Kraje

Do Laosu przez Tajlandię

Posted by in Laos, Tajlandia | No Comments
Do Laosu przez Tajlandię

W Chinach byliśmy krótko. Trochę żałujemy, a trochę nie, jednak taki był nasz plan i traktujemy spędzony w nich czas jako przedsmak dalszego zwiedzania, którego zamierzamy się kiedyś podjąć. Od kiedy tylko wyznaczyliśmy datę początku podróży, wyznaczony był też termin spotkania z siostrą Pchły i naszym najlepszym przyjacielem. Spotkanie zaplanowaliśmy w Bangkoku na 28 października. Po kilku dniach spędzonych w Sznaghaju skierowaliśmy więc kroki na lotnisko Pudong.

Zdecydowaliśmy się na lot Philippine Airlines z przesiadką w Manili i nie żałujemy ani złotówki. W czasie, kiedy rezerwowaliśmy bilety, można było za prawie co do grosza tą samą cenę polecieć znacznie szybszym połączeniem Air Asia, ale nie ma co porównywać narodowego przewoźnika do taniej linii lotniczej. Co prawda na miejsce dotarli byśmy w kilka zamiast kilkunastu godzin, ale nigdzie nam się nie spieszyło i mieliśmy ochotę na odrobinę komfortu :) Philippine Airlines zaskoczyło nas serwisem na pokładzie, który tylko nieznacznie ustępował takim liniom, jak Qatar Airways czy Emirates. Niestety w samolocie nie był dostępny nowoczesny system rozrywki z ekranem w oparciu fotela przed pasażerem, ale nadrabiali wielokanałowym radiem z szerokim wyborem muzyki i rozmieszczonymi co kilka rzędów ekranami, na których wyświetlane były jedne z najnowszych filmów, dostępne nawet po angielsku. Drobne niedogodności zostały szybko zrekompensowane na koniec posiłku. Zarówno w trakcie lotu z Szanghaju do Manili, jak i z Manili do Bangkoku, na deser dostaliśmy lody! :)

Lotnisko w Manili jest jednak małe i nieciekawe, oczekującym pasażerom szybko zaczyna doskwierać nuda. Sytuację ratują trochę ogólnodostępne komputery z internetem i darmowe WiFi, jednak połączenie jest przeraźliwie wolne i otwieranie każdej strony trwa wieki. Chociaż dzięki temu można zabić więcej czasu :) Pomimo ruchu bezwizowego dla Polaków, nie można jednak opuścić lotniska czekając na transfer nawet kilka godzin. Służby imigracyjne nie pozwalają na to i nakazują pozostać w strefie odlotów.

Koniec końców, dolecieliśmy w komfortowych warunkach do Bangkoku chwilę po 21:00. Na lotnisku Suvarnabhumi lądowaliśmy już czwarty raz i nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy „w domu”.

Odprawa paszportowa zajęła nam jakieś trzy minuty, bo nie było żadnej kolejki. Zabraliśmy plecaki i poszliśmy na stację kursującego na lotnisko pociągu. To chyba najtańsza opcja dojazdu z lotniska do centrum, pod warunkiem, że nie wybierze się linii ekspresowej. Nie ma co dawać się naciągnąć na czekające przed wejściem taksówki, bo z pociągu z lotniska spokojnie można przesiąść się na metro, albo Sky Train, które dowiozą nas w większość turystycznych miejsc w Bangkoku. Tutaj ciekawostka: Bangkok, pomimo że wielokrotnie większy od Warszawy, też ma tylko jedną linię metra!

W B angkoku byliśmy już wcześniej dwukrotnie, więc odpuściliśmy sobie atrakcje typu pałac królewski i zdecydowaliśmy się opuścić miasto czym prędzej. Wcześniej ustalona przez naszą czwórkę trasa wiodła na północ, do Nong Khai przy granicy z Laosem. Bez problemu kupiliśmy bilety z miejscami do spania dzień przed odjazdem pociągu za niecałe 700thb na osobę. Jadąc nocnym pociągiem oszczędzaliśmy w końcu na koszcie noclegu, a podróż była komfortowa, chociaż pociąg nie sunął gładko, tylko rzucał na lewo i prawo.

Miejsca koło nas w pociągu zajmowało trzech młodych chłopaków, którzy dziwnie nam się przyglądali, jakby z lekką obawą czy niesmakiem. W końcu złapaliśmy wspólny język przy piwie i okazało się, że są z Finlandii i byli przekonani, że jesteśmy… z Rosji! Zakończyli właśnie obowiązkową w ich ojczyźnie służbę wojskową i wybrali się w kilkumiesięczną podróż po Azji południowo-wschodniej. Opowiadali, jak w wojsku każdego dnia mówiono im, że szkolą się, aby byli gotowi na trzy rzeczy : Rosjan, Rosjan i Rosjan :)

Po długiej rozmowie zdecydowaliśmy, że łączymy tymczasowo nasze wyprawy i spędzamy czas w Nong Khai razem. Finowie nie planowali co prawda spędzić tam nocy, ale skusiła ich opcja znalezionego przeze mnie wcześniej hostelu na uboczu, który na swoim terenie miał basen :) Po całonocnej podróży pociągiem każdemu marzyło się, żeby wziąć prysznic i do niego wskoczyć. Okazało się jednak, że trochę się przeliczyłem z oszacowaniem odległości od dworca kolejowego do hostelu i maszerowaliśmy kilka kilometrów z plecakami na plecach w pełnym słońcu, wylewając przy tym siódme poty zanim dotarliśmy w końcu na miejsce, często pytając po drodze o wskazówki. Nasz wysiłek został nagrodzony, na miejscu faktycznie był basen, do tego wyglądało na to, że byliśmy jedynymi gośćmi i cały był tylko dla nas! Byliśmy tylko lekko rozczarowani, że korzystanie z basenu wiąże się z dodatkową opłatą 50thb, ale w końcu nie można zbyt dużo narzekać, kiedy dwuosobowy pokój w bungalowie koło niego kosztuje 10zł za osobę. W Każdym razie gorąco polecamy Banmaa Home Stay, zdjęcia możecie obejrzeć w galerii.

Tego samego dnia wieczorem wybraliśmy się na poszukiwanie okolicznej restauracji. Zamiast tego trafiliśmy do przydrożnej jadłodajni, gdzie kuchnia była zbita z kilku płacht blachy falistej i paru kawałków drewna. Tam staraliśmy się zamówić grillowaną kaczkę, ale nic z tego nie wyszło. Byliśmy pewni, że dogadaliśmy się z obsługą na migi, pokazując obrazki w menu wywieszonym na płachcie koło kuchni, ale zamiast zamówionego jedzenia dostaliśmy po trochę ze wszystkiego co mieli, łącznie z rzeczami, które przypominały smażone na głębokim oleju dżdżownice albo coś w tym stylu :) Stół był absolutnie przeładowany jedzeniem i z wielkim trudem daliśmy radę wszystkim potrawom w 7 osób, a na koniec dostaliśmy rachunek, wg którego za tą gigantyczną ucztę wychodziło około 10zł na osobę, razem z browarem! Ten do najtańszych w Tajlandii nie należy, bo puszka 0,33l w sklepie kosztuje koło 3zł, a duża butelka około 5zł. Do dzisiaj nie mamy pojęcia co jedliśmy, ale było smaczne i nikt z nas nie miał problemów z żołądkiem, więc śmiało możemy powiedzieć, że nie ma co się obawiać jedzenia w takich miejscach, polecamy gorąco!

Na następny dzień wstaliśmy wcześnie, żeby udać się na granicę. Na piechotę dotarliśmy z hostelu do dworca autobusowego, skąd za 10thb od osoby dojechaliśmy tuk-tukiem do łączącego Tajlandię z Laosem mostu przyjaźni. Po wyjazdowej odprawie paszportowej przejechaliśmy rozpadającym się autobusem na drugą stronę mostu (15thb). Tam czekała nas niemiła niespodzianka, bo okienko, które przyjmowało aplikacje o wizę, zostało zamknięte z powodu przerwy na lunch. Czekaliśmy jakąś godzinę zanim mogliśmy złożyć aplikacje i wnieść opłatę w wysokości $30. Co ciekawe dla Finów opłata była nieznacznie wyższa, wynosiła $35. Pół godziny później każdy z nas miał już w paszporcie zajmującą całą stronę wizę do Laosu na 30 dni i bez problemu złapaliśmy transport (20thb) do centrum Wientian.

Komentuj