Kraje

Loy Krathong 2013

Loy Krathong 2013

Tytułem wstępu: Loy Krathong przypada na pełnię dwunastego miesiąca wg tajskiego kalendarza lunarnego pokrywającego się z drugim miesiącem kalendarza Królestwa Lanny (czyli obecnej północnej Tajlandii). Obchodom Loy Krathong towarzyszy festiwal światła, czyli Yee Peng, w którym mieliśmy okazję uczestniczyć.

Faktycznie, od 16 listopada w mieście trwa wielka feta, strzelają fajerwerki, na ulicach pełno ludzi odpalających petardy i zimne ognie, ale przede wszystkim od kilku dni niebo usiane jest wypuszczanymi  ku czci Buddy lampionami. Nie mogliśmy tego przegapić!  Już kilka dni wcześniej zrobiliśmy szybki wywiad, gdzie najlepiej oglądać całewidowisko, wypadające 15 listopada.

od 16 listopada w mieście trwa wielka feta, strzelają fajerwerki, na ulicach pełno ludzi odpalających petardy i zimne ognie

Padło kilka propozycji: koło bramy Tha Pae, gdziekolwiek nad rzeką, albo na terenie centrum buddyzmu Lanna Dhutanka koło miejscowości Mae Jo. Zdecydowaliśmy się na ostatni wariant- polana, świątynia, nabożeństwo i medytacja. Teren ceremonii oddalony jest jakieś 15km od miejsca, w którym obecnie jesteśmy, naturalnie więc zrodził się problem „jak my tam dojedziemy?”. Co prawda pomyśleliśmy, że nie powinno być problemy ze złapaniem Songtaew’a (czyli publicznego środka transportu, czegoś pomiędzy tuk-tukiem a busem) w drodze na ceremonię, ale obawialiśmy się, jak to będzie z powrotem. Po szybkim przekalkulowaniu różnych opcji, przeanalizowaniu za i przeciw, pożyczyliśmy skuter za 200THB na 24h i pognaliśmy, żeby zdążyć na czas. Do Mae Jo dojechaliśmy bez przeszkód, zwinnie przeciskając się między masą aut jadących w tym samym kierunku. Skuter zaparkowaliśmy na parkingu tuż przy wejściu na teren kompleksu Lanna Dhutanka, mimo że kilka osób uprzedzało nas, że od parkingu trzeba przejść 1,5km albo i więcej. Nie trzeba było.

Na miejscu zdziwiło nas nieco, że na 1,5h przed kulminacyjnym momentem wypuszczania tysięcy lampionów jest właściwie pusto i tylko parę osób niepewnie zajmuje miejsca na trawie wokół głównej „sceny”, a mnisi…zamiatają chodniki, ale nie zrażeni tym faktem postanowiliśmy rozejrzeć się za najlepszym miejscem do robienia zdjęć, z nadzieją, że coś się w końcu zacznie dziać. Szybko zerknęłam na zegarek „nie no, jak nic zostało 1,5h”, ale trochę nie pasowało nam, że jak na tak późną godzinę słońce jest nadal dość wysoko, a przecież lampiony będą leciały, jak się już ściemni. Coż, okazało się, że zepsuł mi się zegarek i przyjechaliśmy ponad 2h za wcześnie! Wracanie nie miało już sensu, więc usiedliśmy na kamiennych schodach przy tarasie, z którego pięknie widać było całą polanę i postanowiliśmy czekać. W miarę upływu czasu koło nas wyrastały statywy fotograficzne, jeden obok drugiego i w ciągu kilkudziesięciu minut na schodach nie można było się już ruszyć. Chcąc utrzymać dobre miejsca, utknęliśmy na dobre. W efekcie na kamiennych schodach przesiedzieliśmy i przemedytowaliśmy ponad 5h! Ceremonia owszem zaczęła się zgodnie z planem o 18:30, ale moment wypuszczenia lampionów poprzedziło kolejne nabożeństwo, medytacja, szkolenie w zakresie puszczania lampionów i próba generalna „na sucho”. W centrum placu, na przygotowanym podium, w rzędach siedzieli mnisi, z nogami splecionymi w kwiat lotosu, każdy z nich tuż przed sobą miał szklany znicz w kształcie kuli z podskakującym wewnątrz płomieniem. Od tego siedzenia i medytowania bolała mnie już nie tylko głowa. W chwili wątpliwego intelektualnego uniesienia, obserwując główną arenę, rzuciłam „Olo, patrz mnisi maja kulki między nogami!”, „to chyba akurat dobrze”, usłyszałam. To zdecydowanie był mój dzień :) W końcu rozległ się dźwięk piosenki o khom loy’ach (czyli lampionach) i wszyscy na ustalony sygnał zaczęli odpalać swoje lampiony od powbijanych w ziemię pochodni. Moment, w którym pierwsze lampiony, napełnione gorącym powietrzem,  zaczęły unosić się w powietrze, a za nimi kolejne, by w końcu zasłonić całe nocne niebo wraz z akompaniamentem radosnej piosenki był chyba najpiękniejszą chwilą w moim życiu. Zdecydowanie udzieliła nam się obojgu atmosfera i podniosłość ceremonii. Całe widowisko trwało może 30min, ale zdecydowanie warto było na to czekać, nawet 5h na kamiennych schodach.

Po powrocie do centrum, korzystając z pożyczonego skutera, objechaliśmy jeszcze miasto, żeby zobaczyć, co i gdzie się dzieje. Niestety impreza przy bramie Tha Pae połączona z wyborami Miss i Mistera festiwalu w niczym nie przypominała tej z Mae Jo. Masa turystów, masa jedzenia, głośna muzyka, zero miejsca do puszczania khom loy’ów. Za to około północy, przez przypadek, trafiliśmy na paradę przy nocnym markecie.

W niedzielę, 17 listopada wypadał dzień pełni i kumulacja obchodów w całym mieście. Wybieraliśmy się na spacer po starej części miasta, wzdłuż kanału. To co zobaczyliśmy, przerosło nasze oczekiwania, całe miasto udekorowane szykowanymi od kilku dni  instalacjami świetlnymi, wszędzie pełno świeczek! Wzdłuż ogrodzeń domów, na płotach, na balkonach, wzdłuż chodników, na ruinach murów! Świątynie przepełnione palącymi świeczki i wypuszczającymi lampiony ludźmi. Chyba nikt nie został tego dnia w domu. Niestety dało się to odczuć, bo całe miasto było ekstremalnie zakorkowane.

Dla zaspokojenia własnej ciekawości udaliśmy się tez pod główną trybunę festiwalu nad rzeką. Niestety odradzam tą opcję każdemu. Tłum ludzi, latające w przypadkowych kierunkach fajerwerki i lądujące co chwilę na kablach nad ulicą spadające lampiony. Zero klimatu, zero atrakcji.

Na koniec, tuż przed północą,  odwiedziliśmy świątynię Wat Paham położoną nad rzeką Ping, żeby uczestniczyć w ceremonii puszczaniu krahtongów na wodę. Okazało się, że byliśmy tam jedynymi turystami. Nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi, za to my chłonęliśmy każdą sekundę: widok przystrojonej światłami czedi, mnichów robiących krathongi z bambusa i świeczek i modlących się w ciszy ludzi. Ale przede wszystkim widok sznurka migających ogniem świec krathongów, płynących wężykiem z prądem rzeki. Byliśmy oczarowani, na dłuższą chwilę usiedliśmy nawet wewnątrz świątyni, żeby się wyciszyć. Spytałam nieśmiało mnicha czy nie będzie miał nic przeciwko, jeśli zrobię kilka zdjęć. W odpowiedzi otrzymałam ciepły, przyzwalający uśmiech, a po kilku minutach ten sam młody mnich przyniósł nam tradycyjne ciastko z ryżu, kokosa i orzeszków ziemnych, które dostał jako ofiarę od wiernych. To była wymarzona pointa całego festiwalu Loy Krathong. Na terenie świątyni zostaliśmy jeszcze chwilę, wsuwając ze smakiem smakołyk z ryżu.

I jak tu siedzieć w miejscu i nadrabiać blogowe zaległości, kiedy tuż obok dzieją się takie rzeczy?!

Na koniec kilka praktycznych informacji dla osób wybierających się na Yee Peng do Mae Jo w  przyszłym roku:

1. Wstęp na ceremonię jest bezpłatny!

2. Obowiązuje dresscode! Zalecane jest ubranie tradycyjnego północnego-tajskiego stroju, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby ubrać się skromnie: długie spodnie/spódnica i bluzka zasłaniająca ramiona i dekolt w przypadku pań.

3. Ceremonia wypuszczania lampionów zaczyna się o 18:30 (faktycznie puszczanie lampionów wypada ok. 20:00), jednak seria nabożeństw i medytacji rusza już od 13:00.

4. Na miejscu można bez problemu kupić picie oraz jedzenie (większość dań w cenie 30THB, za sprzedawane na  miejscu żetony), im bliżej ceremonii, tym wybór dań coraz mniejszy.

5. Nie można przywieźć swojego lampionu! Ze względów bezpieczeństwa i ochrony środowiska  na terenie Lanna Dhutanka za 100 THB można kupić lampiony wykonane z bambusa i papieru z recyklingu. Lampiony z metalowym stelażem, po wylądowaniu na licznych wokół liniach wysokiego napięcia mogą powodować zwarcia itd.

6. Nie ma żadnego problemu z powrotem z ceremonii do Chiang Mai, wystarczy dojść do głównej drogi (jakieś 20 min), żeby bez problemu wsiąść do jednego z kilkudziesięciu czekających Songtaew’ów lub tuk-tuków.

7. Warto pamiętać, że tydzień po festiwalu Yee Peng w tym samym miejscu odbywa się identyczna ceremonia w języku angielskim, niestety płatna $100/os, co prawda w tej cenie mamy miejsce siedzące, lunch i lampion, ale zdecydowanie polecam właściwą ceremonię, bez całej otoczki „dla turystów”.

Zapraszamy do galerii zdjęć!

 

Komentuj