Kraje

Pasztet w Laosie, czyli wizyta w Luang Prabang

Posted by in Azja, Laos | No Comments
Pasztet w Laosie, czyli wizyta w Luang Prabang

Po całym dniu jazdy na nierównych laotańskich drogach i podskakiwania na siedzeniu, dotarliśmy do Luang Prabang. Na dworcu autobusowym czekało oczywiście mnóstwo kierowców oferujących transport do miasta po astronomicznych cenach, sprawnie organizując transport skołowanym przyjezdnym. Nie chcieliśmy się zgodzić na takie zawyżone opłaty, a oni nie chcieli zejść z ceny. W efekcie po krótkiej chwili zostaliśmy na dworcu tylko my, bo inni turyści, upakowani do 3 songtaewów, zgodzili się na opłaty z księżyca bez mrugnięcia okiem. Dopiero, kiedy zaczęliśmy zbierać nasz bagaż i odchodzić od dworca, cena nagle spadła o połowę, do akceptowalnego poziomu. To sprawdzony sposób „negocjowania” cen w tej części świata;) Szybko dojechaliśmy do zarezerwowanego wcześniej przez internet hostelu, który okazał się totalną klapą. Cena wysoka, a pokój dramatyczny. Brudno, jak cholera i zagrzybiona łazienka z odpadającymi kafelkami, w której nikt od dawna nie sprzątał. Pościel poplamiona i chyba nie zmieniana po poprzednich gościach. Ręczniki raczej też nie były prane. Na szczęście przezornie zarezerwowaliśmy tylko jeden nocleg w tym miejscu (Muonglao – stanowczo odradzamy). Kosztowało nas to około 75zł za pokój czteroosobowy. Na następny dzień wynieśliśmy się do znacznie lepszego miejsca, gdzie w pokojach i łazience było czysto, a cena była prawie o połowę niższa: 60000 kipów za pokój dwuosobowy, czyli jakieś 24zł. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że w takich małych miejscowościach nie warto rezerwować z wyprzedzeniem, lepiej szukać czegoś na miejscu.

Po przeniesieniu się do nowego miejsca ruszyliśmy na spacer po Luang Prabang. Dawno temu mieściła się tu stolica Królestwa Miliona Słoni, jak niegdyś nazywano Laos. Obecnie miejscowość znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, dzięki ciekawemu połączeniu architektury kolonialnej z XIX i XX wieku z tradycyjną, laotańską. Jest tu też mnóstwo świątyń, które powstawały na przestrzeni setek lat i są świetnie zachowane, jest więc co zwiedzać i podziwiać. Miasto świetnie nadaje się na krótki postój i odpoczynek od podróży. Panuje tu relaksująca atmosfera, każdy jest wyluzowany, nikt się nigdzie nie spieszy. Życie płynie powoli, swoim tempem. Wszyscy są życzliwi i uśmiechnięci, ceny nie są wygórowane (ale wyższe, niż w Tajlandii), a widoki nad rzeką przepiękne. Wydawać by się mogło, że to raj. Po części faktycznie tak jest, Luang Prabang bardzo nam się podobało i bardzo tam odpoczęliśmy. Jednak pomimo tego, że mnóstwo osób zatrzymuje się tam nawet na parę miesięcy, dla nas nie byłoby to dobre miejsce. Przede wszystkim dlatego, że na dłuższą metę miasto jest nudne. Ma do zaoferowania głównie świątynie. Prócz tego nocny market no i może ładny widok na Mekong, zwłaszcza w miejscu, w którym wpada do niego mniejsza rzeka- Nam Khan. Poza tym nie bardzo jest tam co robić, a turystyczna część Luang Prabang jest tak mała, że z jednego końca na drugi można przejść w jakieś 15-20 minut. Oczywiście to nasz punkt widzenia, bo zwiedziliśmy już kilka nocnych marketów i buddyjskich świątyń i zaczynają się nam one zlewać w całość. Każda kolejna wygląda identycznie jak poprzednia. Niby egzotyczne i zupełnie inne od świątyń na zachodzie, ale to tak, jakby odwiedzić, na przykład w Polsce, kilkanaście kościołów w ciągu jednego dnia? No właśnie… Jeśli jednak ktoś nie czuje przesytu świątyniami, nie będzie rozczarowany. Do tego brak tam (choćby małego) szpitala czy porządnego supermarketu. Do tego oferta na długoterminowe pobyty jest bardzo mała i ceny wysokie. Jest tylko mnóstwo wszelakiej maści przybytków dla turystów. Kawiarnie, restauracje, bary, knajpy, pamiątki i „ręczne” wyroby z chińskiej manufaktury są dosłownie wszędzie, przynajmniej w centrum. Wszystkie budynki wyglądają, jak nowe, każdy jest wypieszczony i prawie się błyszczy. Poza centrum, gdzie żyją mieszkańcy, sytuacja nie wygląda już tak kolorowo.

Pozostałe „atrakcje” turystyczne mieszczą się w okolicach Luang Prabang. Nie jest to nic szczególnego, a raczej typowa oferta w tej części świata: góry, wioski, trekkingi, wodospady, słonie. Nuda. Gdzieś tam można jeszcze pozjeżdżać na linach, ale to też nic nowego, a do tego drogo jak cholera. W zasadzie z całego miasta najciekawszy był dla nas market spożywczy, na którym wieczorem jest kilka stoisk typu bufet. Za 10000 kipów (4zł) dostajemy talerz, na który nakładamy co chcemy i ile chcemy. Widzieliśmy tam ludzi, którzy na talerzu tworzyli tak zwany „kopiec kreta”, a później jedli we dwójkę… O dziwo, nie byli to Polacy 😉 Laos najbogatszy nie jest i dla niektórych mieszkańców takie stoisko z jedzeniem to główne źródło utrzymania. Rozumiemy, że ktoś może mieć niski budżet na podróż, ale bez przesady. Oszczędność rzędu 1 euro w taki sposób to wstyd i siara…

Już pierwszego dnia naszego pobytu spotkaliśmy znajomych Finów, z którymi rozstaliśmy się wcześniej w Wientian. Okazało się, że chłopaki zmienili plany i przyjechali bezpośrednio do Luang Prabang, zamiast do Vang Vieng. Swoją drogą my z góry postanowiliśmy ominąć to miasto szerokim łukiem, bo uchodzi za imprezowe centrum Laosu, gdzie masa pijanych i naćpanych ludzi znajduje rozrywkę w spływaniu rzeką na oponach, dętkach i kajakach w rytmie głośno puszczanego techno z okolicznych barów. Widoki co prawda są tam ładne, ale szukaliśmy raczej miejsca do odpoczynku, a nie imprezowania do białego rana. Swoją drogą, w naszym nowym pokoju na ścianie wisiał regulamin. Napisane w nim było, że w pokoju nie można kręcić filmów porno z udziałem nieletnich (a niech to! :P) oraz, że wg obowiązującego w Laosie prawa, wszyscy turyści mają wracać do swoich pokojów najpóźniej o północy. Taka godzina policyjna. Rzeczywiście, przekonaliśmy się o tym już drugiego dnia, kiedy nasza czwórka wraz ze znajomymi z Finlandii wybrała się wieczorem na piwo do baru Utopia. Krótko przed północą obsługa wyłączyła muzykę i informowała każdego, że za chwilę bar będzie zamknięty. Jak wszystkie inne w mieście, pozostawało więc tylko wrócić do pokoju. Może to i dobry sposób na utrzymanie porządku w mieście. Swoją drogą polecamy bar Utopia – fajna, hipisowska atmosfera, wszędzie są miejsca do leżenia i każdy chodzi na boso. Do tego przyjemna muzyka i ciekawy wystrój. Można tam zapomnieć o upływającym czasie.

Niestety zakaz imprezowania dotyczy tylko turystów. Laotańczycy albo są z tego zwolnieni, albo mają to gdzieś. Któregoś wieczoru, w domu tuż koło naszego hostelu, odbywała się impreza urodzinowa, co poznaliśmy po głośno „śpiewanym” pijackim tonem „happy birthday”. Znali niestety tylko początek, który powtarzali co chwilę, kilkanaście razy. Potem była dyskoteka, ognisko i tańczenie na ulicy, gdzieś do 3 albo 4 w nocy…Mimo wszystko spędziliśmy wspaniałych kilka dni z naszymi przyjaciółmi- Moniką i Marcinem, ciesząc się przede wszystkim swoim towarzystwem i każdą wspólną chwilą, przymykając oczy na takie sytuacje. Podróżować we czwórkę jest zawsze raźniej i weselej, a rzeczy nieistotne schodzą gdzieś na drugi plan.

W czasie pobytu w Luang Prabang zauważyliśmy też, że mieszkańcy obsługujący nas zarówno na straganach, jak i w knajpach czy restauracjach, a nawet w hostelu, mają problem z liczeniem. Nawet na kalkulatorze. Wielokrotnie zdarzało się, że rachunek był zbyt wysoki, albo zdecydowanie za niski. Wytłumaczenie obsłudze, że coś jest nie tak w jedną, albo drugą stronę, nie zawsze było proste. Trzeba w każdym razie pilnować rachunków i liczyć samemu, żeby wszystko się zawsze zgadzało i żeby ktoś z obsługi nie musiał dopłacać do naszego posiłku z własnej kieszeni.

Szczytem była jednak wizyta w polecanej, drogiej i ładnie wyglądającej restauracji Lao Lao Garden. Tam, na pierwszej stronie menu, zamieszczono długą informację, której treść nas lekko zbulwersowała. W skrócie: napisano, że Laos jest jednym z najbiedniejszych krajów na świecie, że na ulicach nie ma starszych osób, bo nie dożywają takiego wieku, że brak opieki medycznej, że ludzie pracują cały tydzień po kilkanaście godzin dziennie i że żyją za marne grosze, więc jak rachunek będzie zawyżony, to nic z tym nie wypada robić, bo w końcu co to dla nas parę dolarów czy euro, a ludzie tu przecież tacy biedni… Cała „historyjka” brzmiała, krótko mówiąc, jak usprawiedliwienie oszukiwania gości. Bieda nie tłumaczy braku uczciwości. Dla nas to hipokryzja i granie na emocjach, bo właścicielami większości restauracji i knajp są tam „biali”.

Na koniec jeszcze wesoła anegdotka :) Pewnego dnia mieliśmy ochotę zobaczyć ładny zachód słońca. Wybraliśmy się więc na górę Phu Si znajdującą się w centrum starego miasta. Po drodze na szczyt trzeba było (a jakże) zapłacić za bilet: 20000 kipów (8zł). W ramach tego biletu można spróbować znaleźć miejsce wśród dziesiątek innych osób czekających na zachód. Na górze jest mega tłoczno i trwa walka o zdjęcia. Ciężko złapać jakiś dobry kadr, kiedy co chwilę ktoś ostentacyjnie pakuje się przed obiektyw, ze swoim aparatem w dłoni. Nawet, kiedy wychylić się ostro przez barierkę, żeby nikt nie zasłaniał widoku, zaraz znajdzie się kilka osób, które wychylą się bardziej :) Kiedy próbowaliśmy znaleźć dobre miejsce, poczuliśmy się też na chwilę jak w domu. Usłyszeliśmy za plecami znajomą polską mowę:

„-Daj mi ten pasztet.

-Została jeszcze Sucha Krakowska?

-Nie.

-A gdzie masz serki? Pasztet się kończy.”

Komentuj