Kraje

Wientian w naszym obiektywie

Posted by in Azja, Laos | No Comments
Wientian w naszym obiektywie

W Wientian spędziliśmy zaledwie 2 dni, a tak właściwie to można policzyć to jako jeden pełny dzień. Zaraz po przekroczeniu granicy razem z Finami- Jooelem, Samulim i Akselim- znaleźliśmy nocleg i jak tylko zrobiło się ciemno usiedliśmy do zawężania przyjaźni polsko-fińskiej. Wieczór turystycznie spisaliśmy na straty, ale w końcu nie samym oglądaniem widoczków i atrakcji człowiek żyje. Poza tym żal nam było się rozstawać. Chłopaki postanowili jechać dalej nazajutrz, my uznaliśmy, że zostaniemy na jeden pełny dzień w Wientian, żeby zobaczyć, co miasto ma do zaoferowania. Chcieliśmy też uniknąć jazdy na noc, bo ominąć takie górskie widoki po drodze? Co to, to nie.

Jest jedna dobra wiadomość , Wientian da się zwiedzić w 12h. Bez problemu. Oczywiście nasze oglądanie nie obejmowało muzeów, galerii etc. Ale główne punkty odwiedziliśmy. Mając do dyspozycji cały dzień postanowiliśmy się nie spieszyć i raczej zafundować sobie przyjemny spacer, zwłaszcza, że panujący upał był nie od zniesienia. Olo i ja odwykliśmy od takich temperatur podczas pobytu w Chinach i podróży przez Rosję, a Monika i Marcin dopiero co przyjechali z jesiennej Polski.

Miasto utrzymane jest w klimacie kolonialnym, co jest pozostałością po obecności Francuzów. Z resztą zapis nazw ulic, tablice na budynkach administracji i nie tylko, podane w wersji laotańskiej i francuskiej, zdają się wyraźnie podkreślać, kto się tu wcześniej zasiedział. Jako, że Laos to taka francuska prowincja, nie mogło zabraknąć tu Łuku Triumfalnego! Ciężko nazwać go zabytkiem, bo Patuxai wzniesiono zaledwie jakieś 60 lat temu, pod koniec lat 50-tych, następnie został zniszczony podczas zawirowań politycznych, które przetoczyły się przez Laos, by w końcu przyjąć ostateczna formę pod koniec lat 60-tych. Budowla nie robi szczególnego wrażenia, ale warto wdrapać się po schodach na górę, mijając na poszczególnych piętrach małe targi handlowe z pamiątkami, pocztówkami, a nawet odzieżą. Z góry bowiem rozciąga się przepiękny widok na główną arterię miasta.

Spod łuku udaliśmy się dalej, w kierunku Pha That Luang- Złotej Pagody, która jest symbolem Loasu. Złoty wierzchołek widać z daleka. Pagodę można zwiedzać do 16:00, wystarczy tylko kupić bilet za 5000 KIP. Tuż przed nią stoi Pomnik Króla Sethathiratha. Obok znajdują się dwie świątynie: Wat Thatluang Tai i Wat Thatluang Neua. Kiedy doszliśmy na miejsce, w środku trwały akurat nabożeństwa, słychać było powtarzaną przez mnichów mantrę przeplataną uderzeniami w gong i bęben. Wsłuchując się uważnie w rytmiczne, powtarzane uderzenia, zgodnie z buddyjską symboliką, słyszymy odgłos deszczu, burzy i wiatru. A przynajmniej powinniśmy 😉 Zupełnie nieświadomie trafiliśmy na obchody buddyjskiego święta, przypadającego właśnie na początek listopada. Pod świątynią Wat Thatluang Neua trwała feta, poustawiano stoły z jedzeniem. Dookoła mnóstwo ludzi, pielgrzymów i mnichów. Przyglądaliśmy się z ciekawością z boku i nie uszło to uwadze ludzi, którzy zaprosili nas do stołu! Podjęliśmy wyzwanie i uśmiechami siedliśmy razem z nimi. W zamian dostaliśmy po misce wieprzowej zupy z lokalnymi ziołami, papryką chilli i noodlami i po butelce wody, a na deser  zawijane w liście bananowca słodycze z zagęszczonego mleka kokosowego i  cukru trzcinowego. Starsza Laotanka, która zaprosiła nas do stołu skrupulatnie opisała nam po angielsku co jedliśmy. Takich ciekawskich, jak my zauważamy jeszcze kilku. Stali wertując przewodnik LP i rozglądając się po stołach, na zapraszające gesty speszyli się i stwierdzając prawdopodobnie, że w przewodniku nie ma ani słowa o tym, co właśnie widzą odeszli przestraszeni.

Dzień skończyliśmy chwilą zadumy, podczas zachodu słońca obserwowanego nad Mekongiem, tuż obok oddalonego od centrum miasta nowiutkiego deptaku. Z żalem przyznajemy, że jak na stolicę, Wientian wydaje się być nieco zaściankowy. Miasto jest niewielkie, atrakcji jako takich niewiele. Większość turystów i backpackerów spotkać można właśnie nad Mekongiem w licznych knajpach i restauracyjkach. Siedząc tam nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przyjechałam do Międzyzdrojów 15 lat temu.

Komentuj