Kraje

Reading, czyli co zabrać ze sobą na festiwalowy weekend żeby przetrwać (mając 16 lat) ?

Reading, czyli co zabrać ze sobą na festiwalowy weekend żeby przetrwać (mając 16 lat) ?

Czasy Woodstocku dawno minęły i nie ma się co łudzić, że na festiwalu muzycznym nadal chodzi tylko o muzykę. Bo tak niestety nie jest. Atrakcje oferowane przez organizatorów i samych uczestników wybiegają daleko poza główną scenę i czyhają na nas już na samym campingu, w barach, polowych klubach, wesołych miasteczkach i masie stoisk z żarciem, słodyczami i pełną gamą napojów, a idea wolnej miłości wspomaganej środkami psychoaktywnymi jest nadal niezwykle żywa. Jak w związku z tym przygotować się i co zabrać, żeby spośród tych atrakcji ominęło nas jak najmniej, a ostatni weekend przed powrotem do szkoły zaliczyć do udanych? Poniżej kilka wskazówek wypływających z moich kilkuletnich obserwacji młodzieży odwiedzającej najbardziej wyczekiwany rockowy festiwal Wielkiej Brytanii – Reading.

1. Kalosze (Wellies)

Bez tego nie ma nawet co wychodzić z domu. Niech po drodze wszyscy wiedzą, że jedziemy zaszaleć. Oczywistą sprawą jest, że od razu po przyjeździe na festiwalowe pole zacznie się ulewny deszcz i wówczas bez pary porządnych kaloszy nie ruszymy się dalej, niż do przedsionka własnego namiotu i tak tonąc w błocie. W bardziej optymistycznym scenariuszu czeka nas upalny weekend na łonie deptanej przez tysiące stóp przyrody, gdzie z racji kurzu i pyłu beczkowozy co chwilę polewają spękaną ziemię wodą. Wtedy powyższe obuwie również jest niezastąpione. Kalosze nie mogą oczywiście być zwykłe i nudne. Najlepiej, żeby wyróżniały się oryginalnym wzorem, nietypowym krojem no i obowiązkowo muszą być markowe.

2. Zdezelowany 10 letni telefon komórkowy

Bez gadania zostawiamy naszego iPhona w domu. Na polu za miastem i tak szybko się rozładuje, poza tym po 5tym piwie i tak go zgubimy. Zabieramy ze sobą zatem telefon, który bez żalu możemy spisać na straty, a przy okazji taki z baterią, która długo trzyma. Dzięki temu nie musimy pakować ładowarki, zostawiając w plecaku miejsce na więcej piwa. Najlepiej nada się stara dobra Nokia 3210, albo jakikolwiek inny model z monofonicznym dzwonkiem, małym wyświetlaczem, bez internetu i z tymi śmiesznymi guziczkami. Pakujemy go tylko, jeśli poprzednie pokolenie zostawiło nam instrukcję, jak takowy sprzęt używać. Wskazówka: nie ciśnijmy wyświetlacza ile wlezie, żeby odpowiedzieć na smsa, nie zadziała 😉

3. Taszka (torebka na pasku)

Wydaje się być zbyt praktyczna, ale jest dopuszczalna, pod warunkiem, że pasuje do naszego stylu new-hipi. Koniecznie powinna zawierać motyw kwiatowy, albo chociaż kolorystycznie grać z kaloszami. Jest poręczna, zawsze możemy do niej wcisnąć kartę debetową mamusi, paczkę prezerwatyw i stary zdezelowany telefon komórkowy.

4. Sztuczne rzęsy i brokat

Wersja dla Pań. Chociaż nie tylko, Panom chętnym poeksperymentować zdradzę, nie będziecie pierwsi.. i na pewno nie ostatni. Rzęsy przyklejamy już pierwszego dnia i zostawiamy do samego końca, bo przecież szkoda nam kleju, a nawet jeśli coś nam się odklei, trudno. Linię rzęs przykrywamy grubą krechą eye-linera w stylu Amy Winehouse. Brokatem obsypujemy powieki, policzki i włosy. W wersji bardziej imprezowej znaczną część brokatu pozostawiamy na dekolcie, zaraz koło nasmarowanego kredką do oczu na obydwu piersiach „B J” (czyli „Blow-Job”).

5. Króciuchne jeansy

Spodenki przycinamy sami, tak żeby frywolnie odsłaniały nasze jędrne, jeszcze nie opalone pośladki. Najlepiej wzorować się tu na bardzo skąpych stringach. W końcu nasze jeansy będą naszą najlepszą wizytówką przez następnych kilka dni.

6. Bluzka z ogromnym dekoltem

Tu odsyłam do punktu 4. „Sztuczne rzęsy i brokat”. Bluzka musi pięknie eksponować nasz.. brokat. W końcu tak ładnie się mieni.

7. Masa rzemykowych ozdób

Pozostając w sferze mody new-hipi nie możemy zapomnieć o rzemykach! Obwiązujemy nimi obydwie ręce, kostki, włosy oraz szyję. W celu uniknięcia nudy na część z nich nawlekamy przypadkowe koraliki, stary kluczyk do szkolnej szafki, może być też spinacz i agrafki. Nada się praktycznie każdy bibelot, który uda nam się stosunkowo trwale do rzemyków przymocować.

8. Skrzydła wróżki, ogon wiewiórki, elfie uszy

Gadżety te nabywamy na miejscu, płacąc kartą debetową mamusi. Warunek konieczny: mamy na sobie tyle odzieży, żeby do czegoś to przyczepić. Teraz już nikt nie będzie miał wątpliwości, że bierzemy czynny udział w festiwalu łapiąc jego klimat i wtapiając się w tłum.

9. Karta debetowa mamusi

Absolutny „must have”. Ktoś za to wszystko w końcu musi zapłacić. A mamusia zrozumie, też była kiedyś młoda. Kartę trzymamy w bezpiecznym miejscu, najlepiej z całą naszą gotówką, w zależności od stanu naszej odzieży: w staniku, w gaciach albo w skarpetce (tak, tak tez przepoconej, której nie zmieniamy przez 3 dni).

10. Krata napoju energetycznego (o ile mamy siłę pchać ją w wózku razem z dwiema kratami piwa)

Pomoże nam nie spać przez 24h. Jeśli planujemy nie spać dłużej, cóż, napój energetyczny na niewiele się zda. Warto zawczasu zastanowić się, czy kraty energetyku lepiej nie zastąpić kolejną kratą piwa. Piwem zawsze możemy podzielić się z nowo poznanymi przyjaciółmi, wprowadzić się w odpowiednio natchniony do słuchania muzyki stan, a i zaoszczędzimy, bo na festiwalu to piwo drogie.. i nie kopie.  Pijemy tylko na raz, nigdy małymi łyczkami, przy akompaniamencie naszych wrzeszczących „GoGoGo” przyjaciół.

11. Karton gumek

O ile wiemy, jak robić z nich użytek. I o ile będziemy w stanie ten użytek z nich zrobić. Może nam tu przeszkodzić ilość wypitego piwa, które przecież zmarnować się absolutnie nie może.

12. Namiot (najlepiej tani, z promocji w Tesco, bo przecież nikt nie będzie go targać z powrotem do domu)

Jest nam potrzebny w wersji bardziej luksusowej. Ale dobrze przygotowani bez problemu znajdziemy nocleg w czyimś namiocie. Tu z pomocą może nam przyjść zabrana przez nas w celach socjalizacji i zawierania nowych znajomości krata browara, karton gumek oraz koniecznie odpowiednia, opisana powyżej, odzież.

13. Jedzenie

Nie zapomnijmy, że musimy jeść. Czy nam się to podoba, czy nie. Zdobycie jedzenia stanowi podstawowe wyzwanie (zaraz po dotarganiu piwa i znalezieniu namiotu, w którym będziemy spać). Zabieramy ze sobą zupki chińskie żebrząc o gorącą wodę na stoiskach z jedzeniem. Jeśli mamy jakiekolwiek alergie pokarmowe, nigdy ale to nigdy nie czytamy informacji o składzie jedzenia, które kupujemy. Zamawiając swoją porcję prosimy o nałożenie po trochę z każdego dania, szczególnie, jeśli opcji takiej nie ma w menu. Jeśli słyszymy odmowne „nie”, agresywnie nalegamy. Nie zapomnijmy zapytać o zniżkę, o gratisy i jeszcze raz o zniżkę. Ignorujemy kolejkę za nami i nadal nalegamy na zniżkę. Jeśli jesteśmy po 5tym piwie prosimy o jedzenie za darmo, w końcu jesteśmy po 5tym piwie i zwyczajnie nam się należy. Jeśli i to się nie uda, błagamy o darmowego pączka, jednego krakersa albo chociaż jego kawałek, papierowy kubek czy słomkę, ewentualnie oferujemy w zamian swoją przepoconą koszulkę.

Teraz, ubrani, najedzeni i  w dobrym humorze, jesteśmy w pełni gotowi i możemy ruszać szaleć.  Jeśli nam się poszczęści, muzyki nie zobaczymy w ogóle podziwiając przez cały weekend precyzję namiotowych szwów i kunszt jego wykończeń z nowo poznanym kolegą.

Rzeczy typowych i rzekomo praktycznych, absolutnie nie wolno nam zabierać! Zagracają tylko miejsce w plecaku. W związku z tym zostawiamy w domu:

  1. Latarkę typu „czołówka”, w razie czego poświecimy sobie zdezelowaną komórką.
  2. Śpiwór (i tak nie wystarczy nam na niego pieniędzy, bo wszystkie wydaliśmy na bilet i piwo)
  3. Papier toaletowy (kto go używa?? Przecież w razie czego mamy skarpetki i koszulki, jak nie swoje, to na pewno są jakieś w namiocie obok)
  4. Chusteczki zwilżane dla niemowląt, myć się nie będziemy, co to, to nie!
  5. Krem do opalania (i tak będzie lało, a jak nie to się przynajmniej ładnie opalimy i szybciej chwyci nas słońce)
  6. Kurtkę przeciwdeszczową, no bo po co nam ona, przemoczeni hartujemy odporność i wyglądamy ponętniej
  7. Multitoola „Leatherman”, scyzoryk szwajcarski, czy nawet zwykły nóż, w końcu „make love, not war”.

Do domu wracamy spłukani, brudni, śmierdzący i głodni, ale szczęśliwi. Zdjęć nie mamy, bo aparat fotograficzny zgubiliśmy pierwszego dnia. W głębi ducha tli się tylko nadzieja, że lekcje wychowania seksualnego nie poszły na marne i nie będziemy musieli dzwonić do nowo poznanego kolegi, bo jego numer zostawiliśmy zapisany na zdezelowanej komórce, w tanim namiocie, z resztą gratów, daleko od domu.

Komentuj