Kraje

Chiang Mai, subiektywnie

Posted by in Azja, Tajlandia | 2 Comments
Chiang Mai, subiektywnie

W Chiang Mai początkowo mieliśmy zostać na chwilę. Byliśmy tu już wcześniej i tak nam się spodobało, że postanowiliśmy wrócić. Na dłużej niż kilka dni. Tak to sobie wymyśliliśmy. Szybko jednak planowane kilkanaście dni zmieniło się w ponad 2 miesiące.

Na początku wydawało nam się, że mamy kupę czasu i będzie nam się dłużyło albo szybko nam się znudzi, jednak tak się nie stało. Pomimo, że egzotyka szybko nam spowszedniała, każdego dnia docenialiśmy klimat miasta i jego okolic. Pierwszy raz od bardzo dawna nigdzie nam się nie spieszyło, niczego nie musieliśmy i nigdy nie mieliśmy za mało czasu. To trochę jak wakacje, które pamiętamy z dzieciństwa, kiedy każdy dzień wydawał się nieskończenie długi, a dwa miesiące były niepojętym ogromem czasu. Zatrzymując się na tak długo w jednym miejscu mogliśmy wreszcie schować duże plecaki do szafy i spokojnie planować krótkie wycieczki za miasto, tak samo, jak przed podróżą planowaliśmy weekendowe wypady ze znajomymi.

W trakcie 2 miesięcy odwiedziliśmy wiele fantastycznych miejsc zarówno w mieście, jak i okolicach. Poniżej przedstawiamy kilka wybranych, które naszym zdaniem powinny znaleźć się na liście każdego podróżnika odwiedzającego północ Tajlandii.

Wat Doi Suthep

To jedna z największych atrakcji Chiang Mai. Świątynia położona po drodze na szczyt górującej nad miastem Doi Suthep jest wyjątkowo piękna. Ze względu na położenie, roztacza się z niej wspaniały widok na miasto. Minusem jest opłata za wstęp (50thb) i sporo turystów, więc najlepiej przyjechać tu wcześnie rano, wynajętym dzień wcześniej skuterem, żeby w spokoju podziwiać świątynię. Trzeba tylko założyć coś ciepłego, bo rano potrafi tam być zimno.

Ban Kun Chang Kian

Wioska plemienia Hmong położona w masywie Doi Suthep. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich kawoszy. Nawet, jeśli ktoś nie przepada za tym napojem, z pewnością doceni malowniczą lokalizację i możliwość zajrzenia na małą ekologiczną uprawę kawy, żeby zobaczyć jak przebiega cały proces jej produkcji. Więcej na temat tego miejsca możecie przeczytać tutaj.

Borsang

Mała miejscowość na wschód od Chiang Mai. Znajduje się tam centrum rękodzieła wyrabianego z papieru. Można tam zobaczyć jak produkowany jest papier, z którego powstają później parasole, ramki do zdjęć, albumy na fotografie, abażury do lamp, wachlarze, kartki okolicznościowe i wiele innych rzeczy. Brak opłat za wstęp, najlepiej dojechać skuterem, bo jest tanio, szybko i można to połączyć z inną wycieczką.

Huay Tung Thao

Jezioro położone parę minut jazdy skuterem na północ od miasta. Obowiązuje opłata za wjazd, która wynosi 20thb. Nad jeziorem można spędzić cały dzień, siedząc w jednym z bambusowych domków na wodzie, czytając książkę i mocząc nogi w chłodnej wodzie. Można też zamówić posiłek w jednej z wielu restauracji. Jedzenie jest dobre, ale droższe niż w mieście. Jeśli jednak ktoś chce spróbować, jak smakuje świeży grillowany wąż albo smażona żaba, należy wybrać się właśnie tu. Prócz tego jest oczywiście sporo innych potraw.

Świątynie w mieście

Temat wielki, jak Mekong. Świątyń w Chiang Mai jest mnóstwo i ciężko zdecydować, która jest najlepsza. Wybraliśmy kilka z nich, które możecie zobaczyć w galerii. Na uwagę zasługuje Wat Suan Dok. Codziennie od 9:00 do 18:00 można tam przyjść porozmawiać z mnichami. Jeśli interesuje nas kultura, tradycje i religia Tajlandii, to będzie doskonałe miejsce, żeby dowiedzieć się więcej u źródła. Swoją drogą, wiedzieliście, że wielu „mnichów” to kryminaliści? Poważnie, to nie żart! Za drobne przestępstwa można trafić za kratki albo…do klasztoru.

Warorrot Market

A gdyby tak odejść kawałek od turystycznej mekki, zostawić z boku wszystkie te nocne, sobotnie i niedzielne markety z masą chłamu i podkręconymi cenami? Wsiąść na rower, zabrać koszyk i udać się tam, gdzie zakupy robią miejscowi? Kupić worek truskawek albo świeżą wędzoną rybę za grosze? W Chiang Mai jest takie miejsce! Warorot Market przypomina trochę taką halę targową. Przechodząc między wąskimi alejkami  kolejnych budynków można kupić absolutnie wszystko począwszy od świeżego mięsa, owoców morza, kwiatów, przez ciuchy, a nawet tkaniny na metry. Zdecydowanie warto się tu wybrać!

Plemię Karen

Nad wizytą u tzw. „długich szyi” zastanawialiśmy się chwilę, ale w końcu świadomie z niej  zrezygnowaliśmy. Na północy Tajlandii znajduje się kilka niewielkich plemion żyjących w ubogich, prymitywnych wioskach schowanych w górach. Stanowią one mniejszość etniczną o odmiennej od tajskiej kulturze i nierzadko języku. Znajomość zwyczajów panujących w danej wiosce to podstawowa wiedza, jaką należy mieć zanim wywrócimy życie lokalnej społeczności do góry nogami.

Miejsca takie najlepiej odwiedzać z lokalnym przewodnikiem, który powie nam co i jak, zanim strzelimy poważną gafę lub kogoś obrazimy. Przewodnik zazwyczaj sam wywodzi się z miejsca, w które nas zabiera, dlatego wybór odpowiedniej osoby jest tak istotny. Ponoć zdarzały się nawet pobicia wśród mieszkańców po tym, jak ktoś dostał od przyjezdnych prezent w postaci jakiegoś drobiazgu, a ktoś inny nie. Wchodząc do wioski niewłaściwą ścieżką, zarezerwowaną tylko dla mieszkańców sprowadzamy na wioskę złe duchy, które wg lokalnych wierzeń, trzeba później udobruchać, żeby sobie poszły. Mniejszości etniczne stanowią dobro kulturowe, o które trzeba dbać i które trzeba pielęgnować.

Niestety plemię Karen do nich nie należy. Jest to atrakcja czysto turystyczna stworzona tylko i wyłącznie na potrzeby turystów, masowo odwiedzających to miejsce, by przywieźć piękne zdjęcia kobiet z metalowymi obręczami na szyi. Wioski, bo jest ich kilka,  jak to opisuje wiele osób, wyglądają jak ludzkie zoo. Mieszkający tam ludzie nie stanowią faktycznego plemienia, ale jedynie zbiór poprzebieranych „okazów” pozujących do zdjęć, po uiszczeniu opłaty wstępu, która i tak trafia w ręce kogoś innego.

Nie zobaczymy tam prawdziwego życia małej społeczności. Dlatego odpuściliśmy, żeby nie nakręcać przemysłu turystycznego dodatkowo.

Chiang Rai

Prawdę mówiąc właśnie tam zjedliśmy najgorsze jedzenie w trakcie całego pobytu w Tajlandii. Dosypali tyle glutaminianu, że jego słony smak był nie do zniesienia. Pierwszy raz nie daliśmy rady zjeść tego, co zamówiliśmy, bo było tak niedobre. Mieliśmy pewnie pecha i trafiliśmy w złe miejsce. Samo miasto ma spokojny, senny klimat i kilka ciekawych atrakcji do zaoferowania. Warto więc wybrać się na tam chociaż na jeden dzień. O części z nich można poczytać tu.

Chiang Rai

Pod koniec Grudnia z radością, żalem i sentymentem opuściliśmy Chiang Mai. Radością, bo jednak się trochę zasiedzieliśmy i mieliśmy już ochotę ruszyć z powrotem w trasę. Żalem, bo moglibyśmy tam spędzić cały rok i dalej by nam się nie znudziło. Sentymentem, bo w naszych sercach miasto to znalazło swoje szczególne miejsce, a pakując plecak wywieźliśmy z niego masę pozytywnych wspomnień na całe życie.

Sylwestra spędziliśmy na plaży, w małej, schowanej z dala od turystów wiosce, położonej kilkanaście minut jazdy na wschód od Rayong. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć nietypowy pomnik: radosne kalmary, uśmiechające się do wielkiej butelki sosu chili. Dwa dni później ruszyliśmy w stronę granicy z Kambodżą. Podobno jeżdżą jakieś bezpośrednie autobusy z Rayong do Aranyaprathet przy granicy (np. Yellowbus), ale dworzec, z którego odchodzą znajduje się daleko poza miastem, więc dojazd jest drogi. Ostatecznie pojechaliśmy tak zwanym „lokalsem” do Chanthaburi (80thb, 3 godziny) i tam przesiedliśmy się na autobus do Burirum, który po drodze stawał w Aranyaprathet (160thb, 4 godziny). Ponieważ dojechaliśmy na miejsce koło 17, postanowiliśmy zostać gdzieś na noc zanim przekroczymy granicę. Szybko znaleźliśmy przyzwoity, czysty pokój w Aran Garden 2 Hotel za 250thb.

Przejście graniczne oddalone jest o 6km od miasta, więc następnego dnia zdecydowaliśmy się nie maszerować tyle z plecakami, bo temperatura przekraczała 35 stopni. Wybraliśmy lokalny transport za 15thb starą zardzewiałą ciężarówką, która na pace miała ławki. Po drodze kierowca momentami musiał trzymać drzwi do kabiny, bo same się otwierały. Kilkanaście minut później, pozytywnie nakręceni, z lekkimi obawami i ciekawością, zarzuciliśmy plecaki na plecy, ścisnęliśmy paszporty w dłoniach i ruszyliśmy do Kambodży.

 

2 Comments

  1. Gośka
    7 stycznia 2014

    Wszystkiego dobrego w nowym roku! Abyście mieli co dla nas, czytelników, opisywać 😉

    Reply
    • Pchła
      9 stycznia 2014

      Dziękujemy bardzo i wzajemnie! Materiał zbieramy rzetelnie: zdjęcia robimy, wspomnienia spisujemy 😉 Mam nadzieję, że czytelnikom będzie z nami w 2014 dalej po drodze! :)

      Reply

Komentuj