Kraje

Gdzie jeść w Chinach?

Gdzie jeść w Chinach?

Oboje uwielbiamy jeść. Nie jest to żadna tajemnica. O naszej miłości do jedzenia, szczególnie tzw. „street food” wie każdy, kto choć trochę nas zna. Nie ukrywam, że to właśnie jedzenie stanowi ważny element naszej podróży, bo jak lepiej poznać lokalne zwyczaje, jak właśnie nie od kuchni? Jedzenie obojgu nam daje wiele radości i zazwyczaj satysfakcji, ale jest przede wszystkim dobrym polem eksperymentalnym.  Zarówno w Pekinie, jak i w Szanghaju, zastanawialiśmy się, gdzie się stołować, żeby było tradycyjnie, smacznie, dobrze i tanio.

Restauracje

Nie polecam wybierania drogo wyglądających restauracji, szczególnie tych, które szeroko opisywane są w przewodnikach. Jest to właściwie zasada, której staramy się przestrzegać: „sprawdź co polecają w Lonely Planet, żeby wiedzieć, gdzie NIE jeść”. Niestety, obszerny opis w przewodniku nie daje gwarancji dobrej jakości, a z dużym prawdopodobieństwem powoduje wywindowanie ceny oraz dostosowanie menu do zachodnich kubków smakowych. Owszem restauracji jest mnóstwo, niestety rzadko spotkamy tam rodzimych mieszkańców.

Fast food

Dobrą alternatywą dla wykwintnych restauracji są coraz bardziej popularne „sieciówki”, które w Chinach można spotkać na każdym kroku. Jest to odpowiedź na zachodnie fast foody i niestety również część propagandy, wskazującej, że własne jest dobre, a zachodnie-złe. Ceny w takich miejscach są rozsądne, jedzenie- niezłe. To dobra opcja dla tych, którzy w kwestiach kulinarnych „chcieliby, ale się boją”.

Chińskich fast foodów jest mnóstwo! Nie będę opisywać każdego po kolei, bo nie udało mi się przetestować wszystkich. Jednak do najpopularniejszych, które trzeba wspomnieć, należą: MrLee (z logo łudząco podobnym do logo KFC) serwujące potrawy kuchni chińskiej, Dicos z bogatą ofertą dziwacznych burgerów i smażonych kurczaków, ale też mniejsze, lokalne jak Babi Mantou, gdzie kupimy chińskie pampuchy z nadzieniem.

Oczywiście nie brakuje zachodnich marek, wśród których najpopularniejsze jest KFC, widoczne na każdym kroku, ale po dłuższych poszukiwaniach spokojnie znajdziemy Burger King’a, McDonalds’a, a po posiłku wypijemy kawę w Starbucks’ie. O dziwo, spotkamy tu więcej Chińczyków niż „białych”. Jako, że w Chinach mało kto mówi po angielsku, przy zamówieniu pokazane zostanie nam obrazkowe menu, na którym spokojnie wskażemy, co chcemy.

Garkuchnie

Dobrym wyborem, który zdecydowanie polecam są rodzinne garkuchnie.  Wystarczy zejść z głównej ulicy, zapuścić się w którąś z bocznych uliczek i voila! To, że na zewnątrz stoją dwa stoliki i 4 plastikowe krzesła (albo nie ma ich w ogóle) nie znaczy, że trzeba takie miejsce ominąć szerokim łukiem! Wchodząc do środka poczujemy się prawie jak gość na rodzinnym obiedzie. Jedzenie jest zawsze świeże i starannie przyrządzone. Lokale, choć niewielkie, prowadzone są najczęściej przez kilka pokoleń, a oferowany smak wypływa z tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Garkuchnie mają swoich stałych klientów, którzy co chwilę przychodzą i wychodzą. Posiłek trwa krótko, poprzetykany jest głośnym chrząkaniem i mlaskaniem, i najczęściej sfinalizowany papierosem, który na koniec ląduje na podłodze. Podobnie jak jedzenie, serwetki czy opakowania po pałeczkach. Niech więc nie zaskoczy nas pozorny „brud”. To kwestia tutejszej kultury i obyczajów oraz wyraz uznania, że nam smakowało.

Street food

Powszechnie dostępny i chyba najbardziej popularny pozostaje tzw. „Street Food”. Tu zaczyna się temat rzeka, któremu poświęcę osobny wpis. Mnogość ulicznych straganów serwujących jedzenie jest w całej Azji zadziwiająca. Chociaż wielokrotnie omijane i w większości niedocenione przez turystów mają wiele do zaoferowania. Największym jednak ich plusem jest to, że jak na dłoni widać, w jakich warunkach i z jakich składników przygotowywane są posiłki , czego o restauracjach zdecydowanie powiedzieć nie można.  Dodatkowo swoje zamówienie dostajemy praktycznie od ręki, a  popularność i względne bezpieczeństwo naszego żołądka najłatwiej ocenić po liczbie klientów. Przestrzegając podstawowych zasad przy wyborze tzn. organoleptycznie oceniając czystość takiej polowej kuchni oraz polowego kucharza i jego dłoni i przede wszystkim unoszący się wokół zapach, zapewnimy sobie spokój zarówno podczas jedzenia, jak po nim.

W Chinach jedzenie, jakie by nie było, jest prawie zawsze smaczne i nie mówię tu o dziwacznych wynalazkach, jak prażone skorpiony czy koniki morskie. Nie ma możliwości, żeby nie było, ponieważ Chińczycy do swoich potraw dodają wręcz hurtowe ilości glutaminianu sodu. Słyszeliśmy o tym już wcześniej, ale traktowaliśmy bardziej jak mit. Co prawda, podejrzane wydawało nam się, że spora część potraw ma bardzo podobny posmak, a ja reaguję na nie alergicznie, jednak chcieliśmy wierzyć, że to kwestia lokalnych przypraw. Z resztą szklanka wapna, czy tabletka na alergię po jedzeniu, rozwiązywały problem. Nasze wątpliwości rozwiało odkrycie w Tesco w Szanghaju całej półki z kilogramowymi opakowaniami z glutaminianem sodu. W obronie chińskiej kuchni dodam, że na szczęście glutaminianu nie używają wszyscy, nie zawsze i nie do wszystkiego.

Komentuj