autobusu, bo się o to postarał. Poszliśmy dalej, a facet ruszył za nami. Mijała druga godzina od przekroczenia granicy, a my dalej byliśmy w punkcie wyjścia. Upał sięgał 35 stopni i chodzenie z dużymi plecakami na plecach powoli dawało o sobie znać. Szliśmy w sumie tak długo, że dotarliśmy na dworzec, na który przyjeżdżały darmowe autobusy. Tam nasz prześladowca podjął kolejną próbę wciśnięcia nam taksówki, na co Pchła powiedziała mu, że nawet jak pojedziemy taksówką, to na pewno nie od niego i sami ją sobie załatwimy. Facet poddał się dopiero jak weszliśmy na dworzec…

Tam okazało się jednak, że autobusu za 9 dolarów „no have” aż do wieczora, ale można u nich zamówić taksówkę za 12 dolarów za osobę. Zrezygnowani usiedliśmy w poczekalni, żeby odpocząć i naradzić się co dalej. Po jakimś czasie podszedł do nas jeden z naganiaczy i poinformował, że mamy wielkie szczęście, bo akurat zebrała się grupa do minibusa i możemy nim pojechać za 10 dolarów od osoby. Z uśmiechem podziękowaliśmy. Po naradzie Pchła została na dworcu, a ja obszedłem jeszcze raz biura kilku przewoźników i pośredników, już bez plecaka i bez prześladowcy na motorze. Taktyka „bez plecaka” sprawdziła się już kilka razy. Jak widzą turystę z plecakiem, który szuka transportu, wychodzą z założenia, że mu się spieszy, żeby gdzieś dojechać i wołają więcej kasy. Nie raz dojechaliśmy gdzieś taniej, kiedy na czas negocjacji cenowych chowaliśmy plecaki za krzakiem nieopodal albo gęsto zaparkowanymi wzdłuż drogi skuterami. Tym razem niestety nic z tego. Chyba mnie zapamiętali, bo usłyszałem klasyczne już „no have”.

Wróciłem na dworzec. Pchła w międzyczasie przypomniała sobie, że gdzieś za „miastem” jest drugi dworzec autobusowy, ale nie mieliśmy już siły tam iść. Jechać pewnie by nie było sensu, bo tylko by nas obdarli z kasy, a na miejscu pewnie „no have” autobusu do Siem Reap. Rozważaliśmy też złapanie stopa, ale doszliśmy do wniosku, że pewnie wszyscy już wiedzą, że kombinujemy i jak spróbujemy coś złapać, to podjedzie taksówka. W akcie desperacji wyczailiśmy nawet autobus z wycieczką Rosjan i próbowaliśmy się z nimi zabrać, ale nic z tego nie wyszło. Nie dałem za wygraną i stwierdziłem, że trzeba powęszyć trochę wokół dworca, na którym byliśmy. Znowu zostawiłem Pchłę z plecakami i zapuściłem się w uliczki dookoła. Popytałem tu i tam, pogadałem z kilkoma kierowcami i jakimś ochroniarzem. Gdzieś podzwonili, przyjechał jakiś samochód, trochę negocjowaliśmy i stanęło na 7 dolarach za osobę. Dalej zbyt dużo, ale powoli nie było wyjścia. Już się odwracałem, żeby iść po Pchłę, a nagle przyszedł ten ochroniarz, pogadał z „moim” kierowcą i cena skoczyła do 8 dolarów. No szlag by go trafił, chciał swoją działkę! Walczyłem jak mogłem, ale nic nie pomagało i zrezygnowany musiałem przystać na te 8 dolarów. Cena była za dzieloną taksówkę, to znaczy mieliśmy jechać z kimś jeszcze.

Tuż za miastem zatrzymaliśmy się na „stacji benzynowej”, czyli małej chatce przy drodze. Okazało się, że stara Toyota Camry, którą jechaliśmy, była przerobiona na gaz. Siedząc w środku, z lekkim niepokojem obserwowaliśmy tankowanie. Z chatki wyjechała na małych kółkach wielka butla gazu z przyczepionym do niej jakimś silniczkiem. Od niego do samochodu pociągnęli gumowego węża z dziwną, podłużną końcówką. Stało się jasne, że to prowizoryczny kompresor. Tankowanie trwało nieznośnie długo, a ja cały czas myślałem „Matko Boska, zaraz wybuchniemy”. Pchła w międzyczasie opróżniła swój portfel i zaczęła upychać gotówkę w lewą, a karty w prawą miseczkę stanika, obawiając się, że padamy ofiarą kolejnego oszustwa, że po drodze wsiądzie kilku facetów, wywiozą nas gdzieś razem i okradną. Ja stwierdziłem, że i tak już za późno i czekałem na rozwój sytuacji. Po kilkunastu minutach byliśmy znowu w drodze. Kilka postojów później siedzieliśmy z tyłu z około 80-letnim Khmerem bez zębów, a na przednim siedzeniu pasażera siedzieli obok siebie kobieta po 60-tce i młody chłopak, który położył otrzymaną od kierowcy poduszkę na hamulec ręczny, żeby ten nie wbijał mu się za bardzo w tyłek. Część tobołów nie zmieściła się do bagażnika i leżała na klapie, przywiązana do niej sznurkiem. Nie zabrakło też lokalnych muzycznych hitów, które kierowca co chwilę puszczał głośniej. Co jakiś czas asfalt się kończył i przez kurz szutrowej drogi praktycznie nic nie było widać.

Gnaliśmy przez Kambodżę w rytmie disco, ściśnięci z Khmerami w starej Toyocie. Uśmiech nie schodził nam z twarzy przez całą drogę.

Komentuj