Kraje

Jak przetrwać w chińskim pociągu?

Jak przetrwać w chińskim pociągu?

Dużym szokiem i mocnym przeżyciem była dla nas podróż koleją z Mandżurii do Harbinu w klasie „hard seat”, czyli odpowiednikiem naszej tzw. „stodoły”. Po tym, jak udało nam się bez większych kombinacji kupić najtańszy bilet kolejowy z miejscem siedzącym, spodziewaliśmy się, że i podróż minie nam w miarę spokojnie. Nic bardziej mylnego!

Nauczeni doświadczeniem na dworu pojawiamy się ok. 3h przed odjazdem pociągu. Wiadomo, żeby spokojnie kupić prowiant, rozejrzeć się, zorientować jak działa system i zrelaksować się przed podróżą. Przechodzimy kontrolę bagażową, okazujemy paszporty oraz bilety i wchodzimy do poczekalni.

O ile sama dworcowa poczekalnia dużym zaskoczeniem nie jest, ot tłum ludzi z tobołami, czekający na pociąg, o tyle to, co zaczyna się dziać na chwilę przed podstawieniem pociągu…o zgrozo! Ok. 2h przed naszym pociągiem, odjeżdża inny, więc możemy poczuć się, jak widzowie w kinie, biernie obserwując cały ten cyrk! A wygląda to mniej więcej tak:

1. Faza pierwsza

Przed wejściem na peron, przed odprawą biletową (tak, żeby wejść na peron, po raz kolejny trzeba okazać dowód tożsamości, w naszym przypadku paszport i bilet) staje kilka osób, dookoła pojawia parę tobołów, plecaków i siat. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego.

2. Faza druga

Na godzinę przed odjazdem pociągu kolejka zaczyna się powiększać, ilość tobołów, plecaków i siat rośnie wprost proporcjonalnie do przyrostu kolejki.

3. Faza trzecia

Twór zwany kolejką zaczyna ewoluować. Pojawiają się kolejki boczne i boczne od bocznych. Kilka osób próbuje na dziko wepchnąć się z boku, nikomu to nie przeszkadza. Ilość tobołów, plecaków i siat przekracza już najśmielsze oczekiwania.

4. Faza czwarta

Na jakieś 45 min przed otwarciem odprawy kolejki już nie ma. Jest za to potężna bezkształtna masa ludzi. Każdy z uśmiechem popija swoją herbatkę z plastikowej butelki, wcina chińską zupkę lub łyka piwo i obowiązkowo spluwa na lewo i prawo. Zaczynają się zawiązywać pierwsze znajomości.

5. Faza piąta

30 min przed odprawą zaczyna się pospolite ruszenie. Wszyscy, którzy do tej pory siedzieli, wstają i zaczynają się wpychać z boku, żeby stać jak najbliżej wejścia. Robi się duszno i gorąco. Część osób staje na swoich tobołach i woła pozostałych 15 osób (rodzina, znajomi, bóg wie kto), którym zajęli miejsce.

6. Faza szósta

Otwarcie wejścia! Zaczyna się! Wszyscy regularnie i z naporem pchają się do drzwi. Pani sprawdzająca bilety zupełnie nie przejmuje się tym, czy ktoś mdleje w kolejce, czy ktoś został zgnieciony. Każdy chce wsiąść do pociągu jak najszybciej, żeby zająć jak najlepsze miejsce. Komuś odrywa się  pasek od plecaka. Nieważne, byle tylko wejść. Po 15 min przepychanki i szarpaniny robi się pusto. Tłum ruszył na peron. Przed wejściem niepewnie stają pasażerowie następnego pociągu…w tym my.

Kiedy dosłownie wpadamy do wagonu, okazuje się, że przepychanie się, zajmowanie kolejek i bieg z plecakami przez peron, żeby ekspresowo zająć swoje miejsca, były kompletnie zbędne. Większość miejsc jest wolna, na półkach na bagaż położono tylko kilka wielkich worów. Nie będzie tak źle, odetchnęliśmy z ulgą. Ignorujemy fakt, że po podłodze, siedzeniach, ścianach i oknach biegają robale, prawdopodobnie pluskwy, w ilości takiej, że po 20-tej zgniecionej butem tracimy rachubę. Chwilę po tym, jak pociąg ruszył, wszyscy układają się do snu. Tak wcześnie? Zdziwiliśmy się. Skoro jest tyle luzu, pośpimy później. Przez pociąg przechodzi pani z wózkiem sprzedająca napoje i przekąski. Jest spokojnie i w miarę kulturalnie.

Na pierwszej stacji przekonujemy się, że trzeba było spać póki była taka możliwość. Do wagonu wsypuje się jakieś 60 osób, nerwowo szukających swoich miejsc, przeciskających się z jeszcze większymi tobołami, kartonami i siatami z zupkami chińskimi. Spanie się skończyło, ale dalej jesteśmy dobrej myśli. Przecież kilka siedzących miejsc jeszcze zostało, a do tego nikt nit stoi i da się przejść wzdłuż wagonu.

Na kolejnej stacji do wagonu wsypuje się kolejne 60 osób, z jeszcze większymi tobołami i większymi siatami z jedzeniem. Przez wagon nie da się już przejść. Wszystkie okna są szczelnie pozamykane i praktycznie nie ma czym oddychać. Zaduch robi się niemiłosierny. Pani z wózkiem nic sobie nie robi z tłoku i przepycha się wąskim przejściem między ludźmi. Krzyczy upewniając się, że każdy wie, że sprzedaje napoje i przekąski.

Potem idzie kolejna, zachwalająca cudowną maść z białego tygrysa, leczącą wszystkie dolegliwości, krzyczy jeszcze głośniej, niż poprzednia. Potem idą: uniwersalne ładowarki do sprzętu elektronicznego, kupony loterii, na której można wygrać milion dolarów, cudowne amulety, przynoszące szczęście, miłość i bogactwo. Każdy z zachwytem cmoka, ogląda prezentację poszczególnych produktów, padają pytania, odpowiedzi i zaczynają się masowe zakupy. Pani z maścią z tygrysa wraca po 30 min i zaczyna prezentację od nowa. Dalej krzyczy. O spaniu, nawet w pozycji siedzącej, nie ma mowy.

Słyszymy wyjącą syrenę. To komuś zadzwonił telefon. Kilka osób głośno rozmawia, sporo gra w jakieś gierki na smartfonach albo tabletach, oczywiście z dźwiękiem ustawionym tak, żeby zagłuszyć harmider wagonu. Wszyscy się cieszą i śmieją.

Po kolejnej stacji nie da się już kompletnie ruszyć, a ja mam pewność, że milion Chińczyków postanowił akurat dziś jechać tym samym pociągiem, co my, co więcej, w tym samym wagonie. Jest dokładnie jak w PKP, ilość sprzedanych biletów równa jest ilości chętnych. Tylko chętnych więcej.

Zaczyna się pora kolacji. Chińczycy masowo ruszają po gorącą wodę, przygotowują swoje zupki i uzupełniają butelki z herbatą. Każdy po kolei mnie szturcha i depcze. Na stolikach pojawiają się kurze łapki, świńskie ryjki i wino ryżowe. Praktycznie wszyscy dłubią słonecznik, wypluwając łupinki gdzie popadnie. Zewsząd słychać głośne mlaskanie, znak tego, że jedzenie smakuje. Ktoś donośnie beka. Wszyscy się uśmiechają i są zadowoleni. Wszyscy, oprócz nas. Co jakiś czas przez wagon przetacza się charczenie i odgłos spluwania lub smarkania na podłogę, po czym następuje rytualne rozmazywanie wydzieliny butem po podłodze. I tylko nam wydaje się, że to przejaw braku wychowania i niskiej kultury osobistej. Pomyślicie teraz „to co im się wydawało? Nie wiedzieli, gdzie jadą?”. Owszem, wiedzieli, spodziewali się, słyszeli. Ale zapewniam, że wizualizacja mojej bujnej wyobraźni daleka była od stanu faktycznego.

Nigdzie nie widzę kosza na śmieci i zastanawiam się, gdzie ten cały chłam po jedzeniu wyląduje. Moje wątpliwości szybko rozwiewa pan z siedzenia naprzeciwko, wypluwający resztki wyssanych kurzych łapek prosto na podłogę. Za chwilę dorzuca butelkę po wodzie i skorupkę jajka. Potem na to wszystko spluwa, z radością klepie się po brzuchu, ściąga buty i opiera nogi tuż obok mnie. Nie ma kilku zębów, a prysznic widział dobrych kilka dni temu. Spinam się mocno i staram zajmować jak najmniej miejsca, żeby tylko przypadkiem nie dotknąć jego stóp. Nade mną stoi 5 osób, upchniętych między tobołami, które zajmują każdy wolny centymetr kwadratowy. W pociągu mocno trzęsie, więc trzymają się czegokolwiek, żeby nie upaść. Na moje nieszczęście, dla czwórki z nich, jest to góra mojego oparcia. Przechylam głowę w bok, unikając w ten sposób łokcia wpychającego się w kierunku mojej twarzy. Teraz już regularnie śmierdzi, do tego Ci, którzy nie zdołali dopchnąć się do palarni, palą w wagonie produkując tumany dymu. Dosłownie nie ma czym oddychać. Nie wiem, czy tak to wygląda za każdym razem, ale mam wrażenie, że mamy jakiegoś wybitnego pecha, bo ponad 2/3 pasażerów naszego wagonu wygląda, jak bezdomni, nawet jak na chińskie standardy, dla których toboły na półce, 5 dziurawych swetrów i 3 pary przetartych spodni, które mają na sobie to jedyny dobytek. Zdecydowanie przydałby im się jakikolwiek kontakt z wodą i mydłem. Nie jestem bardzo wybredna i zawsze wydawało mi się, że mam pewną dozę odporności na trudne warunki, ale zaczynam wymiękać.

W międzyczasie rusza kolejna pielgrzymka po gorącą wodę, pani od magicznej maści z białego tygrysa wraca regularnie ze swoją prezentacją, co jakieś 30 min, ktoś ląduje na mojej głowie, panowie ze stolika obok zaczynają grać w karty na pieniądze, wysysając co chwilę kurze łapki i spluwając na ziemię tuz obok moich butów. Wszyscy świetnie się bawią. Chłopak siedzący obok mnie usypia z głową opartą na stoliku. Szczęściarz, myślę. Moje zewnętrzne miejsce jest za daleko od stolika i nie mam się o co oprzeć. Próbuję chociaż chwilę się zdrzemnąć. Na nic. Kiedy zauważam na mojej nodze radośnie pląsającą pluskwę, wiem, że już nie usnę. Postanawiam rozprostować kości i idę do części łączącej wagony- palarni. Jest tam jeszcze bardziej nadymione, do tego dla kontrastu temperatura bliska jest zeru. Szybę pokrywa gruba warstwa lodu, od zewnątrz i wewnątrz. Jest bosko. Stoję tak, dopóki nie zaczyna mną telepać z zimna, biorę głęboki oddech i wracam do środka. Moje miejsce już ktoś zajął. Świetnie, teraz czeka mnie stanie przez kilka godzin. Zauważyłam, że pasażerowie posiadający bilety z wykupionym miejscem siedzącym, co jakiś czas zamieniają się z tymi, którzy stoją, pozwalając im na chwilę odpocząć. To i ja chwilę postoję. W końcu siadam, między gołymi stopami mojego sąsiada, na skrawku nieoplutego siedzenia. Od ostrego, białego oświetlenia bolą mnie już oczy, od zaduchu-głowa. Kilka siedzeń dalej wybucha awantura. Dziewczyna zaczyna bić się z chłopakiem. Sytuacja wygląda dość poważnie, kiedy przerzucają się między pasażerami i stolikami, okładając się wzajemnie pięściami. Rozrzucają dookoła kolejno zawartość jej torebki, to co stało na stoliku i wszystko, co nawinie się pod rękę. Nikt nic nie robi, wokół nich rośnie tylko gapiący się tłum. Konduktora nigdzie nie widać. Sądząc po reakcjach gapiów, para głośno bluzga. Nie wiemy, o co im poszło, bo nic nie rozumiemy. Widzę tylko, że w ręce chłopaka został gęsty pukiel włosów dziewczyny, która siedząc na nim okrakiem wali na oślep mocno zaciśniętymi dłoniami. W końcu pojawia się 3 konduktorów, którzy tylko obserwują rozwój wydarzeń. Cała sytuacja trwa ok. 1,5h. Po tym czasie kierownik pociągu odciąga chłopaka do innego wagonu. Ten na odchodne bije dziewczynę jeszcze kilka razy i głośno krzyczy. Ona nie pozostaje mu dłużna.

Zastanawiam się, o której dojedziemy do Harbinu. Niestety konduktor informujący o kolejnych stacjach krzyczy tylko po chińsku.

Po kilku godzinach trzeba już brodzić w śmieciach apetycznie zroszonych śliną i innymi wydzielinami. Jeszcze przed chwilą byłam głodna, już nie jestem. Staram się nie patrzeć w dół i jakoś dotrwać tak, w pół wygięta na bok, do rana.

Ostatecznie pociąg na dystansie 1000km kosztował nas 30 zł za bilet. Teraz wiem już, dlaczego. Jak to ktoś, gdzieś napisał „hard seat to nie jest druga klasa…to nie jest nawet trzecia”. W końcu, po prawie 16h, z ponad godzinnym opóźnieniem, dojeżdżamy na miejsce. Gdy tłum wypycha mnie z pociągu, mam ochotę płakać ze szczęścia.

jeszcze nie jest źleJeszcze nie jest źle…za chwilę wsiądzie milion Chińczyków. Wagon wygląda czysto, ale to tylko pozory. Poza tym smrodu nie da się sfotografować.

tłum wysypujący sie z pociąguTłum „wysypujący się” z pociągu w Harbinie

po 16 godzinach jazdy hard seatemPo 16 godzinach jazdy „hard seatem” miałam już serdecznie dość. W tle chiński „bagaż”.

2 Comments

  1. Olo
    6 listopada 2013

    Nie, tego udało się uniknąć….chyba 😉

    Reply
  2. Dorota
    28 października 2013

    Ale na całe szczęście pchły na Pchle nie było !? :)

    Reply

Komentuj